­
­

"Nowe przygody Mikołajka", czyli tom 2 wspaniałej książki dla dzieci i młodzieży od AUDIOTEKI!


Jerzy i Maciej Stuhr to duet nie do pobicia. Dwa charakterystyczne głosy polskiej sceny, świetna intonacje i emocje, płynące z każdego nagrania. Coś wspaniałego! Przyznam, że moje zdrowotne perypetie były ubarwione Nowymi Przygodami Mikołajka. Niemal codziennie nakładałam słuchawki siedząc na blacie do ćwiczeń, po czym uśmiechałam się do samej siebie wsłuchując w nagranie. Wszystko oczywiście za sprawą Wydawnictwa Audioteka i udostępnienia mi w ramach recenzji Nowych Przygód Mikołajka, tom 2. Dziękuję!

Nowa książeczka Jeana-Jacquesa Sempé i René Goscinnego to aż 45 dotąd nie zasłyszanych historyjek, będących przygodami jednego z najpopularniejszych francuskich uczniów oraz jego przyjaciół. W tej części przeżyjecie przygodę z wrotkami Gotfryda, kiedy to Euzebiusz chcąc nauczyć się na nich jeździć doprowadza do skonfiskowania sprzętu. Pójdziecie do fryzjera, który ubrany jest na biało jak dentyści i doktorzy, i ma nożyczki! Dowiecie się, za co Mikołajek otrzymał mnóstwo karmelków od pana Blédurta, albo czemu Kleofas dostał  najlepszy stopień (2+) z odpowiedzi w całym półroczu!

Każda historyjka wywołuje szeroki uśmiech na twarzy słuchacza. Dla osoby, która dotychczas nie miała styczności z Nowymi Przygodami Mikołajka, takie nagranie może być świetnym początkiem bardzo, bardzo długiej przyjaźni. Prawda jest taka, że zarówno mali, jak i duzi chętnie sięgają po książki skierowane dla młodzieży. Naszych milusińskich one bawią, dla dorosłych czytelników z kolei są źródłem cennej wiedzy, mówiącej jak dziecko patrzy na świat, jak postrzega pewne sytuacje i jakich rozwiązań oczekuje. Jest to jednak świetna zabawa dla całej rodziny! Co więcej, zauważyłam, że moja młodsza siostra, która dopiero zaczyna czytać, chętnie wpatrywała się w książkowe wydanie przygód Mikołajka i jednocześnie słuchała nagrania. Powiedziała nawet, że dzięki temu szybciej się uczy, łatwiej zapamiętuje słowa i śledzi tekst. Wiem ze swojego doświadczenia, że to świetny sposób na zaprzyjaźnienie dziecka z literaturą. Gorąco polecam Wam tę metodę,  ale tylko z Wydawnictwem Audioteka. Klucz znajduje się w sposobie przekazania treści. Nowe Przygody Mikołajka to świetnie zinterpretowany audiobook. Maciej i Jerzy Stuhr świetnie ze sobą współpracują (mamy tu kilka „wspólnych” słuchowisk) i aż nadto oddają realność przedstawianych przygód. Mało tego, przecież wszystkie perypetie opisane przez Gościnnego  są prawdziwe. Każdy z nas był kiedyś dzieckiem, każdy z nas miał wielkie problemy, każdy wyczekiwał prezentów, każdy pisał sprawdziany z arytmetyki i każdy był gościem na jakiejś ceremonii zaślubin. Historia zatacza koło, bowiem również każdy miał identyczne, bądź podobne przemyślenia.

Audiobooka gorąco polecam! Jeżeli chcielibyście samodzielnie sprawdzić, czy przypadnie Wam do gustu - zapraszam na stronę Wydawnictwa Audioteka >>TU<<, gdzie bezpłatnie możecie pobrać rozdział książki. 

Za Nowe Przygody Mikołajka, tom 2 Dziękuję Wydawnictwu Audioteka:




"Sny i Tobołki Pana Pierdziołki czyli powtarzanki i śpiewanki..." - świetna zabawa dla dużych i małych

Czasem zbieramy się w gronie rodziny. Siadamy na wielkim dywanie i rozprawiamy, „jak to było w naszych czasach”. Okazuje się jednak, że nawet w sytuacji, w której ścierają się ze sobą trzy pokolenia – podwórkowe zabawy, wyliczanki i zagwozdki pozostają niezmienne. Lawirujemy w ich treści, przyswajamy sobie dodatkowe zwroty i formuły, ale tak naprawdę mamy do czynienia z tymi samymi wierszykami. Dlaczego Wam o tym wszystkim opowiadam? Ano dlatego, że z recenzją książki Sny i Tobołki Pana Pierdziołki postanowiłam zaczekać aż do rodzinnego spędu, który pozwolił mi na weryfikacje powyższej teorii.

Okazało się,  że zdecydowaną większość wierszowanych utworów znajdujących się na kartach książki zna cała rodzina! Ja czytam, oni mówią w głos, a ile zabawy przynosi inna, zasłyszana niegdyś wersja, która nagle zaczyna kolidować ze słowem pisanym? Przekonajcie się sami! ;)

Sny i Tobołki Pana Pierdziołki czyli powtarzanki i śpiewanki to pięknie stworzona publikacja od Wydawnictwa Zysk i S-ka, która kosztuje zaledwie 14 zł! Książka wydana jest w twardej oprawie, co gwarantuje jej wytrwałość podczas familijnych zabaw, a ilustracje Kasi Cerazy bawią małych i dużych.

Jak już wspomniałam, my czytaliśmy tę książeczkę rodzinnie. Każdy znał inną wersję danej powtarzanki, każdy mówią ją na głos i prawie każda była mniej… dystyngowana. Przyznam jednak, że miałabym opory przed pokazaniem ich dzieciom. O ile zdecydowana większość wierszyków jest przyjemna, przystępna, o tyle rozdział Wyliczanki Niegrzeczne zarezerwowany jest dla dorosłych (choć absurdem jest fakt, że to właśnie ta część książki najbardziej bawi najmłodszych!). Nie ma sensu jednak stwarzać barier pomiędzy młodymi a dojrzałymi czytelnikami, ponieważ wystarczy wytłumaczyć dzieciom jakich zwrotów nie powinny absorbować i powtarzać koleżankom czy kolegom.


Siedzi fizyk na katodzie,
Moczy nogi w kwaśnej wodzie.
Pisze dwóje w stanie wolnym,
Moczy pióro w kwasie solnym.
Jak dostaniesz cztery dwóje,
Dziennik zaraz wyparuje.


Niestety nie mogę napisać Wam wszystkich powtarzanek, wśród których gwarnie zaśpiewacie Pieski małe dwa, Jadą, jadą misie czy Panie Janie! Rano wstań. Zobaczycie też Dudka na dachu, sprawdzicie, co zrobił bociek, gdy poszła żabka do ziemnego zdroju, albo dowiecie się, jaki jest prosty sposób na rozwiązanie problemu łysych. Gwarantuję Wam sprawdzone 48 stron świetnej zabawy dla całej rodziny! Gorąco polecam! :)

Za Sny i Tobołki Pana Pierdziołki dziękuję Wydawnictwu ZYSK i S-ka:



„Dociekanki małej Janki” Ireny Szafrańskiej–Nowakowej

O tym, że dzieci muszą zbadać wszystko empirycznie wiedzą wszyscy. W pewnych sferach jednak istotne jest ukształtowanie ich światopoglądów za sprawą rodziców, którzy powinni cierpliwie tłumaczyć im podstawowe elementy dobrego zachowania, odpowiadać na liczne pytania „dlaczego”, albo po prostu zapewniać je o swojej miłości. Najlepiej jednak uczyć się przez zabawę. Wspierać poznawanie świata w jak najprzyjemniejszy sposób, a wiadomo, że czytanie dzieciom jest sprawą priorytetową.

W książeczce „Dociekanki małej Janki” Ireny Szafrańskiej–Nowakowej poznajemy elementarne zasady, do których zbliżyć powinno się każde dziecko. Czasem w grę wchodzi oswojenie podopiecznych ze śmiercią, a czasem budowanie relacji interpersonalnych. Dzieci nie rozumieją, dopóki ktoś jasno i rzeczowo nie wyjaśni im powodów takiego, a nie innego zachowania. Autorka m.in. opowiada nam historię Boba, kolegi Janki z piaskownicy, który z dnia na dzień przestał pojawiać się na podwórku. Dlaczego? Ano dlatego, że dwóch łysych panów przezywało i przeganiało Boba oraz jego czarnoskórą mamę. Janka widziała te zdarzenie, ale kompletnie nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ktoś nie toleruje rodziny kolegi, kiedy każde dziecko może i ma prawo bawić się w piaskownicy na równi z innymi maluchami. Gdy Janka zadaje pytania, z odsieczą przychodzi jej mama, która stara się spokojnie przekazać mnóstwo skompresowanych wiadomości do głowy swojej córki. Jeżeli tak zachowywałaby się większość rodziców, nieważne czy opowiadając o azjatyckich korzeniach, czy o przykrych incydentach spotykanych w życiu codziennym, wiele dzieci miałoby poprawnie ukształtowany światopogląd. Ich wrażliwość wzięłaby górę nad środowiskiem, które nie zawsze nasiąknięte jest pozytywnymi emocjami.

Książka „Dociekanki małej Janki” skierowana jest dla dzieci od piątego roku życia. Sądzę, że to idealna kategoria wiekowa, bowiem mamy wtedy do czynienia z okresem, w którym każdy maluch zaczyna przyswajać sobie pewne wartości, które mogą okazać się kluczowe w przyszłym życiu. Oczywiście cała historia rozpoczyna się, gdy to na świecie pojawia się mała Janka, a to także pozwoli innym dzieciom wyjść spoza oklepanego dzisiaj sloganu „przyniósł Cię bocian/znaleźliśmy Cię w kapuście”. Wraz z upływem lat, dzieci rozwijają się coraz szybciej, a więc i coraz wcześniej trzeba wyjaśnić im skąd się biorą małe szkraby w naszym otoczeniu.

Lekturę polecam i dzieciom i rodzicom. Książeczka zawiera nie tylko mądrości dla naszych milusińskich, ale i rady dla rodziców, jak powinni odpowiadać na trudne pytania swoich podopiecznych, czy bezpiecznie podejść do tematu. Sądzę, że książeczkę warto dopisać do „lektur obowiązkowych”. Zawiera ona mnóstwo cennych rad i wskazówek, a jak zawsze została wydana w cudownej formie. Wydawnictwo Novae Res wydało publikację w twardej oprawie, a na dodatek zadbało o wysokiej jakości papier, który przetrzyma nawet dziecięce próby podjęcia lektury. Całość z kolei podzielono na 19, czasem krótszych, czasem dłuższych rozdziałów, pięknie ujętych na 83 stronach.


Gorąco polecam „Dociekanki małej Janki", a za książkę dziękuję Wydawnictwu Novae Res:


"Nowe przygody Mikołajka" - Pierwszy AUDIOBOOK na Pastelowym Niecodzienniku!

Słowem wstępu chciałabym Wam oświadczyć, że audiobooki nie gryzą! Może i wymagają skupienia, albo przynajmniej dobrych słuchawek, ale na pewno nie są inwazyjne ani dla naszych zmysłów, ani dla otaczającego nas społeczeństwa.

Ja, w ramach współpracy z Audioteką, otrzymałam Nowe przygody Mikołajka. Pewnie niewielu z Was sądziło, że nadal żyję w krainie wiecznego dzieciństwa, ale prawda jest taka, że bajkowe opowieści to jedne z moich ulubionych. Z książkową wersją przygód Mikołajka nie miałam styczności. Niestety wielokrotne próby dokonania zakupu spaliły na panewce, gdy tylko zobaczyłam cenę, widniejąca na okładce. Cóż, studencki budżet to bardzo smutna przypadłość.

Niemniej, pozwolę sobie nawiązać do fabuły i całej książki o Nowych Przygodach Mikołajka. Wielu z Was pewnie doskonale zna te krótkie, ale wyjątkowo przyjemne opowiadania, będące lekturą obowiązkową dla każdego malucha. Tom pierwszy to aż 80 historyjek, wydanych w 2005 roku przez René Gościnnego. Mamy tutaj przygody w szkole, małe wycieczki, przeprowadzki, urodziny kolegów, słowem – normalne życie Mikołajka, jego rodziny oraz znajomych. Publikacja jest idealnym odzwierciedleniem „dorosłych” problemów, w oczach dzieci. Czasem sprawy są błahe, czasem absurdalne, a innym razem naprawdę wymagają uwagi. Gościnny, chcąc zachęcić do lektury/słuchania zarówno małych, jak i dużych uświadamia nam, że dzieci mają swoje własne troski. Tak samo, jak brak rozwiązanego zadania z matematyki jest dla nich ogromnym problemem, a „usprawiedliwienie” może być nawet powodem do dumny i prestiżu w oczach rówieśników, tak niespełnione obietnice czy ignorowanie ich potrzeb powoduje głośny przytup i obrażoną minę u niejednego malucha.

Najistotniejszym elementem, jaki chciałabym poruszyć jest fakt, że nie opowiadam Wam o książce, a o Audiobooku! Trwa on co prawa dziesięć godzin, ale wierzcie mi, że warto spędzić czas w tak doborowym towarzystwie. Kogo mam na myśli? Ano fenomenalnym duet: Jerzego i Macieja Stuhra. Początkowo spodziewałam się, że przy nagraniach książka zostanie podzielona na „ojca i syna” podczas dialogów, ale na szczęście połowę książki czyta Jerzy, a pozostałą część Maciej Stuhr. Trudno stwierdzić jednak, kto spisał się lepiej, bowiem głosy obu panów uwielbiam, a intonacja jest po prostu cudowna! Codziennie przypinałam słuchawki to telefonu i jadąc na uczelnię, albo wracając do mieszkania słuchałam tego opowiadania. Zapewne zabawnie wyglądałam, kiedy wśród tłumu ludzi uśmiechałam się do ekranu, albo chichotałam pod nosem. Mam dziwne przeczucie, że gdybym samodzielnie czytała tę publikację, nie zdołałabym odtworzyć jej w tak malowniczy sposób. Obaj Panowie przenoszą nas do świata Mikołajka. Pozawalają nam przeżywać jego przygody, śledzić familijne perypetie i zazdrościć, że pomimo drobnomieszczańskich przekonań czy przyzwyczajeń, tworzą kochającą się, ciepłą rodzinę. Mikołajek ma też specyficznych kolegów. Alcest „to ten, który ciągle je”, Gotfryd z koeli ma bardzo bogatego tatę, a Euzebiusz zgrywa osiłka. Cała  klasowa paczka, włącznie z Ananiaszem, Maksencjuszem, Rufusem i innymi, pozwala nam zaśmiewać się do łez, kiedy nauczyciele usilnie próbują rozpocząć lekcje, albo kiedy chłopcy wymyślają nowe zabawy. To tak naprawdę historia o małych, wielkich ludziach, ale z problemami, z którymi niegdyś borykaliśmy się my sami.

Tutaj idealnie wpasowałaby się historia z wrotkami, kiedy to tata Mikołajka obiecał mu ich zakup, gdy „będzie najlepszy w klasie” . Mikołaj więc pisze „dyktando z niesamowitymi słowami” i chwali się całej familii, że popełnił jedynie 7 błędów! Chłopca oczywiście rozpiera duma, a więc postanawia wykorzystać okazję nie tylko do zjedzenia pysznego tortu czekoladowego, ale i namówienia rodziców do zakupu wrotek!

- No i masz! Obiecują mi wrotki, piszę najlepsze dyktando w klasie, pani mnie przy wszystkich chwali, a potem mówią, że porozmawiamy o tym kiedy indziej! Usiadłem na dywanie i zacząłem walić w podłogę pięściami.
– Chcesz klapsa? – spytał tata, a ja się rozpłakałem i przybiegła mama.
– Co znowu? – spytała.
Więc wytłumaczyłem jej, że tata powiedział, że da mi klapsa.
– Ciekawy sposób zachęcenia dziecka do nauki – powiedziała mama.
– Tak – powiedziałem. – Jak nie dostanę wrotek, to będę strasznie zniechęcony.
//Rozdział 6//

Powiedzcie mi, Kochani, kto z Was nie miał takich przygód? ;) Opisane w Nowych Przygodach Mikołajka historie są aż nadto realne, a to pozwala nam na zidentyfikowaniem się z ich bohaterami. Jeśli tylko będziecie mieli okazję, zachęcam Was do zapoznania się z proponowanym przez Audiotekę audiobookiem, do którego link znajdziecie klikając >>TU<<

Za fantastycznie spędzony czas z Nowymi Przygodami Mikołajka dziękuję Wydawnictwu Audioteka


A kto zwiedza Twój pokój, gdy nie ma Cię w domu? Zapraszam na "Mikrulki" Asi Olejarczyk

Dzieciom należy czytać i każdy rodzic doskonale powinien zdawać sobie z tego sprawę. Po jakie książki jednak sięgnąć, gdy baśnie Andersena nasz maluch zna na pamięć, Kubusia Puchatka fragmentarycznie recytuje, a utworów Tuwima nie lubi? Proponuję wtedy prześledzić propozycje polskich autorów, gdzie możemy odszukać mnóstwo ciekawych i pouczających historyjek dla wszystkich milusińskich. 

Kilka tygodni temu pisałam Wam o Imperium Wielkiego Kota, dzisiaj jednak padło na książeczkę Asi Olejarczyk o tytule. Mikrulki. Publikacja liczy sobie 67 stron, gdzie co druga zawiera śliczny obrazek Kamili Strzeszewskiej. Okładka z kolei jest bardzo solida, wytrzyma więc niejedną dziecięcą batalię oraz typowo szkolne warunki życia. ;)

 Mikrulki to przezabawna historia opowiadająca o losach maleńkich istot mieszkających pod podłogą, które pewnego dnia postanawiają, śladami swojego przyjaciela Nabrdalika, wyruszyć w niesamowitą podróż – ku jasnemu światłu wpadającemu przez niewielką szparę! Ilość perypetii, jakie przytrafiają się naszym małym bohaterom są świetną lekcją dla niejednego dziecka. Autorka skierowała tę książkę dla młodzieży w wieku wczesnoszkolnym, a co za tym idzie starała się zaprezentować dobre maniery i wartościowe cechy relacji interpersonalnych. Wszystkie zdarzenia i przygody Mikrulków śledzi i komentuje Ludzik Chodzący Po Suficie, relacjonując je Fufiaczkowi.
Mikrulki to książka, która bawi małych i dużych. Przyznam się Wam,  że momentami uśmiechałam się do przewracanej kartki na przykład w momencie, w którym Zazdrosia potknęła się o włos leżący na podłodze, albo kiedy wszystkie Mikrulki zaintrygowały się Super-Kolcem. Dla nas gwóźdź czy kłębek kłębek kurzu zebrany w kącie to ledwo widoczne wady każdego mieszkania. Dla maleńkich Mikrulków to olbrzymi problem szczególnie, kiedy staje im on na drodze... 

Jedynym mankamentem, jaki dostrzegłam w tej publikacji jest dobranie imion niektórym bohaterom. Większości z nich nie wymówi 80% przedszkolaków, a dzieci przecież lubią zapamiętywać i powtarzać trudne słowa. Moja siostra nie poradziła sobie ani z Nabrdalikiem, ani z Perpetuą i to niestety bardzo ją zniechęciło. Kiedy zapytałam, czy ma ochotę na kontynuację bajki kolejnego dnia, od razu poprosiła o zupełnie inną książeczkę. Sądzę, że warto zwrócić na to uwagę w przypadku kolejnych części Mikrulków

Książeczkę jednak gorąco polecam. Jeśli poszukujecie miłej, przyjemnej lektury, której fabuła może dziać się w domu każdego z nas - Mikrulki są idealną propozycją. Za publikację dziękuję Wydawnictwu Novae Res: 


Recenzja "Imperium Wielkiego Kota" z okazja Międzynarodowego Dnia Kota!

Wszyscy wiemy, że koty to bardzo intrygujące zwierzęta. Można je lubić, bądź nienawidzić za liczne rany i zadrapania podczas swawolnych zabaw, ale nikt pewnie nie wpadłby na pomysł, że mogą istnieć najprawdziwsze w świecie kocie Gangi, które toczą między sobą walki o terytorium. Książka „Imperium Wielkiego Kota” opowiada nam historię zwaśnionych kocich  społeczności, a mamy tu do czynienia z Imperium oraz potężnym Gangiem, którego przywódca, Birbant, zawarł układ z bardzo chytrym i przebiegłym kocurem – Dżemem. Oba „światy” rozdziela wielki mur, po którym regularnie spaceruje Księżniczka – obiekt westchnień niejednego sierściucha. 


Naszymi głównymi bohaterami są dwa grube, osiedlowe koty. Jeden z nich wabi się Filip, któremu kocie Imperium nadało przydomek „Zbój”, a drugi nosi imię Gawron i jest leniwym, wygodnym kocurem, lubiącym najeść się do syta, wszczynając obserwacje zdarzeń z parapetu na drugim piętrze. Wydawać by się mogło, że puszysty, czarny kot nie miesza się w sprawy polityki i kompletnie nie interesuje go bieg zdarzeń pomiędzy jedną, a drugą stroną muru – nic bardziej mylnego! Punkt obserwacyjny Gawrona jest jedynym miejscem, z którego widać krzaki, płoty i garaże intryg Gangu Birbanta oraz poczynania – odpowiedzi – ze strony Imperium Wielkiego Kota. Niestety jego losy są najsmutniejsze w całej książce, ponieważ Gawron musi wyjechać wraz z Panią, a przygody, jakie spotkają go w „nowym domu” są bardzo przykre i bolesne. Zdradzę Wam tylko, że zostanie zaatakowany jednocześnie przez szczura oraz Karmelka, psa z sąsiedztwa, a co wydarzy się później – musicie sami przeczytać.

Gdy zaczęłam wertować książkę zastanawiałam się, czy to oby na pewno dobra historia dla przedziału wiekowego, dla jakiego jest przeznaczona. Na okładce bowiem widnieje poniższy  zapis „Bajka przeznaczona jest dla dzieci w wieku 7-12 lat”. Na dobrą sprawę jestem nieco starsza i naprawdę zostałam wchłonięta do kociego świata. Wraz z bohaterami odwiedzałam brudne śmietniki, śledziłam próbę porwania Księżniczki czy przeżywałam losy Wielkiego Kota i jego przyszywanej matki, Limby.

Książka jest tak naprawdę historią wielu kocich społeczności i wielu kocich jednostek, bowiem każdy z nich miał jakąś przeszłość – raz lepszą, raz gorszą – a i tak wielu z nich stała się bezdomną bandą, która w zimie nie ma, co włożyć do pyszczka, ani gdzie skryć się przez chłodem. Przestawienie, w tak namacalny sposób kociego świata sprawia, że książka jest idealną propozycją dla dzieci w wieku, w którym kształtują swoją osobowość. Wielokrotnie spotykamy sytuację, w której  dziecko ze Szkoły Podstawowej bierze za nic los zwierząt, bije je i kopie tylko dlatego, że stanęły mu na drodze, by otrzymać jakiś smakołyk do pustego brzuszka. Ja jestem osobą bardzo wrażliwą i troszczę się o los każdego, puszystego stwora, a więc mam szczerą nadzieję, że podobne zachowanie uda się wyklarować w kolejnych pokoleniach XXI wieku. Książka Teresy Kulik powinna stać się lekturą obowiązkową, ale nie realizowaną podczas nudnych zajęć języka polskiego, a czytaną przez rodziców z wyselekcjonowaniem  i opisaniem rzeczy dobrych oraz rzeczy złych. Tylko tak zdołamy wyklarować wrażliwość u swoich pociech, i tylko tak zadbamy o los zwierząt.

Cóż mogę powiedzieć, na koniec? „Imperium Wielkiego Kota” gorąco polecam wszystkim, ponieważ jest to świetna lektura dla dużych i małych. Książkę czyta się bardzo przyjemnie, język jest plastyczny, a kocie postaci wyraźnie zarysowane. Autorka miała naprawdę interesujący pomysł na fabułę powieści i przyznam, że nadal jestem ciekawa, skąd Pani Teresa czerpała inspirację, szczególnie jeśli w grę wchodzi śledzenie Dżema, albo kończąca powieść „Akcja Kolor”. 


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Novae Res: 


------------------------------------------------------


Korzystając jednak z bardzo nietypowej i niekonwencjonalnej okazji, chciałabym wszystkim Kotom złożyć najserdeczniejsze życzenia mnóstwa łakoci i smakołyków, wygodnych legowisk i tuzina pluszowych zabawek z kocimiętką! 
Pogłaszczcie, proszę, ode mnie swoich milusińskich podopiecznych! :D


A wiec... Gdzie jest Pingwin?

Jak zająć dziecko w zimowy wieczór? Jak znaleźć zajęcie, które zabsorbuje malucha na dłużej niż 15 minut, ale i pomoże rozwijać wyobraźnię? Jak sprawić, by cała rodzina mogła się świetnie bawić wykorzystując krótką książkę? Mam dla Was idealny pomysł! Wydawnictwo IUVI w 2013 roku wydało publikację pt. „Gdzie jest pingwin?” (Sophie Schrey, Chuck Welon), która jest niemałą atrakcją dla wszystkich członków rodziny. Zapytacie pewnie, skąd o tym wiem skoro własnych dzieci nie mam. Muszę Wam powiedzieć, tak w sekrecie, że królikiem doświadczalnym stała się moja siostra. Nie wiem tylko, która z nas miała więcej frajdy przy przewracaniu kolejnych stronic…

Od dziecka, gdy trafiała w moje ręce jakaś książka priorytetową sprawą był znajdujący się weń, choć jeden, obrazek. Uważałam, że książka bez rysunku, to na pewno strasznie nudna powieść, do której aż nie chce się zaglądać. Z upływem lat moje zdanie, czy nawet światopogląd uległy zmianie. Dzisiaj nie straszne mi kilkutomowe lektury, ani monumentalna biblioteką w centrum miasta. Zdradzę Wam jednak, że gdy widzę zamalowane stronice uśmiecham się od ucha do ucha, i pełna euforii sięgam po daną książkę. Wyobraźcie sobie, jak zareagowałam, kiedy moje oczy rozbiegały się we wszystkich kierunkach, podczas poszukiwania pingwinów. Może wydać się Wam to dziwne, jednak pomimo oczopląsu nie wędrowałam na stronę z podpowiedziami, a uparcie starałam się wyszukać wszystkich bohaterów.

„Gdzie jest pingwin” to książka, która ćwiczy spostrzegawczość naszych milusińskich. Na 34 stronach śledzimy przygody pingwiniej rodziny. Zwiedzamy wraz z nimi zoo, nocujemy w nawiedzonym domu, albo ruszamy w kosmiczną podróż! Historii jest aż siedemnaście, a na każdej stronie ukrywa się dziesięć pingwinów! Wszystkie oczywiście należy odszukać, wskazać ich miejsce oraz (dla ambitnych odkrywców) wykonać zadania dodatkowe, do których instrukcja znajduje się na końcu książki.

Zapewniam Was, że warto sięgnąć po tę propozycję, a więc jeśli nie macie pomysłu na prezent dla swoich podopiecznych – koniecznie zajrzyjcie na stronę http://www.labotiga.pl/pingwiny i zamówcie egzemplarz. Mam dziwne przeczucie, że wszystkie dzieci w mojej rodzinie zostaną obdarowane tą publikacją, bowiem kiedy zadbać o rozwój naszych maluchów, jeśli nie w wieku wczesnoszkolnym? Dodam tylko, że sposób wydania książki jest bardzo przystępny. Dzieci zdołają samodzielnie przeczytać teksty opatrujące obrazki ze względu na wielkość czcionki, jednak dla przedszkolaków wskazana jest pomoc rodziców i zachęcenie do kontynuowania zabawy, gdy zniechęcą się i zaczną nudzić (czasem nawet ja nie zdołałam odszukać wszystkich pingwinów). Jeśli jednak obawiacie się o nieopłacalność czy zniszczenie publikacji to zapewniam, że Wydawnictwo zadbało o twardą oprawę oraz dobrej jakości papier, który zbyt szybko nie ulega deformacjom. Jedynym problemem mogą stać się kredki/flamastry w dłoni naszych milusińskich. Powodzenia! J


Za książkę dziękuję Wydawnictwu IUVI:



Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje
Wywiad: Portal Warszawa i Okolice

Recenzja książki: Sodoma

Recenzja książki: Sodoma
Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie