­
­

"Mamy tu kolejkę trupów i wszyscy marudzą, że każdy ma być pierwszy. To znaczy, nie trupy marudzą, a śledczy..." - Jo Nesbø "Człowiek nietoperz"

Przygodę z Jo Nesbo rozpoczęłam kilka tygodni temu, kiedy przyszło mi zmierzyć się z powieścią Łowcy Głów. Pozytywne opinie, subiektywne rekomendacje i wysokie noty na portalach literackich zachęciły mnie jednak do zaprzyjaźnienia się z twórczością autora, a dzięki współpracy Księgarnią Matras mogłam przeczytać książkę Człowiek Nietoperz. Jak oceniam książkę? Niejednoznacznie. Ma ona swoje wady oraz swoje zalety, jednak za serce ująć mnie nie zdołała.

Pierwszy tom norweskiego cyklu zabiera nas na fascynującą wyprawę do Australii. Poznajemy tam komisarza Harry’ego Hole, który staje się głównym bohaterem serii. Komisarz, to policjant jak każdy inny, wzorowany na wielu powieściach kryminalnych – typowy mężczyzna z traumą, nałogiem i smutną przeszłością dotyczącą relacji damsko-męskich. Na pozór spodziewać możemy się kolejnej knigi, która po przekartkowaniu nie wniesie nic nowego do naszego życia. Tutaj jednak należy powołać się na nazwisko autora. Jo Nesbo naprawdę potrafi zaskoczyć i jednocześnie zachęcić do lektury opornych czytelników!

 Niepokorny śledczy z Oslo wyrusza rozwiązać zagadkę tajemniczej śmierci Inger Holter, norweskiej emigrantki. Początkowo jednak nie jesteśmy wprowadzeni do szczegółów śledztwa, uknutych  intryg, zawiłych scenariuszy zbrodni, a do najprawdziwszej historii Australii, opowiedzianej oczami rdzennego mieszkańca wyspy. Andrew Kensington, lokalny towarzysz Hole, co i rusz wplata nam anegdoty, mity i legendy związane z Aborygenami. Przyznam jednak, że jest to dość ciężki element fabuły. Wydaje mi się, że „Człowiek Nietoperz” to książka, która była swego rodzaju „królikiem doświadczalnym”. Nesbo ćwiczył, szlifował swoje pióro, aby w kolejnych tomach zachwycać czytelników. Dobra połowa książki jest poświęcona wątkom pobocznym, które nijak nie budują napięcia. Wydaje nam się, że poznajmy już historię tytułowego „nietoperza”, kiedy na kolejnej stronie musimy powrócić do codziennego życia w Sydney.  Muszę przyznać, że wielokrotnie miałam zawiedzioną minę, ponieważ te elementy nie sprostały moim oczekiwaniom, ale wiem, że kolejne części cyklu napisane zostały o niebo sprawniej.  Książkę na pewno warto przeczytać, zważając na rozbieżne opinie czytelników. Historia choć nie budzi kontrowersji – nie jest płytka. Nesbo posługuje się specyficznymi formami gramatycznymi, a dzięki temu z uśmiechem przekręcamy kolejne strony. Wybaczmy mu więc australijskie potyczki, na rzecz świetnie zaplanowanej zbrodni. 

- A ile czasu, twoim zdaniem, trzeba, żeby poznać człowieka naprawdę? 
- Poznać naprawdę? (...) na nauczenie się najbardziej wydeptanych ścieżek w wielkim mrocznym lesie nie potrzeba wcale tak dużo czasu. Niektórzy ludzie mają proste dobre drogi z latarniami i drogowskazami. Sprawiają wrażenie, że gotowi są powiedzieć ci wszystko, ale właśnie wtedy powinienieś najbardziej się wystrzegać i nic nie przyjmować za oczywistość. Bo nie na oświetlonych ścieżkach spotkasz zwierzęta, one żują w krzakach i zaroślach. 
- A ile czasu trzeba, żeby poznać zarośla
- To zależy od człowieka, który nimi idzie i od lasu. Niektóre lasy są ciemniejsze niż inne.

Książkę oczywiście gorąco polecam. Według mnie świetnie sprawdzi się w wakacyjne popołudnie przy kubku mrożonej herbaty. Jeżeli mam być szczera, to wcale nie dziwi mnie Nagroda Szklanego Klucza za najlepszą norweską powieść kryminalną. Serce się jednak kraje na myśl, że Człowiek Nietoperz został po raz pierwszy wydany, uwaga, w 1997 roku! Podobnie sprawa ma się z (dzisiaj) kultową Grą o Tron Martina, również napisaną przed laty. Może właśnie takie ksiąki powinny nas przekonywać, by sięgać również po te…  nieznane tytuły? Za jakiś czas zdamy sobie sprawę, że umknęła nam masa perełek tylko dlatego, że nie kojarzyliśmy nazwiska autora, a on właśnie staje się międzynarodową gwiazdą?  Tak czy inaczej – zachęcam do lektury cyklu książek Nesbo, a zwłaszcza do sięgnięcia po publikację Człowiek Nietoperz.

Za mój egzemplarz serdecznie dziękuje Księgarni MATRAS:


"Rook" Grahama Mastertona

Jim Rook nie pozbywa się trupów, ale wieczorami poprawia prace uczniów, chodzi na koncerty lun spotyka się z przyjaciółmi. strona  116, „Rook”


Niektóre książki się czyta, a inne połyka w całości. Nie, nie żartuję. Siedząc w autobusie ZTM , notabene wracając z zajęć, zabrałam się za Rook  i w przeciągu 25 minut przeczytałam 100 stron. Najnowszą książkę Wydawnictwa Replika, która wyszła spod pióra mistrza literatury grozy – Grahama Mastertona.

Przyznam, że horror, thriller, sensacja to gatunki odległe od mojej codziennej biblioteczki. O ile nieraz wracałam do książek Kinga, o tyle Mastertona unikałam jak ognia. Sama nie rozumiem dlaczego. Może powodem jest fakt, że spodziewałam się trudnej, brutalnej i naprawdę przerażającej publikacji? Nie mam pojęcia. „Rook” przeczytałam w przeciągu dwóch godzin. Przewracałam stronę za stroną i zasmucił mnie fakt, że pierwsza część cyklu już za mną.

Fabuła książki rozpoczyna się na pozór banalnie. Przecież bójki nastolatków są czymś normalnym i mają rozmaite podłoże, a nie oszukujmy się – w szkołach specjalnych nikogo one nie dziwią, ani nie zaskakują. Problem jednak rodzi się w momencie, w którym jeden z uczestników batalii zostaje zabity. Umiera w niewyjaśnionych okolicznościach, skatowany na śmierć. W książce „Rook” ofiarą okazuje się Elvin, a kto jest jedyną osobą, której policja może postawić zarzuty? Oczywiście Tee Jay, chłopiec, który wcześniej groził koledze. Sęk w tym, że historia bójki to jedynie tło całego opowiadania. Głównym bohaterem książki jest Jim Rook, nauczyciel drugiej klasy specjalnej, który odnalazł zwłoki chłopca. Widział też mistyczną, czarną postać, która mogła być sprawcą tej brutalnej zbrodni. Rook postanawia odkryć prawdę, zagłębić się w świat magii i voodoo, by za wszelką cenę chronić swoich podopiecznych. Pytanie tylko, czy spokojny, stateczny nauczyciel jest w stanie pokonać Monstrum o nadprzyrodzonych mocach? Dlaczego „Wuj Umber” tak bardzo chce zaprzyjaźnić się z belfrem? Dlaczego śledzi go i prześladuje? Koniecznie sięgnijcie po tę książkę.

„Poszedł do drugiego pokoju i przez dłuższy czas stał tam, nie zapalając świtała. Nie chciał jednak widzieć tego,  co leżało pod łóżkiem Nagle jednak przyszło mu do głowy, że szczątki pani Vaizey mogą zacząć wychodzić spod łóżka, kołysząc się na boki w krwiście czerwonej narzucie jak gigantyczna dżdżownica, i natychmiast zapalił światło.” Strona 122

Pióro Mastertona jest lekkie, przyjemne, zachęcające do kontynuowania lektury. Książka momentami sprawia, że przechodzą nas dreszcze, czujemy się skonfundowani, czasem zniesmaczeni, ale nie możemy oderwać się od czytania. Jest to moje pierwsze spotkanie z autorem i już zaznaczam, że bardzo udane. Rook jest pierwszą częścią cyklu, który liczy aż osiem publikacji. Mam szczerą nadzieję, że Wydawnictwo Replika wydana pełną serię i lada dzień na półkach pojawi się kolejna część przygód Jima.

Jeżeli jednak obawiacie się powieści grozy - Rook wcale nie jest taki straszny jak go malują. Owszem, mamy tu kałużę krwi, ciało, które samo się zjada, a także niebezpiecznego i nieobliczalnego kapłana voodoo, którego "przyjaźń" jest wyjątkowo stronnicza. Książka jednak zachęca do lektury. Dzięki niej spędziłam naprawdę miły wieczór, a to zdarza się naprawdę rzadko. 

Pewnego dnia, przyjacielu, znajdę inną laskę loa i wtedy wrócę po ciebie. Obiecuję ci to. Strona 273


Książkę gorąco polecam, ponieważ naprawdę warto po nią sięgnąć. Za mój egzemplarz z kolei serdecznie dziękuję Księgarni Matras.


Sprawność. Siła. Witalność. Jak CrossFit zmienił moje życie - T.J. Murphy

- Czy to podejście do sportu, które, jeśli jest stosowane zgodnie z zaleceniami, może cię zabić podczas treningu?
- No cóż: tak.

Kilka dni temu przyszedł do mnie kurier z paczką od Wydawnictwa SQN. Otrzymałam tego dnia dwie książki: długo oczekiwany bestseller Drzewo Migdałowe (o którym niebawem Wam opowiem) oraz publikację T.J. Murphy’ego pt. Sprawność, siła, witalność. Jak Crossfit zmienił moje życie. Przyznam, że to moja pierwsza styczność z tą dziedziną, dyscypliną sportu. Sprawa jest intrygująca, trzeba przyznać, ale czy na pewno dla każdego?

W Crossficie chodzi o to, żeby przekroczyć granice swojej wytrzymałości. Pokazać, że niemożliwe jest możliwym, a sukces to wyłącznie efekt bardzo ciężkiej pracy. Pracy swojego ciała, pracy swojego umysłu i kompilacji odpowiedniej, zbilansowanej diety „bez etykietek” oraz silnej motywacji. Gdy tylko otworzyłam paczkę zabrałam się za lekturę. Wiem, że to nie dla mnie, wiem, że nigdy nie zacznę ćwiczyć z taką intensywnością, wiem, że nie zdołam zmotywować się tak bardzo do żadnego z codziennych obowiązków, ale rozumiem ludzi, którzy „połknęli bakcyla” i nie wyobrażają sobie już dnia bez treningu.

Od pierwszych stron czułam jakąś magnetyczną siłę do tej publikacji, ponieważ wstęp napisany przez Piotra Mohameda jest świetnym motywatorem. To z niego zaczniecie czerpać satysfakcję, to on uświadomi Wam, że pewne rzeczy macie w zasięgu swoich dłoni. Czasem wystarczy uwierzyć, później zrobić pierwszy krok i zagryzając zęby wytrwać w postanowieniach…


W obecnym świecie przesiąkniętym komercją, plastikiem i wyniszczającą nas alienacją ta nowa metoda treningowa i sport oferuje nam coś, o czym pawie zapomnieliśmy: prawdziwe przeżycia. Daje nam dreszcz emocji, wzruszenia i satysfakcję z własnych zwycięstw i przesuwanych granic. Żyjąc w coraz bardziej sterylnej rzeczywistości, unikamy cierpienia i bólu. Zapominamy o tym, że i jedno i drugie jest integralną częścią naszego postępu. 
(…) Treningi często pozostawiają nas bez tchu, obolałych i słabych. Dzięki nim czujemy jednak, że pokonaliśmy własną słabość  strach. 
Krok po kroku stajemy się z powrotem zwycięzcami.


Książka Murphy’ego jest świetnym przygotowaniem do rozpoczęcia przygody z Crossfitem. Sam autor to maratończyk, który przez wiele lat wyniszczył stawy i chcąc odżyć, zacząć żyć na nowo postanowił spróbować swoich sił w tej metodzie treningowej. Jak widać – udało się. Dzisiaj jest jednym z wielu trenerów na całym świecie. Nie wyobraża sobie życia bez ćwiczeń, a o swojej miłości do sportu, trudnej ścieżce od nowicjusza do zapalonego orędownika opowiada nam na kartach Sprawność, siła, witalność. Jak Crossfit zmienił moje życie. Prawda jest taka, że Crossfit to metoda, która pozwala przekroczyć granice ludzkiej wytrzymałości, ludzkiej psychiki, pozwala uświadomić sobie, że „możesz więcej, niż możesz”, ale zaznacza, że wszystko należy wykonywać ze zdrowym rozsądkiem i najlepiej pod czujnym okiem instruktora.

Przyznam jednak, że wielokrotnie uśmiechnęłam się podczas lektury. Co prawda „zafiszkowałam” połowę książki cytatami, które uznałam za godne uwagi, a zarazem motywatorami na moje najbliższe wakacje. Nie, nie mam zamiaru podnosić ciężarów czy podciągać się na drążku, ale chciałabym zmotywować się na tyle, by m.in. z uśmiechem wstać bladym świtem aby pobiegać po okolicy. Książkę utrzymano w stosunkowo zabawnym tonie. Lektura nie nuży, ale wymaga od nas skupienia. Wszystko jednak zostało napisane prostym, bezpośrednim językiem, który bez wątpienia znajdzie sobie wielu miłośników. Sądzę więc, że wskazówki, cenne rady i porady są dzięki temu dużo bardziej przyswajalne i niewątpliwie prościej je wszystkie spamiętać.


Zapytany, dlaczego treningi sprawdzające kondycję otrzymują akurat żeńskie imiona, Glassman odpowiedział:
- Pomyślałem, że coś, co sprawia, że padasz na ziemię i patrzysz w niebo, pytając: „Co to, kurwa, było?”, zasługuje na żeńskie imię…


Opisów poszczególnych rozdziałów nie będę Wam dodawała, bowiem każdy z nich ma w sobie coś, co warto zapamiętać. Weźmy na ten przykład fragment dotyczący odżywiania, gdzie znajdziecie informację o tym, że regularne ćwiczenia nie są jedyną drogą do sukcesu. Aby osiągnąć więcej, aby zrobić jakiekolwiek postępy należy uwzględnić masę dodatkowych czynników, nie pozwalając na ich zaniechanie.

Książkę gorąco polecam. Uważam, że znajdą w niej „coś dla siebie” zarówno aktualni, jak i przyszli Crossfitowcy. Jest to w końcu metoda treningowa, która zatacza coraz to szersze koło, więc tylko patrzeć na jej rozpopularyzowanie w Polsce. Jeżeli jednak Crossfit to nie jest to, czym chcielibyście się zainteresować – i tak warto ją przeczytać. To świetna baza wiedzy dotycząca samego sportu, aktywności fizycznej,  istoty pracy mięśni, odpowiedniej postawy podczas ćwiczeń, zbilansowanej diety i przede wszystkim motywacji. Murphy uświadamia nam, że sukcesy i porażki są nieodzowną częścią naszego życia. Mówi, że każdy sportowiec miał za sobą długą drogę ciężkiej, bardzo ciężkiej pracy, a jego sukcesy są efektem wieloletniej pracy nad sobą…

Zachęcam do lektury!


„Vietato Fumare, czyli reszta z bloga i coś jeszcze” - Artur Andrus, part 2.

Artur Andrus to jedna z najbardziej rozpoznawalnych i najpopularniejszych postaci polskiej sceny kabaretowej. Po kultowej serii wywiadów z Marią Czubaszek i Tomaszem Karolakiem, Andrus postanowił wydać kolejna własną książkę, pt. „Vietato Fumare, czyli reszta z bloga i coś jeszcze”, będącą zbiorem wcześniej opublikowanych (mniej lub bardziej) żartobliwych felietonów. Czy warto po nią sięgnąć? Musicie przekonać się sami. Czy ja bawiłam się dobrze podczas lektury? Niewątpliwie. :)

Nie od dziś wiadomo, że Artur Andrus uwielbia zabawę słowem. Dlaczego? Ano dlatego, że język polski niesie za sobą tyle dwuznaczności i nieporozumień, że aż żal tego nie wykorzystać, by rozbawić publiczność. Książka „Vietato Fumare” to istny galimatias, tematyczne „pomieszanie z poplątaniem” utrzymane w konwencji ironicznej satyry. Tak naprawdę mamy do czynienia ze zbiorem felietonów napisanych m.in. dla Gazety Lekarskiej, bądź wolnych przemyśleń samego artysty. Cytując słowa Małgorzaty Wiśniewskiej, Andrus posiada „niebanalną umiejętność łączenia słów i znaczeń, których pozornie połączyć się nie da, oraz zdolność dorabiania idei do tego, co – często przypadkowo – powstało”. Świetnym tego przykładem jest tytuł książki, który swój początek miał we włoskim hotelu podczas nieudanej wyprawy narciarskiej, a oznacza on nie więcej niż „Zakaz palenia”.

Wspomniałam już, że „Reszta bloga i coś jeszcze” w gruncie rzeczy nie ma żadnego tematu głównego, bo jak określić coś, co jest o wszystkim i o niczym? Mamy tu pana posła i czosnkową emeryturę

Najpierw się zachłysnął, | Potem się zakrztusił, |I teraz za niego |Już ktoś inny musi.

Mamy też kilka „złotych porad” na krępującą ciszę w towarzystwie, dowiadujemy się nawet, że gdy taka niezręczna cisza zapada –  na świecie głupi się rodzi. Weryfikujemy też, że w restauracjach wcale nie jest tanio jak u mamy, a odpisywanie na SPAM przynosi mierny skutek.

Jeżeli ktoś z Was poszukuje lekkiej (bo pomimo swoich gabarytów książka nie jest ciężka), bardzo wakacyjnej publikacji na pochmurne (bo i takie się zdarzają) wieczory – odsyłam Was do lektury. Na pewno nikt z Was się nie zawiedzie, a być może uśmiechniecie się do zapisanych kartek. Całość ubarwiona jest fotografiami, oczywiście z Arturem Andrusem w roli głównej, a na kartach książki znajdziecie mnóstwo anegdot i przezabawnych opowiastek. Polecam :)

Kiedy będąc powoli dorastającym młodzieńcem, prosiłem mamę o opinię na temat mojej szkolnej miłości, wprost domagając się odpowiedzi na pytanie:
- Czy ona nie jest piękna?,
często słyszałem wymijające:
- Sympatyczna.



Za książkę serdecznie dziękuję Księgarniom MATRAS

"Mamy tu kolejkę trupów i wszyscy marudzą, że każdy ma być pierwszy. To znaczy, nie trupy marudzą, a śledczy..." - Jo Nesbø "Człowiek nietoperz"

Przygodę z Jo Nesbo rozpoczęłam kilka tygodni temu, kiedy przyszło mi zmierzyć się z powieścią Łowcy Głów. Pozytywne opinie, subiektywne rekomendacje i wysokie noty na portalach literackich zachęciły mnie jednak do zaprzyjaźnienia się z twórczością autora, a dzięki współpracy Księgarnią Matras mogłam przeczytać książkę Człowiek Nietoperz. Jak oceniam książkę? Niejednoznacznie. Ma ona swoje wady oraz swoje zalety, jednak za serce ująć mnie nie zdołała.

Pierwszy tom norweskiego cyklu zabiera nas na fascynującą wyprawę do Australii. Poznajemy tam komisarza Harry’ego Hole, który staje się głównym bohaterem serii. Komisarz, to policjant jak każdy inny, wzorowany na wielu powieściach kryminalnych – typowy mężczyzna z traumą, nałogiem i smutną przeszłością dotyczącą relacji damsko-męskich. Na pozór spodziewać możemy się kolejnej knigi, która po przekartkowaniu nie wniesie nic nowego do naszego życia. Tutaj jednak należy powołać się na nazwisko autora. Jo Nesbo naprawdę potrafi zaskoczyć i jednocześnie zachęcić do lektury opornych czytelników!

 Niepokorny śledczy z Oslo wyrusza rozwiązać zagadkę tajemniczej śmierci Inger Holter, norweskiej emigrantki. Początkowo jednak nie jesteśmy wprowadzeni do szczegółów śledztwa, uknutych  intryg, zawiłych scenariuszy zbrodni, a do najprawdziwszej historii Australii, opowiedzianej oczami rdzennego mieszkańca wyspy. Andrew Kensington, lokalny towarzysz Hole, co i rusz wplata nam anegdoty, mity i legendy związane z Aborygenami. Przyznam jednak, że jest to dość ciężki element fabuły. Wydaje mi się, że „Człowiek Nietoperz” to książka, która była swego rodzaju „królikiem doświadczalnym”. Nesbo ćwiczył, szlifował swoje pióro, aby w kolejnych tomach zachwycać czytelników. Dobra połowa książki jest poświęcona wątkom pobocznym, które nijak nie budują napięcia. Wydaje nam się, że poznajmy już historię tytułowego „nietoperza”, kiedy na kolejnej stronie musimy powrócić do codziennego życia w Sydney.  Muszę przyznać, że wielokrotnie miałam zawiedzioną minę, ponieważ te elementy nie sprostały moim oczekiwaniom, ale wiem, że kolejne części cyklu napisane zostały o niebo sprawniej.  Książkę na pewno warto przeczytać, zważając na rozbieżne opinie czytelników. Historia choć nie budzi kontrowersji – nie jest płytka. Nesbo posługuje się specyficznymi formami gramatycznymi, a dzięki temu z uśmiechem przekręcamy kolejne strony. Wybaczmy mu więc australijskie potyczki, na rzecz świetnie zaplanowanej zbrodni. 

- A ile czasu, twoim zdaniem, trzeba, żeby poznać człowieka naprawdę? 
- Poznać naprawdę? (...) na nauczenie się najbardziej wydeptanych ścieżek w wielkim mrocznym lesie nie potrzeba wcale tak dużo czasu. Niektórzy ludzie mają proste dobre drogi z latarniami i drogowskazami. Sprawiają wrażenie, że gotowi są powiedzieć ci wszystko, ale właśnie wtedy powinienieś najbardziej się wystrzegać i nic nie przyjmować za oczywistość. Bo nie na oświetlonych ścieżkach spotkasz zwierzęta, one żują w krzakach i zaroślach. 
- A ile czasu trzeba, żeby poznać zarośla
- To zależy od człowieka, który nimi idzie i od lasu. Niektóre lasy są ciemniejsze niż inne.

Książkę oczywiście gorąco polecam. Według mnie świetnie sprawdzi się w wakacyjne popołudnie przy kubku mrożonej herbaty. Jeżeli mam być szczera, to wcale nie dziwi mnie Nagroda Szklanego Klucza za najlepszą norweską powieść kryminalną. Serce się jednak kraje na myśl, że Człowiek Nietoperz został po raz pierwszy wydany, uwaga, w 1997 roku! Podobnie sprawa ma się z (dzisiaj) kultową Grą o Tron Martina, również napisaną przed laty. Może właśnie takie ksiąki powinny nas przekonywać, by sięgać również po te…  nieznane tytuły? Za jakiś czas zdamy sobie sprawę, że umknęła nam masa perełek tylko dlatego, że nie kojarzyliśmy nazwiska autora, a on właśnie staje się międzynarodową gwiazdą?  Tak czy inaczej – zachęcam do lektury cyklu książek Nesbo, a zwłaszcza do sięgnięcia po publikację Człowiek Nietoperz.

Za mój egzemplarz serdecznie dziękuje Księgarni MATRAS:


Zapraszam na "Rook", Grahama Mastertona

Jim Rook nie pozbywa się trupów, ale wieczorami poprawia prace uczniów, chodzi na koncerty lun spotyka się z przyjaciółmi. strona  116, „Rook”


Niektóre książki się czyta, a inne połyka w całości. Nie, nie żartuję. Siedząc w autobusie ZTM , notabene wracając z zajęć, zabrałam się za Rook  i w przeciągu 25 minut przeczytałam 100 stron. Najnowszą książkę Wydawnictwa Replika, która wyszła spod pióra mistrza literatury grozy – Grahama Mastertona.

Przyznam, że horror, thriller, sensacja to gatunki odległe od mojej codziennej biblioteczki. O ile nieraz wracałam do książek Kinga, o tyle Mastertona unikałam jak ognia. Sama nie rozumiem dlaczego. Może powodem jest fakt, że spodziewałam się trudnej, brutalnej i naprawdę przerażającej publikacji? Nie mam pojęcia. „Rook” przeczytałam w przeciągu dwóch godzin. Przewracałam stronę za stroną i zasmucił mnie fakt, że pierwsza część cyklu już za mną.

Fabuła książki rozpoczyna się na pozór banalnie. Przecież bójki nastolatków są czymś normalnym i mają rozmaite podłoże, a nie oszukujmy się – w szkołach specjalnych nikogo one nie dziwią, ani nie zaskakują. Problem jednak rodzi się w momencie, w którym jeden z uczestników batalii zostaje zabity. Umiera w niewyjaśnionych okolicznościach, skatowany na śmierć. W książce „Rook” ofiarą okazuje się Elvin, a kto jest jedyną osobą, której policja może postawić zarzuty? Oczywiście Tee Jay, chłopiec, który wcześniej groził koledze. Sęk w tym, że historia bójki to jedynie tło całego opowiadania. Głównym bohaterem książki jest Jim Rook, nauczyciel drugiej klasy specjalnej, który odnalazł zwłoki chłopca. Widział też mistyczną, czarną postać, która mogła być sprawcą tej brutalnej zbrodni. Rook postanawia odkryć prawdę, zagłębić się w świat magii i voodoo, by za wszelką cenę chronić swoich podopiecznych. Pytanie tylko, czy spokojny, stateczny nauczyciel jest w stanie pokonać Monstrum o nadprzyrodzonych mocach? Dlaczego „Wuj Umber” tak bardzo chce zaprzyjaźnić się z belfrem? Dlaczego śledzi go i prześladuje? Koniecznie sięgnijcie po tę książkę.

„Poszedł do drugiego pokoju i przez dłuższy czas stał tam, nie zapalając świtała. Nie chciał jednak widzieć tego,  co leżało pod łóżkiem Nagle jednak przyszło mu do głowy, że szczątki pani Vaizey mogą zacząć wychodzić spod łóżka, kołysząc się na boki w krwiście czerwonej narzucie jak gigantyczna dżdżownica, i natychmiast zapalił światło.” Strona 122

Pióro Mastertona jest lekkie, przyjemne, zachęcające do kontynuowania lektury. Książka momentami sprawia, że przechodzą nas dreszcze, czujemy się skonfundowani, czasem zniesmaczeni, ale nie możemy oderwać się od czytania. Jest to moje pierwsze spotkanie z autorem i już zaznaczam, że bardzo udane. Rook jest pierwszą częścią cyklu, który liczy aż osiem publikacji. Mam szczerą nadzieję, że Wydawnictwo Replika wydana pełną serię i lada dzień na półkach pojawi się kolejna część przygód Jima.

Jeżeli jednak obawiacie się powieści grozy - Rook wcale nie jest taki straszny jak go malują. Owszem, mamy tu kałużę krwi, ciało, które samo się zjada, a także niebezpiecznego i nieobliczalnego kapłana voodoo, którego "przyjaźń" jest wyjątkowo stronnicza. Książka jednak zachęca do lektury. Dzięki niej spędziłam naprawdę miły wieczór, a to zdarza się naprawdę rzadko. 

Pewnego dnia, przyjacielu, znajdę inną laskę loa i wtedy wrócę po ciebie. Obiecuję ci to. Strona 273


Książkę gorąco polecam, ponieważ naprawdę warto po nią sięgnąć. Za mój egzemplarz z kolei serdecznie dziękuję Księgarni Matras.


Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje
Wywiad: Portal Warszawa i Okolice

Recenzja książki: Sodoma

Recenzja książki: Sodoma
Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie