­
­

Kasie West cały czas w formie!

Kolejna książka bezkonkurencyjnej Kasie West na polskim rynku i już czwarty tytuł autorki wydany pod patronatem Odsłoń Kulturę.


Przed premierą byłam bardzo podekscytowana. Mój blog się zmienia, co możecie zauważyć każdego dnia. Jego stylowe i młodzieżowe oblicze lada chwila jeszcze bardziej się uwydatni, bo przecież tworzę to wszystko dla Was.

Przeznaczenie i pierwszy pocałunek to niezwykle lekka, a zarazem przystępna książka. Bardzo przypomina mi historie spod pióra Nicholasa Sparksa, gdzie bohaterowie muszą stawić czoła figlom, które płata im los, a zarazem mają u swojego boku jednego powiernika trosk, który często staje się kimś więcej, a ich relacja przeradza się w gorące uczucie. Tak było i w tym przypadku. Główna bohaterka - silna, niezależna, dążąca do spełnienia najskrytszych marzeń - Lancey - rozpada się na naszych oczach. Wszystko co dla niej ważne zaczyna tracić sens, gdy ci, którym ufała rzucają jej kolejne kłody pod nogi. 

O czym jednak opowiada książka Przeznaczenie i pierwszy pocałunek? Lancey Barnes otrzymuje prawdziwy dar od losu! Trafia do niej propozycja zagrania jednej z ról w hollywoodzkiej produkcji filmowej i pierwsze w karierze zagoszczenie na prawdziwym czerwonym dywanie w towarzystwie reflektorów i dziennikarzy. Szybko jednak się okazuje, że wymarzony zawód ma bardzo ciemne oblicze, a zawiść, konkurencja i hipokryzja objawiają się na każdym kroku. Co więc przyniesie czas? Jak radzić sobie bez wsparcia, nie wiedząc komu można zaufać? 

Kasie West ma niebywały talent do wprowadzania jedynie kluczowych bohaterów. Każda z postaci, które pojawiają się w książce odgrywa pewną rolę lub wpływa na podejmowane przez Lancey decyzje. Jestem też pod ogromnym wrażeniem sposobu w jaki autorka przekazuje młodym ludziom życiowe wartości i sprawia, że choć na krótką chwilę zatrzymują się w miejscu, by przeanalizować własne życie. Między wierszami zbuduje się mnóstwo mądrości, które dobrze zinterpretowane zostaną w głowie każdego czytelnika. Oczywiście nie zabrakło niedociągnięć. Historia moim zdaniem mogła być bardziej poruszająca, silniejsze bodźce mogły wpływać na Lancey, ale kto się? Może Kasie West świadomie zdecydowała się na taki zabieg? 

Sprawdź na stronie Wydawnictwa
Gorąco polecam! Uważam, że naprawdę warto sięgnąć po książkę Przeznaczenie i pierwszy pocałunek. Szukajcie swojego egzemplarza w księgarniach w całej Polsce.



"Nowe przygody Mikołajka", czyli tom 2 wspaniałej książki dla dzieci i młodzieży od AUDIOTEKI!


Jerzy i Maciej Stuhr to duet nie do pobicia. Dwa charakterystyczne głosy polskiej sceny, świetna intonacje i emocje, płynące z każdego nagrania. Coś wspaniałego! Przyznam, że moje zdrowotne perypetie były ubarwione Nowymi Przygodami Mikołajka. Niemal codziennie nakładałam słuchawki siedząc na blacie do ćwiczeń, po czym uśmiechałam się do samej siebie wsłuchując w nagranie. Wszystko oczywiście za sprawą Wydawnictwa Audioteka i udostępnienia mi w ramach recenzji Nowych Przygód Mikołajka, tom 2. Dziękuję!

Nowa książeczka Jeana-Jacquesa Sempé i René Goscinnego to aż 45 dotąd nie zasłyszanych historyjek, będących przygodami jednego z najpopularniejszych francuskich uczniów oraz jego przyjaciół. W tej części przeżyjecie przygodę z wrotkami Gotfryda, kiedy to Euzebiusz chcąc nauczyć się na nich jeździć doprowadza do skonfiskowania sprzętu. Pójdziecie do fryzjera, który ubrany jest na biało jak dentyści i doktorzy, i ma nożyczki! Dowiecie się, za co Mikołajek otrzymał mnóstwo karmelków od pana Blédurta, albo czemu Kleofas dostał  najlepszy stopień (2+) z odpowiedzi w całym półroczu!

Każda historyjka wywołuje szeroki uśmiech na twarzy słuchacza. Dla osoby, która dotychczas nie miała styczności z Nowymi Przygodami Mikołajka, takie nagranie może być świetnym początkiem bardzo, bardzo długiej przyjaźni. Prawda jest taka, że zarówno mali, jak i duzi chętnie sięgają po książki skierowane dla młodzieży. Naszych milusińskich one bawią, dla dorosłych czytelników z kolei są źródłem cennej wiedzy, mówiącej jak dziecko patrzy na świat, jak postrzega pewne sytuacje i jakich rozwiązań oczekuje. Jest to jednak świetna zabawa dla całej rodziny! Co więcej, zauważyłam, że moja młodsza siostra, która dopiero zaczyna czytać, chętnie wpatrywała się w książkowe wydanie przygód Mikołajka i jednocześnie słuchała nagrania. Powiedziała nawet, że dzięki temu szybciej się uczy, łatwiej zapamiętuje słowa i śledzi tekst. Wiem ze swojego doświadczenia, że to świetny sposób na zaprzyjaźnienie dziecka z literaturą. Gorąco polecam Wam tę metodę,  ale tylko z Wydawnictwem Audioteka. Klucz znajduje się w sposobie przekazania treści. Nowe Przygody Mikołajka to świetnie zinterpretowany audiobook. Maciej i Jerzy Stuhr świetnie ze sobą współpracują (mamy tu kilka „wspólnych” słuchowisk) i aż nadto oddają realność przedstawianych przygód. Mało tego, przecież wszystkie perypetie opisane przez Gościnnego  są prawdziwe. Każdy z nas był kiedyś dzieckiem, każdy z nas miał wielkie problemy, każdy wyczekiwał prezentów, każdy pisał sprawdziany z arytmetyki i każdy był gościem na jakiejś ceremonii zaślubin. Historia zatacza koło, bowiem również każdy miał identyczne, bądź podobne przemyślenia.

Audiobooka gorąco polecam! Jeżeli chcielibyście samodzielnie sprawdzić, czy przypadnie Wam do gustu - zapraszam na stronę Wydawnictwa Audioteka >>TU<<, gdzie bezpłatnie możecie pobrać rozdział książki. 

Za Nowe Przygody Mikołajka, tom 2 Dziękuję Wydawnictwu Audioteka:




"Sny i Tobołki Pana Pierdziołki czyli powtarzanki i śpiewanki..." - świetna zabawa dla dużych i małych

Czasem zbieramy się w gronie rodziny. Siadamy na wielkim dywanie i rozprawiamy, „jak to było w naszych czasach”. Okazuje się jednak, że nawet w sytuacji, w której ścierają się ze sobą trzy pokolenia – podwórkowe zabawy, wyliczanki i zagwozdki pozostają niezmienne. Lawirujemy w ich treści, przyswajamy sobie dodatkowe zwroty i formuły, ale tak naprawdę mamy do czynienia z tymi samymi wierszykami. Dlaczego Wam o tym wszystkim opowiadam? Ano dlatego, że z recenzją książki Sny i Tobołki Pana Pierdziołki postanowiłam zaczekać aż do rodzinnego spędu, który pozwolił mi na weryfikacje powyższej teorii.

Okazało się,  że zdecydowaną większość wierszowanych utworów znajdujących się na kartach książki zna cała rodzina! Ja czytam, oni mówią w głos, a ile zabawy przynosi inna, zasłyszana niegdyś wersja, która nagle zaczyna kolidować ze słowem pisanym? Przekonajcie się sami! ;)

Sny i Tobołki Pana Pierdziołki czyli powtarzanki i śpiewanki to pięknie stworzona publikacja od Wydawnictwa Zysk i S-ka, która kosztuje zaledwie 14 zł! Książka wydana jest w twardej oprawie, co gwarantuje jej wytrwałość podczas familijnych zabaw, a ilustracje Kasi Cerazy bawią małych i dużych.

Jak już wspomniałam, my czytaliśmy tę książeczkę rodzinnie. Każdy znał inną wersję danej powtarzanki, każdy mówią ją na głos i prawie każda była mniej… dystyngowana. Przyznam jednak, że miałabym opory przed pokazaniem ich dzieciom. O ile zdecydowana większość wierszyków jest przyjemna, przystępna, o tyle rozdział Wyliczanki Niegrzeczne zarezerwowany jest dla dorosłych (choć absurdem jest fakt, że to właśnie ta część książki najbardziej bawi najmłodszych!). Nie ma sensu jednak stwarzać barier pomiędzy młodymi a dojrzałymi czytelnikami, ponieważ wystarczy wytłumaczyć dzieciom jakich zwrotów nie powinny absorbować i powtarzać koleżankom czy kolegom.


Siedzi fizyk na katodzie,
Moczy nogi w kwaśnej wodzie.
Pisze dwóje w stanie wolnym,
Moczy pióro w kwasie solnym.
Jak dostaniesz cztery dwóje,
Dziennik zaraz wyparuje.


Niestety nie mogę napisać Wam wszystkich powtarzanek, wśród których gwarnie zaśpiewacie Pieski małe dwa, Jadą, jadą misie czy Panie Janie! Rano wstań. Zobaczycie też Dudka na dachu, sprawdzicie, co zrobił bociek, gdy poszła żabka do ziemnego zdroju, albo dowiecie się, jaki jest prosty sposób na rozwiązanie problemu łysych. Gwarantuję Wam sprawdzone 48 stron świetnej zabawy dla całej rodziny! Gorąco polecam! :)

Za Sny i Tobołki Pana Pierdziołki dziękuję Wydawnictwu ZYSK i S-ka:



Noe. Za niegodziwość ludzi - Ari Handel, Niko Henrichon, Darren Aronofsky

Ebooków nie lubię. Głównie ze względu na brak Kindle, a także brak odpowiedniej aplikacji na tablet, które pozwalają mi humanitarnej wertować kolejne stronice wirtualnej książki. Chciałam jednak poznać komiks Noe. Za niegodziwość ludzi, będący pierwszym tomem serii.

Biblijną historię Noego zna każdy. Nie wspominam tu o zdecydowanej przewadze religii, ale o lekcjach języka polskiego, które wszyscy mamy za sobą. Jak jednak traktować komiks, który właśnie na postawie biblijnych przekazów został stworzony? A przyznam, że wypadł rewelacyjnie.

Jak już wspomniałam, Noe. Za niegodziwość ludzi jest pierwszym tomem historii. Poznajemy Noego, prześladujące go senne koszmary, wizję zagłady świata, a opowieść kończymy w momencie rozpoczęcia planów budowy arki. Arkę przecież także znają wszyscy.

Gdy zaczęłam wertowanie kolejnych stronic miałam mieszane uczucia. Kreska, jak na komiks jest bardzo dobrze dopracowana. Rysunki nie rażą, a pozwalają nam zagłębić się w historię, a przy tym na własne oczy dostrzec brutalność, silę żywiołów i czyhającą zagładę zarówno świata, jak i skrajny upadek ludzkości. Opowieść jest jednak dość odległa od biblijnych przekazów. Autorzy: Darren Aronofsky oraz Ari Handel postawili na przekazanie nietypowej fabuły, która opiera się na głównym motywie zaczerpniętym w Biblii. Jeśli tylko zaczniecie lekturę, na pewno „różnice” uwydatnią się na pierwszy rzut oka. Nie będę jednak zabierała Wam przyjemności z lektury. Ale zaznaczę, że niemało zaskoczył mnie też dobór słownictwa. Książki liczy 72 strony, dialogi są bardzo krótkie, ale w pełni pozwalają nam zrozumieć wartką akcję ewoluującą na naszych oczach. Są po prostu treściwe. Przyznam, że jestem mile zaskoczona, ponieważ poświęciłam kilkanaście, może kilkadziesiąt minut na przekartowanie komiksu, a poczułam wewnętrzną dumę, że poznałam właśnie podstawowy element ekranizacji filmu Noe, który w marcu obejrzeć mogliście na wielkim ekranie.

Pełna oprawa graficzna zasługuje na uznanie. Za rysunki odpowiedzialny był Niko Henrichon, znany kanadyjski comic book writer/artist, który w piękny i treściwy sposób zobrazował scenariusz. Przyznam, że dynamika postaci, ich wyraz twarzy, ruch – sam w sobie – to kwintesencja artyzmu. Może wielu zagorzałych katolików przeżegnałoby się na widok tej książki, ale według mnie oprawa bardzo cieszy oko. Czy właśnie to nie jest dobry sposób na przekazywanie wiedzy młodym pokoleniom? Prawda jest taka, że biblijna historia została tu przedstawiona w dość niekonwencjonalny, nowatorski sposób, a sam fakt, że to nadal ta sama opowieść, która nie tylko zawiera cytaty z Pisma Świętego, ale i pozwala wyciągnąć wnioski swoim czytelnikom, powinno wpłynąć na pobłażliwe jej traktowanie.


Książkę Noe. Za niegodziwość ludzi polecam, a za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu SQN:



"Leśnego Zwierza Morskie Opowieści", czyli w kilku słowach o prawdziwie morskiej przygodzie!

Ahoj przygodo!
Co może być piękniejszego od morskich opowieści? Długich wycieczek, wojaży w towarzystwie nieposkromionej natury, pełnej krasy, wdzięku i… bezwzględności? Wydaje mi się, że nie zdołamy odszukać substytutu. Wielu z nas ciągnie do morza, lodowatego oceanu, który zachwyca swoim pięknem. Jak jednak wygląda życie na statku? Czy każdy marynarz naprawdę ma kobietę w innym porcie, a ilość rumu to tylko mit? Co opowie nam Leśny Zwierz? Czy morskie opowieści mogą bawić i onieśmielać? Gorąco zachęcam Was do przeczytania książki Leśnego Zwierza Morskie Opowieści, wydanej przez Wydawnictwo Novae Res. 

Rozpoczynając lekturę natrafiamy na wstęp książki, napisany przez Marka Szymańskiego, redaktora gazetki dla marynarzy "Dzień Dobry – tu Polska". Przyznam, że zwykle omijam szerokim łukiem dopiski autorskie, bowiem rzadko kiedy możemy wyciągnąć z nich ciekawe wnioski. W przypadku Leśnego Zwierza Morskich Opowieści było zupełnie inaczej. To dzięki tej wstawce poznajemy historię książki. Dowiadujemy się, że to właśnie „Gargamel” miał kluczowy wpływ na wydanie publikacji, a autorem dzienników pokładowych jest Waldemar Szwoch, absolwent gdyńskiej Szkoły Morskiej.

Czytając książkę poznajemy historię jednej osoby, a także społeczności i środowiska, które co i rusz urzeka nas coraz bardziej. To właśnie z Panem Waldemarem wspominamy „szkolne czasy”, młodzieńcze mrzonki, a nawet kradzież statku. Momentami zaśmiewamy się do łez, ale i przeżywamy traumatyczne zdarzenia, które są nieodzownym kompanem morskich przygód. W książce nie zabrakło przezabawnych anegdot, historii prawdziwych, realnych, a także zasłyszanych w trakcie rejsów opowieści. Książka ta jest naprawdę świetnie zorganizowana, a przyznam, ze obawiałam się lektury. Kompletnie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Sądziłam, że spadnie na mnie marynarski żargon, specyficzne słownictwo i ostentacyjne podejście do czytelnika – nic z tych rzeczy! Język, którym napisane zostały Leśnego Zwierza Morskie Opowieści jest bardzo swobodny, lekki i przyjemny. Lektura nie nuży a sprawia, że chcemy przeczytać tę historię jednym tchem. To naprawdę piękna, prawdziwa opowieść, do której pewnie nie raz jeszcze powrócę. Pozwoliłam sobie jednak sfotografować jedną ze stron książki, gdzie znajduje się krótki rozdział „Mesje”, a pięknie odnosi się do mojego ostatniego kolokwium…


Jak widzicie, książka przepełniona jest sporą dawką pozytywnego nastroju. W końcu to Morskie Opowieści! Gorąco zachęcam Was do lektury, ponieważ naprawdę warto sięgnąć po tę publikację. Według mnie jest idealna na wiosenno-letnie popołudnia szczególnie, jeśli marzy Wam się wakacyjny wypad pod żagle! :)

Za Leśnego Zwierza Morskie Opowieści dziękuję Wydawnictwu Novae Res:


"Nowe przygody Mikołajka" - Pierwszy AUDIOBOOK na Pastelowym Niecodzienniku!

Słowem wstępu chciałabym Wam oświadczyć, że audiobooki nie gryzą! Może i wymagają skupienia, albo przynajmniej dobrych słuchawek, ale na pewno nie są inwazyjne ani dla naszych zmysłów, ani dla otaczającego nas społeczeństwa.

Ja, w ramach współpracy z Audioteką, otrzymałam Nowe przygody Mikołajka. Pewnie niewielu z Was sądziło, że nadal żyję w krainie wiecznego dzieciństwa, ale prawda jest taka, że bajkowe opowieści to jedne z moich ulubionych. Z książkową wersją przygód Mikołajka nie miałam styczności. Niestety wielokrotne próby dokonania zakupu spaliły na panewce, gdy tylko zobaczyłam cenę, widniejąca na okładce. Cóż, studencki budżet to bardzo smutna przypadłość.

Niemniej, pozwolę sobie nawiązać do fabuły i całej książki o Nowych Przygodach Mikołajka. Wielu z Was pewnie doskonale zna te krótkie, ale wyjątkowo przyjemne opowiadania, będące lekturą obowiązkową dla każdego malucha. Tom pierwszy to aż 80 historyjek, wydanych w 2005 roku przez René Gościnnego. Mamy tutaj przygody w szkole, małe wycieczki, przeprowadzki, urodziny kolegów, słowem – normalne życie Mikołajka, jego rodziny oraz znajomych. Publikacja jest idealnym odzwierciedleniem „dorosłych” problemów, w oczach dzieci. Czasem sprawy są błahe, czasem absurdalne, a innym razem naprawdę wymagają uwagi. Gościnny, chcąc zachęcić do lektury/słuchania zarówno małych, jak i dużych uświadamia nam, że dzieci mają swoje własne troski. Tak samo, jak brak rozwiązanego zadania z matematyki jest dla nich ogromnym problemem, a „usprawiedliwienie” może być nawet powodem do dumny i prestiżu w oczach rówieśników, tak niespełnione obietnice czy ignorowanie ich potrzeb powoduje głośny przytup i obrażoną minę u niejednego malucha.

Najistotniejszym elementem, jaki chciałabym poruszyć jest fakt, że nie opowiadam Wam o książce, a o Audiobooku! Trwa on co prawa dziesięć godzin, ale wierzcie mi, że warto spędzić czas w tak doborowym towarzystwie. Kogo mam na myśli? Ano fenomenalnym duet: Jerzego i Macieja Stuhra. Początkowo spodziewałam się, że przy nagraniach książka zostanie podzielona na „ojca i syna” podczas dialogów, ale na szczęście połowę książki czyta Jerzy, a pozostałą część Maciej Stuhr. Trudno stwierdzić jednak, kto spisał się lepiej, bowiem głosy obu panów uwielbiam, a intonacja jest po prostu cudowna! Codziennie przypinałam słuchawki to telefonu i jadąc na uczelnię, albo wracając do mieszkania słuchałam tego opowiadania. Zapewne zabawnie wyglądałam, kiedy wśród tłumu ludzi uśmiechałam się do ekranu, albo chichotałam pod nosem. Mam dziwne przeczucie, że gdybym samodzielnie czytała tę publikację, nie zdołałabym odtworzyć jej w tak malowniczy sposób. Obaj Panowie przenoszą nas do świata Mikołajka. Pozawalają nam przeżywać jego przygody, śledzić familijne perypetie i zazdrościć, że pomimo drobnomieszczańskich przekonań czy przyzwyczajeń, tworzą kochającą się, ciepłą rodzinę. Mikołajek ma też specyficznych kolegów. Alcest „to ten, który ciągle je”, Gotfryd z koeli ma bardzo bogatego tatę, a Euzebiusz zgrywa osiłka. Cała  klasowa paczka, włącznie z Ananiaszem, Maksencjuszem, Rufusem i innymi, pozwala nam zaśmiewać się do łez, kiedy nauczyciele usilnie próbują rozpocząć lekcje, albo kiedy chłopcy wymyślają nowe zabawy. To tak naprawdę historia o małych, wielkich ludziach, ale z problemami, z którymi niegdyś borykaliśmy się my sami.

Tutaj idealnie wpasowałaby się historia z wrotkami, kiedy to tata Mikołajka obiecał mu ich zakup, gdy „będzie najlepszy w klasie” . Mikołaj więc pisze „dyktando z niesamowitymi słowami” i chwali się całej familii, że popełnił jedynie 7 błędów! Chłopca oczywiście rozpiera duma, a więc postanawia wykorzystać okazję nie tylko do zjedzenia pysznego tortu czekoladowego, ale i namówienia rodziców do zakupu wrotek!

- No i masz! Obiecują mi wrotki, piszę najlepsze dyktando w klasie, pani mnie przy wszystkich chwali, a potem mówią, że porozmawiamy o tym kiedy indziej! Usiadłem na dywanie i zacząłem walić w podłogę pięściami.
– Chcesz klapsa? – spytał tata, a ja się rozpłakałem i przybiegła mama.
– Co znowu? – spytała.
Więc wytłumaczyłem jej, że tata powiedział, że da mi klapsa.
– Ciekawy sposób zachęcenia dziecka do nauki – powiedziała mama.
– Tak – powiedziałem. – Jak nie dostanę wrotek, to będę strasznie zniechęcony.
//Rozdział 6//

Powiedzcie mi, Kochani, kto z Was nie miał takich przygód? ;) Opisane w Nowych Przygodach Mikołajka historie są aż nadto realne, a to pozwala nam na zidentyfikowaniem się z ich bohaterami. Jeśli tylko będziecie mieli okazję, zachęcam Was do zapoznania się z proponowanym przez Audiotekę audiobookiem, do którego link znajdziecie klikając >>TU<<

Za fantastycznie spędzony czas z Nowymi Przygodami Mikołajka dziękuję Wydawnictwu Audioteka


Jennifer, Liam i Josh. Nieautoryzowana biografia gwiazd Igrzysk Śmierci - Danny White od Wydawnictwa Feeria

Igrzysk Śmierci ani nie czytałam, ani nie oglądałam. Kojarzę jedynie „trzy po trzy” postaci filmowej produkcji, bowiem spoty reklamowe oraz bilbordy spotkać można było na każdym kroku. Dzisiaj jednak mam dla Was najnowszą, nieautoryzowaną biografię gwiazd serii, opowiadającą o głównych bohaterach - Jennifer, Liamie i Joshu. 

Książka została podzielona na dwie części: Życie przed Igrzyskami oraz Życie po Igrzyskach. Nie sposób się nie domyślić, że w pierwszej połowie publikacji mowa o nudnym, statecznym życiu kochającej konie Jennifer, wyjątkowo przystojnym Liamie czy Joshu, cierpiącym na dość popularny przerost ambicji. Tak naprawdę ta część książki ma nam pokazać, że to zwykli ludzie, mający mniej lub więcej szczęścia w swojej karierze. Jennifer nie uważa się za celebrytkę, nienawidzi zakupów, ale nareszcie cieszy się, że stać ją na markowe ciuchy.  Liam za to jest najmłodszy w rodzinie. Mia dwóch braci, którzy (jak to starsze rodzeństwo) regularnie naśmiewali się z chłopca. A to płatali mu figle, a to ubierali go w kilka bluz i strzelali z wiatrówki do uciekającej ofiary. Czy ktoś z Was nie miał tak kontrowersyjnych, młodzieńczych przygód? Josh z kolei od dziecka znał ścieżkę, jaką ma podążać. Jego rodzice wykreowali mu światopogląd i osobowość godną, jak został nazwany w książce, „hollywoodczyka”. Chłopak zdobywał liczne nagrody, przyjaźnił się z kamerą, a swój pierwszy pocałunek przeżył… w wieku 11 lat! Autor książki naigrywa się z bohatera mówiąc, że „w trakcie kręcenia Małego Manhattanu, miał okazję wykorzystać doświadczenie przed kamerą”.

Druga część publikacji ma pokazać, jak zmieniły się losy bohaterów w realnym życiu, oraz jak Suzanne Collins broniła swojej książki przed oskarżeniami związanymi z możliwym plagiatem mangi Koushuna Takami pt. Battle Royale, zekranizowanej przez Quentina Tarantino. Innym elementem jest poczucie dumy przez autorkę, gdy sam Stephen King pozytywnie zrecenzował jej książkę, choć oczywiście nie zabrakło zgryźliwości w opinii: „przejawy autorskiego lenistwa, które dzieci zaakceptują chętniej niż dorośli”. Według mnie jednak sam fakt, że mistrz powieści grozy sięgnął po tę książkę i napisał o niej kilka słów powinno być powodem do dumy. Ciąg dalszy publikacji to oblegane przez dziennikarzy posesje, strach przed premierą filmu, wywiady, relacje, plotkarskie portale oraz miłosne intrygi.
Głównych bohaterów kochają miliony. Jennifer, Liam i Josh to jedne z najpopularniejszych twarzy Hollywood, które swoją przygodę ze szklanym ekranem miały przed rozpoczęciem serii. Wszystko jednak ulega zmianie. Ciężka praca przynosi efekty i pozwala odnieść sukces nawet na amerykańskich czerwonych dywanach...

Jennifer, Liam i Josh. Nieautoryzowana biografia gwiazd Igrzysk Śmierci to książka dla osób, zaciekawionych prywatnym życiem bohaterów. Ich własnymi, rodzinnymi szczęściami, normalnością i relacjami na planie filmowym. Mnie lektura przekonała, by sięgnąć po powieści Suzanne Collins z nadzieją, że te wiadomości wesprą mnie podczas czytania. Z kolei publikacja Danny’ego White to bardzo lekka, przyjemna lektura. Książka została napisana prostym, stosunkowo zabawnym językiem, a zamieszczone w jej wnętrzu fotografie ukazują nam realność kreowanych postaci. Jedynie okładka pozostawia wiele do życzenia. Uważam, że dobranie nieco bardziej profesjonalnych zdjęć, przyciągnęłoby uwagę większego grona odbiorców książki.

Za Jennifer, Liam i Josh. Nieautoryzowaną biografię gwiazd Igrzysk Śmierci dziękuję Wydawnictwu Feeria. Chciałabym też Was poinformować, że jest to pierwsza publikacja wynikająca ze współpracy Wydawnictwa z Pastelowym Niecodziennikiem:


Kompletna edycja przygód najsławniejszego detektywa wszech czasów! Sherlock Holmes w nowym wydaniu! :)

Sherlocka Holmesa pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Najpierw były bajki, później streszczone opowiadania, potem powieści, a na koniec ekranizacje. Ostatnio jednak powróciły do mnie piękne lata młodości i najnowsze, trzytomowe wydanie książki od Wydawnictwa Zysk i S-ka.

Nawet sobie nie wyobrażacie, ile radości może przynieść 500-stronicowa publikacja, w pięknym, odmienionym wydaniu. Nie sposób nie zdjąć obwoluty i nie postawić jej w najważniejszym miejscu na swojej półce, bo przecież jest wspaniała! Może wydać się Wam to dziwne, absurdalne, paranoiczne, ale… uwielbiam Sherlocka! Sądzę, że fabuły nie muszę Wam streszczać, bowiem większość z Was i tak doskonale kojarzy dwie, najważniejsze postaci – doktora Watson i detektywa, Sherlocka Holmesa, który interesuje się wyłącznie przydatnymi sprawunkami.

Książka, jak już wspomniałam, zawiera trzy pierwsze tomy powieści. Mamy tu to czynienia ze Studium w Szkarłacie, gdzie doktor Watson po raz pierwszy spotyka niekonwencjonalnego Sherlocka, który we współczesnym świecie bardzo przypomina nam równie kultowego doktora House’a. Fabuła Studium… opowiada nam o dwóch niezwykłych zbrodniach w Londynie, gdzie jedna z nich dotyczy odnalezionego, zachlapanego krwią ciała pewnego eleganta, który z niewyjaśnionych okoliczności został zamordowany… Z kolei Znak Czterech jest chwilową odskocznią od nudnego pomieszkiwania przy Baker Street. Mężczyźni, pomagając pannie Mary Morstan i narażają się na śmiertelne niebezpieczeństwo. To właśnie w tym rozdziale poznacie wybrankę doktora Watsona oraz będziecie mogli przeanalizować rozumowanie detektywa podczas relacji i opowieści nowo poznanych bohaterów, kluczowych postaci w czasie śledztwa. 

- Pan wykonał całą pracę, a jakie są jej efekty? Ja zdobywam małżonkę, Jones zasługi, a co zostanie dla Pana?
- Dla mnie? – zamyślił się Holmes – No cóż, zawsze jeszcze będzie ampułka z kokainą – i wyciągnął po nią długą, białą dłoń.

Kolejną, a zarazem ostatnią częścią książki jest Pies Baskerville’ów, notabene jest to moje ulubione opowiadanie. Tutaj poznacie, jaka klątwa czyha nad rodziną Baskerville’ów i ile do śledztwa wnieść mogą legendy i opowiadania. Tym razem to doktor Mortimer wprowadza nas do fabuły i to wraz z nim badamy ciało odnalezionego sir Charles’a. Cenną informacją dla Holmesa są pewne ślady, które zostały pozostawione nieopodal zwłok mężczyzny… Czy to olbrzymi, czarny pies dosięga sprawiedliwości za krzywdy wyrządzone przez sir Hugona? Koniecznie przeczytajcie tę historię.

Nie chcę opowiadać Wam szczegółowo tych opowieści, bowiem stracicie całą przyjemność związaną z lekturą. Jeśli ktoś z Was nie zna losów Shelocka Holmesa to zapewniam, że książkę należy dopisać do kanonu lektur obowiązkowych!

Chciałabym też zwrócić Waszą uwagę na nowe wydanie tej książki. Wspomniałam już o pięknej, twardej oprawie, która skomponowana z formatem B5 jeszcze bardziej zachęca do sięgnięcia po tę propozycję. Na okładce z kolei widzimy cenę 45 zł. Trudno mi jednak jednoznacznie stwierdzić, czy jest to tanio czy drogo, bowiem książka jest świetnie zorganizowana i nie ma, co się oszukiwać – mamy tutaj trzy opowiadania wydane w jednym tomie. Przy takiej kalkulacji płacimy 15 zł za jedną książkę, a więc cena zdaje się być rozsądna. Jeżeli jednak miałabym zwrócić uwagę na wnętrze publikacji – tłumaczeniem zajął się Jerzy Łoziński, a i dział korekta sprawdził się świetnie. Lektura jest bardzo przyjemna, wciągająca, nie odnajdujemy tu ani kwiatków językowych, ani zdań, które zniechęcają nas do kontynuowania książki. Naprawdę jestem mile zaskoczona, bowiem Sherlock Holmes Arthura Doyle wcale nie jest prostą publikacją. Swego czasu czytałam jedną z części w oryginalnej wersji językowej i muszę przyznać, że pomimo prostych związków, czasem trudno było mi dosłownie przetłumaczyć pewne frazy. Na samym końcu warto też zwrócić uwagę na załączone ilustracje z The Strand Magazine autorstwa Sidneya Pageta. Są one bardzo ładne, jednak papier na jakim zostały nadrukowane kompletnie się nie spisuje. Wydanie książki zostało dostosowane do kobiecych torebek ;) Ja tę publikację nosiłam wraz z całym niezbędnym asortymentem oraz notatkami i przyznam, że była chyba najlżejszym elementem znajdującym się w jej wnętrzu. ;) Nie ma co się jednak rozpisywać i opowiadać Wam o mojej torebce, bowiem muszę powiedzieć coś zupełnie innego na zakończenie tej recenzji – książkę gorąco polecam!

Za możliwość powrotu do pięknych, młodzieńczych czasów dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka:


PRZEDPREMIEROWA "Chwila szczęścia" - czyli Federico Moccia na wiosnę! :)

Kto miał styczność z twórczością Federico Moccią ten wie, że jego książki to zbiór nieskończonej ilości aforyzmów i sentencji. Ja, czytając Chwilę Szczęścia miałam ochotę wyjąc ulubiony, czarny notatnik i wypisywać intrygujące mnie fragmenty. Zrezygnowałam jednak z tego, jakże niekonwencjonalnego pomysłu, bowiem przepisać musiałabym co najmniej ćwiartkę książki, a to przecież absurdalna sprawa…

Chciałabym jednak zwrócić Waszą uwagę na okładkę Chwili Szczęścia. Książka pochodzi z nakładów Wydawnictwa Muza i zdradzę Wam, że już 19 marca możecie kupić ją w księgarniach. Niemniej, niebieskie tło publikacji jest magnetyzujące. Nie wiem dlaczego, ale wiosenna pogoda i ta książka, to idealne połączenie dla niejednego fana książek Moccii. 

"Nie szukaj prawdy, niczemu nie służy"

Włochy każdemu z nas kojarzą się z ciepłem, sielanką, błękitnym niebem, pięknym wybrzeżem i „chwilą szczęścia”, która może wkraść się nasze życie. Właśnie na jej uchwycenie szansę ma nasz główny bohater, Nicco, lokalny sprzedawca gazet, którego los wcale nie jest kolorowy. Mężczyzna stracił ojca i kompletnie nie potrafi poradzić sobie z jego śmiercią. Wielokrotnie przywołuje też wypowiadane przez niego słowa, które ewidentnie kształtowały charakter i osobowość chłopaka. Miłosne perypetie Nicco także nie mają się dobrze, bowiem ma on nadzieję na ponowne związanie się z Alessią, byłą dziewczyną, która porzuciła go mówiąc proste „przykro mi”. Wydawałoby się, że szara codzienność nie ulegnie zmianie, że nadal będzie przychodził do pracy na uzgodnioną zmianę, albo że regularnie będzie spotykał się ze swoim przyjacielem, patrząc „spod byka” na  jego emocjonalne popisy. Historia jednak kryje w sobie nieoczekiwany zwrot akcji, którym jest przyjazd dwóch turystek, uwaga, z Polski! Nicco poznaje piękną Anię, a Gruby rozprawia o jej przyjaciółce… Nie mogę zdradzić Wam, jak zakończy się ta książka, jednak zachęcam Was do lektury. Tylko po przeczytani ksiązki przekonacie się, czy nasi bohaterowie odnajdą miłość, czy Gruby postanowi się wreszcie ustatkować, albo czy Rzym jest naprawdę tak piękny, jak pokazują rozmaite fotografie. 

Autor pisze charakterystycznym dla siebie językiem. Książka, jak już wspomniałam, zawiera mnóstwo sentencji, które mogą być dla Was życiowym drogowskazem. Wielokrotnie też posiłkuje się twórczością innych pisarzy, a więc mamy do czynienia z takim „pakietem szczęśliwości”. Jeśli jednak chodzi o sam sposób opisania fabuły, to pomysł na książkę bardzo mi się spodobał, kuleje za to przyciągnięcie czytelnika. Moccia rozkłada emocje swoich postaci na części pierwsze, pozwala nam zrozumieć kobiecą psychikę, a także męską reakcję na ich poczynania. Sądzę, że książka będzie idealna dla licealistek, które mogą czuć się oczarowane tak wrażliwym mężczyzną. Starsze Panie z kolei poczują pewnie niedosyt, bowiem w wielu miejscach akcja jest aż nadto przeciągnięta. Napomknę tylko krótko o kreacji postaci – zaskoczyło mnie wykorzystanie polskich turystek. To bardzo uroczy zabieg i muszę przyznać, że zaintryguje niejednego czytelnika.

Według mnie, propozycja ta jest jedną z najlepszych książek, jakie możecie przeczytać tej wiosny. Niestety nie wiem, jak wyglądają inne miasta, jednak do Warszawy zawitało słońce, zniknęła mgła, nie ma już mrozu – aż chce się żyć! Może to dziwne, ale ja wraz z nastaniem wiosny odżywam, niczym roślinki. Mam ochotę na miłosną, radosną literaturę przepełnioną pozytywnymi uczuciami, których nie sposób nie pozazdrościć bohaterom książki. Jeżeli więc macie podobne nastawienie do mojego – zachęcam Was do lektury.

Za Chwilę Szczęścia dziękuję Wydawnictwu Muza: 


Recenzja "Imperium Wielkiego Kota" z okazja Międzynarodowego Dnia Kota!

Wszyscy wiemy, że koty to bardzo intrygujące zwierzęta. Można je lubić, bądź nienawidzić za liczne rany i zadrapania podczas swawolnych zabaw, ale nikt pewnie nie wpadłby na pomysł, że mogą istnieć najprawdziwsze w świecie kocie Gangi, które toczą między sobą walki o terytorium. Książka „Imperium Wielkiego Kota” opowiada nam historię zwaśnionych kocich  społeczności, a mamy tu do czynienia z Imperium oraz potężnym Gangiem, którego przywódca, Birbant, zawarł układ z bardzo chytrym i przebiegłym kocurem – Dżemem. Oba „światy” rozdziela wielki mur, po którym regularnie spaceruje Księżniczka – obiekt westchnień niejednego sierściucha. 


Naszymi głównymi bohaterami są dwa grube, osiedlowe koty. Jeden z nich wabi się Filip, któremu kocie Imperium nadało przydomek „Zbój”, a drugi nosi imię Gawron i jest leniwym, wygodnym kocurem, lubiącym najeść się do syta, wszczynając obserwacje zdarzeń z parapetu na drugim piętrze. Wydawać by się mogło, że puszysty, czarny kot nie miesza się w sprawy polityki i kompletnie nie interesuje go bieg zdarzeń pomiędzy jedną, a drugą stroną muru – nic bardziej mylnego! Punkt obserwacyjny Gawrona jest jedynym miejscem, z którego widać krzaki, płoty i garaże intryg Gangu Birbanta oraz poczynania – odpowiedzi – ze strony Imperium Wielkiego Kota. Niestety jego losy są najsmutniejsze w całej książce, ponieważ Gawron musi wyjechać wraz z Panią, a przygody, jakie spotkają go w „nowym domu” są bardzo przykre i bolesne. Zdradzę Wam tylko, że zostanie zaatakowany jednocześnie przez szczura oraz Karmelka, psa z sąsiedztwa, a co wydarzy się później – musicie sami przeczytać.

Gdy zaczęłam wertować książkę zastanawiałam się, czy to oby na pewno dobra historia dla przedziału wiekowego, dla jakiego jest przeznaczona. Na okładce bowiem widnieje poniższy  zapis „Bajka przeznaczona jest dla dzieci w wieku 7-12 lat”. Na dobrą sprawę jestem nieco starsza i naprawdę zostałam wchłonięta do kociego świata. Wraz z bohaterami odwiedzałam brudne śmietniki, śledziłam próbę porwania Księżniczki czy przeżywałam losy Wielkiego Kota i jego przyszywanej matki, Limby.

Książka jest tak naprawdę historią wielu kocich społeczności i wielu kocich jednostek, bowiem każdy z nich miał jakąś przeszłość – raz lepszą, raz gorszą – a i tak wielu z nich stała się bezdomną bandą, która w zimie nie ma, co włożyć do pyszczka, ani gdzie skryć się przez chłodem. Przestawienie, w tak namacalny sposób kociego świata sprawia, że książka jest idealną propozycją dla dzieci w wieku, w którym kształtują swoją osobowość. Wielokrotnie spotykamy sytuację, w której  dziecko ze Szkoły Podstawowej bierze za nic los zwierząt, bije je i kopie tylko dlatego, że stanęły mu na drodze, by otrzymać jakiś smakołyk do pustego brzuszka. Ja jestem osobą bardzo wrażliwą i troszczę się o los każdego, puszystego stwora, a więc mam szczerą nadzieję, że podobne zachowanie uda się wyklarować w kolejnych pokoleniach XXI wieku. Książka Teresy Kulik powinna stać się lekturą obowiązkową, ale nie realizowaną podczas nudnych zajęć języka polskiego, a czytaną przez rodziców z wyselekcjonowaniem  i opisaniem rzeczy dobrych oraz rzeczy złych. Tylko tak zdołamy wyklarować wrażliwość u swoich pociech, i tylko tak zadbamy o los zwierząt.

Cóż mogę powiedzieć, na koniec? „Imperium Wielkiego Kota” gorąco polecam wszystkim, ponieważ jest to świetna lektura dla dużych i małych. Książkę czyta się bardzo przyjemnie, język jest plastyczny, a kocie postaci wyraźnie zarysowane. Autorka miała naprawdę interesujący pomysł na fabułę powieści i przyznam, że nadal jestem ciekawa, skąd Pani Teresa czerpała inspirację, szczególnie jeśli w grę wchodzi śledzenie Dżema, albo kończąca powieść „Akcja Kolor”. 


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Novae Res: 


------------------------------------------------------


Korzystając jednak z bardzo nietypowej i niekonwencjonalnej okazji, chciałabym wszystkim Kotom złożyć najserdeczniejsze życzenia mnóstwa łakoci i smakołyków, wygodnych legowisk i tuzina pluszowych zabawek z kocimiętką! 
Pogłaszczcie, proszę, ode mnie swoich milusińskich podopiecznych! :D


"Sen jest dobry, ale książki są lepsze" czyli "Aforyzmy i Mądrości Tyriona Lannistera"

Czy w 2014 roku jest jeszcze choć jedna osoba, której tytuł Gra o tron jest obcy? Książki Martina, a zarazem fenomenalny serial dotarły już do najodludniejszych zakątków naszego globu, a liczba Facebookowych fanów jest bliska dziewięciu milionom! Nieprawdopodobny sukces na wielu ojców, ponieważ gdyby nie pomysł i pióro autora sagi,  ekranizacja za sprawą Davida Benioff’a i  Daniela Weiss’a (wraz z pełną obsadą techniczną) oraz plejada gwiazd  - nie wyczekiwalibyśmy 06.04.2014 z zapartym tchem.


Ja jednak mam dla Was drobne ukojenie przy zrywaniu kartek z kalendarza, czyli recenzję książki Aforyzmy i Mądrości Tyriona Lannistera. Bohatera, jak sądzę, zna każdy, nawet ten, który nie czytał lektury, a obejrzał choć jeden odcinek Gry o tron. W postać wciela się fenomenalny aktor, który pomimo niskiego wzrostu (135 cm) świetnie sprawdza się w swoim fachu. Jest nim oczywiście nie kto inny, niż Peter Dinklage. I wierzcie mi, gdy kartkowałam książkę w głowie słyszałam jego głos, przypominając sobie momenty wypowiadanych słów przez bohatera. To, że „Lannisterowie zawsze spłacają swoje długi” wie każdy, ale chuć ich pokolenia, inteligencja i intrygi to kompletnie inna bajka. Jaką taktykę obrać może bogato urodzony karzeł wśród militarnej batalii, skoro „złoto nieraz się przydaje, ale wojnę wygrywa się żelazem”?

Autorem The Wit & Wisdom of Tyrion Lannister jest George Raymond Richard Martin, ponieważ cytaty są bezpośrednio zaczerpnięte z Pieśni lodu i ogania. Ilustracjami z kolei zajął się Jonty Clark, który karykaturalnie odniósł się do tematu. Jeśli więc nie zachwyci Was okładka i patrząc na nią nie poczujecie wewnętrznej potrzeby sięgnięcia po tę książkę – zostawcie ją w księgarni. Niech spokojnie zaczeka na wiernego fana, któremu humor artysty nie jest straszny.

Jeśli miałabym opowiedzieć Wam o wnętrzu publikacji, to chciałabym jedynie przestrzec przed niewielką ilością tytułowych „aforyzmów i mądrości”. Na dobrą sprawę te 160 stron, które zostały zadrukowane zawierają po jednym zabawnym (bądź głębokim), czasem kilkuwersowym, cytacie. Uważam jednak, że książka jest idealnym prezentem dla osoby, która w Casterly Rock odnalazła cząstkę siebie i planuje nie raz powrócić do tego fantastycznego świata. Całość z kolei podzielona jest na rozdziały, klarujące nam osobowość Tyriona Lannistera, jego niekonwencjonalne poczucie humoru, frywolne swawole czy bezradność podczas batalii. Na dobrą sprawę uważam, że nasz główny bohater jest bardzo pozytywną postacią w sadze Martina. On jeden okazuje "serce" i bezceremonialnie potrafi zrugać bezwzględnego Joffrey'a... 

Na zakończenie, korzystając z minionych Walentynek, chciałabym przywołać jeden z cytatów, który, mam nadzieję,  zachęci Was do lektury:


„Szczery pocałunek, odrobina czułości…
Wszyscy na to zasługują, duzi i mali.”



Za książkę dziękuję Wydawnictwo ZYSK i S-ka:


Być kimś, być sobą. Pierwsze 7 dni...

Być kimś, być sobą. Pierwsze 7 dni to niekonwencjonalna książka o losach młodych ludzi ze środowiska, do którego przysłowiowy pies z kulawą nogą nigdy nie chciałby trafić. Być może moja subiektywna opinia jest zbyt obcesowa, jednak świetnie rozumiem realia życia w slumsach, jeśli miejskie osiedle zastąpimy wiejską egzystencją, w której na każdym kroku coś nie dzieje się po naszej myśli, a bezsilność i poczucie niesprawiedliwości ciążą każdego dnia.

Przed rozpoczęciem lektury czy nawet otrzymaniem książki sądziłam, że tytułowe „7 dni”, będą opisane niczym dziennik pokładowy, a nie opowiadanie z wyrwanym jednym tygodniem z życia gimnazjalisty. Naszym głównym bohaterem jest Krzysiek, który wraz ze swoim przyjacielem, Marcinem, regularnie spotyka się na wieczornym „piwie”, chodzi na wagary albo spędza długi wieczór na koncercie zespołu PIH w strefie VIP. Obaj młodzieńcy mają bardzo nieciekawą sytuację rodzinną, bowiem w ich domu nic, poza alkoholem, się nie przelewa. Familia Marcina toczy batalię, w której nieodzowne są interwencje policji, a ojciec Krzyśka, któremu chłopak za wszelką cenę próbuje się odgryźć, nie widzi nic złego w spoliczkowaniu syna. Autor w bardzo ciekawy sposób opisał poczucie niesprawiedliwości i konieczność zaakceptowania takiego, a nie innego losu. Żaden z nich nie może „zmienić ojca”, żaden też go nie wybierał. Nasz główny bohater jednak postanawia dokonać zmiany w swoim życiu. Łaknie normalności, zmycia poczucia wstydu  i przywrócenia harmonii swojego jestestwa. Pod wpływem emocji pisze piosenki, które przedstawiają realia jego codzienności. Próbuje przelać swoje uczucia na papier, by wyrzucić z siebie negatywne wspomnienia. Nie rozumie też swojej matki, która nie chce odejść od męża, a kiedy chłopak próbuje jej wytłumaczyć, że nie powinna walczyć o związek małżeński kosztem swojego szczęścia,  odpowiada krótko „(…) to jest właśnie rodzina”.

Książkę Jarosława Podsiadlika czyta się bardzo szybko. Mi lektura zajęła jeden wieczór, bowiem fabuła jest doskonale zarysowana, a realia przedstawione w bardzo dosadny sposób. Nie oszukujmy się, wiele rodzin wiedzie właśnie takie, jak Krzysiek, życie. Nie każdy z nas ma dzieciństwo usłane różami i nie każdy może sobie pozwolić na szkolną wycieczkę z powodu zwykłego braku pieniędzy. Wiem jednak, że wiele osób tego nie zrozumie i tutaj idealnie wplecioną postacią staje się bezdomny biznesmen, który przez własną bezmyślność stracił wszystko to, co kochał. Opowiadanie porusza tak naprawdę wiele kwestii i aspektów, które należy przemyśleć samodzielnie. Może to kwestia sytuacji społeczno-socjalnej, by niektóre rzeczy pojąć dosadniej, jednak każdy czytelnik powinien wyciągnąć własne wnioski…   

Jeśli chodzi o techniczną stronę Być kimś, być sobą, to zraził mnie sposób napisania książki i przede wszystkim - treść dialogów. Rozumiem, że autor chciał oddać atmosferę panującą w gimnazjach, jednak ja nie jestem osobą wulgarną i tak ordynarne rozmowy sprawiły, że byłam zniechęcona do kontynuowania lektury. Nie lubię przekleństw, a co za tym idzie, zawsze sądziłam, że osoby, które mają nieco poukładane w głowie, a na taką postać został wykreowany Krzysiek, starają się unikać kolokwialnych zwrotów. Jak widać byłam w błędzie, bowiem sam Hip Hop rządzi się własnymi prawami, wiek czy zachowanie jest tu dodatkową fanaberią…


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Novae Res: 


Czy na pewno chcesz mieć dziecko? Przemyśl swoją decyzję z Barney'em!


Kolejna kontrowersyjna książka gwiazdy serialu Jak poznałem waszą matkę, Barneya Stinsona. Tym razem mam dla Was Kodeks Bracholi dla Rodziców, czyli Jak mieć dziecko i nie zwariować. Wspominając (z mieszanymi uczuciami) Playbook’a wiedziałam, na co się piszę prosząc o tę książkę. Na dobrą sprawę postanowiłam jednak podejść z dystansem do lektury, puścić w niepamięć wszelkie kolokwializmy oraz mało dystyngowane zachowania i przeczytać publikację jako neutralny obserwator zdarzeń.

Po pierwszej stronie zastanawiałam się czy na pewno dobrze zrobiłam, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że jeszcze nie dotarło do mnie, iż nie powinnam brać niczego do siebie. Barney pisze: „(…) to, że Wasza egzystencja stała się nagle przerażającym kawałkiem gówna na płótnie życia [chodzi o ciążę, posiadanie dziecka], nie oznacza, że Wasze dziecko musi być tym wystraszonym, niedopasowanym społecznie, niehigienicznym świrem, jakim Wy już wkrótce się staniecie”. No i jak byście zareagowali? Stinson, czyli wolny strzelec, który łaknie przygodnego seksu na każdym kroku i w każdej, z możliwych, płaszczyźnie chce wychować dzieci swoich czytelników. Co więcej, chce też uświadomić przyszłych rodziców, że stoi przed nimi niemałe wyzwanie i powinni przemyśleć swoje życie z kompletnie innej perspektywy. Dziecko, to nie tylko radość, zabawa i duma z posiadania syna/córki. To także masa obowiązków, którym wiele osób nie zdoła nigdy sprostać. Książka opatrzona jest licznymi testami z serii: Sprawdź czy nadajesz się na rodzica, jak i subtelnymi wskazówkami np. w jakiej kolejności poinformować najbliższe otoczenie o zajściu w ewentualną ciążę. Nie zabrakło też licznych podtekstów seksualnych przy doborze niani, rozwoju prenatalnym dziecka a wielkością piersi w poszczególnych trymestrach, indywidualnego alfabetu Barneya (B - Balony, C - Cycki, M – Mokry podkoszulek, ect.), piosenek, quizów czy obrazków. Wierzcie mi, że gdybym nie widziała okładki, moim pierwszym skojarzeniem związanym z wizualizacją wnętrza czy przedstawieniem treści byłby nie kto inny, niż Barney Stinson!

Przyznam się Wam jednak, że gdy już przebrnęłam przez pierwsze strony, całą książkę pochłonęłam w przeciągu jednej godziny. Duet Stinson - Kuhn to naprawdę dobrana para pod względem edytorstwa i piśmiennictwa. Książka, pomimo swojej wulgarności, nie tylko wciąga, ale jest tak prosta w odbiorze, że aż szkoda odłożyć ją na półkę. Jeśli już nabierzemy dystansu do zawartej w niej treści, lektura zaczyna nas bawić i zdarza się, że z uśmiechem przewracamy kolejne strony. Barney opisał kilka absurdalnych historyjek, w postaci komiksu opowiedział  potencjalnym rodzicom skąd się biorą dzieci oraz rozbawił czytelników piosenkami, jedna z nich nosiła tytuł „Cycki w Autobusie”. Pozwolę sobie pozostawić to bez komentarza. :)

Cóż pozostaje mi powiedzieć na koniec? Polecam Wam tę książkę, choćby dlatego, że jeśli potraktujecie zawartą w niej treść z przymrużeniem oka, to spędzicie stosunkowo udany wieczór. Oczywiście pod warunkiem, że humor How I met your mother nie jest Wam obcy. W innym przypadku nie sięgajcie po tę publikację – własnego dobra i zdrowia psychicznego.  ;-)


Dziękuję Wydawnictwu SQN za Kodeks Bracholi dla Rodziców:


Zeznania Niekrytego Krytyka, czyli dzienna dawka literatury od Macieja Frączyka

Nie lubię niespodzianek. Uwielbiam jednak prezenty, a przede wszystkim – dedykowane mi książki. Jeszcze raz dziękuję Sylwkowi i Damianowi za tę publikację. ;*

Na pozycję Macieja Frączyka nigdy, ale to przenigdy nie trafiłabym z własnej, nieprzymuszonej woli. Niekryty Krytyk nie kręci mnie zbytnio choć muszę przyznać, że mówi jasno i rzeczowo o aktualnych problemach. Naśmiewa się z nich. Jednak może wśród dzisiejszego, wygodnego społeczeństwa to jedyny sposób na przekazanie ludziom dość sporej dawki wiedzy w trzyminutowej pigułce? Autor nie obawia się społecznych hejtów, ani dissów. To jego praca. Praca, którą kocha, i która spełnia go zawodowo. Pomaga tym samym innym, bowiem między wierszami znajduje się prosty przekaz „Spełniaj swoje marzenia”. Czego chcieć więcej?

Do książki zbierałam się blisko… 13 miesięcy! Najpierw brakowało mi czasu, później spadł na mnie tuzin wcześniej przygotowanych pozycji, a jeszcze później po prostu mi się nie chciało. Postanowiłam jednak prześledzić Zeznania Niekrytego Krytyka… Czytałam w komunikacji ZTM (uczelnia-dom, dom-uczelnia). Zajęło mi to dwa dni, jednak lekturę przekartkowałam od deski, do deski. I jakie jest moje pierwsze wrażenie? 6/10.

Zeznania Niekrytego Krytyka to „historia prawdziwa”. Zbiór felietonów poruszających bardzo popularną problematykę jak seksualność czy próby samodoskonalenia, ale i prywatne wstawki z życia Macieja Frączyka. To jego opowieść. Jego świat. Jego fabuła. Jego wyobraźnia…

Autor pisze prostym, bardzo przyswajalnym (szczególnie dla roczników 1984+) językiem. Nie stroni od slangowych zajawek, ani licznych wulgaryzmów dodających książce nietuzinkowych barw. Ja z kolei unikam, jak ognia, wszelkich kolokwializmów i o ile „dupa” mi nie straszna (w końcu pochodzę z Kurpiowszczyzny), o tyle wszelkie wyrazy związane z łacińską krzywą, bądź mało przyzwoitym określeniem frędzli są mi odległe. Nie lubię wszystkich tych zwrotów. Uważam, że osoba inteligentna winna zastąpić je równie emocjonalnymi słowami, jakoby sens wypowiedzi pozostał ten sam. ;) Książka Frączyka jednak nie zraża swoich czytelników do kontynuowania lektury. Sądzę nawet, że wierni fani, którzy przywykli do subskrybowania kanału na YT Niekrytego… doskonale znają jego swobodę wypowiedzi i zawarty w głębi przekaz. Mnie nauczono skupiać się na „drugim planie”. Nieważne, czy w grę wchodzi film czy książka. Patrząc z innej perspektywy, zauważamy mnóstwo szczegółów, które nigdy nie wdarłyby się tak bardzo do naszej głowy. Śledzimy nie tylko zapisy rozmów, a ułożenie dekoracji i ozdób, relacje postaci drugoplanowych, ich emocje i przeżycia. Dostrzegamy o niebo więcej, a dzięki temu fabuła staje się dla nas nieco bardziej wartościowa. Podobnie jest z Zeznaniami Niekrytego Krytyka. To tak naprawdę opowieść o tym, jak to się stało, że Maciej Frączyk stał się copywriterem, wcześniej studiującym filologię angielską. Jakim cudem zyskał tak wielu fanów i przede wszystkim  pokazuje nam, że można zarabiać na tym, co sprawia przyjemność.

Czy książka mi się podobała? Trudno stwierdzić. Nie powiem jednak, że była zła. Nawet zdarzało mi się uśmiechnąć podczas lektury. To dobry znak. Nie przepadam jednak za frywolnymi tekstami, które mogą obrazić czyjeś uczucia. Takie też napotkałam. Oczywiście nie twierdzę, że moje uczucia zostały urażone, ale różni ludzie, mogą różnie odebrać tę książkę. Felietony jednak przypadły mi do gustu. To taki… scenariusz kolejnego filmiku Niekrytego. Zwykły monolog, którego łaknie się z każdą stronicą więcej. Gratuluję! 

Was, Moi Drodzy, mogę jedynie zachęcić do lektury, jeśli chcecie poznać (w dużym stopniu) biografię Macieja Frączyka. Z kolei dla fanów Niekrytego Krytyka, także znajdzie się coś miłego. Szczególnie... martwa cisza w temacie "kobiet". :D

Wspomniałam w pierwszym zdaniu o prezencie... a oto i on:


Ostatni Smokobójca... czy Maltassion musi zginąć?

Ostatni Smokobójca to najnowsza książka spod pióra Jaspera Fforde’a. Jest to fantastyczna opowieść o smokach, magii i znajdach, odbywających służbę w Agencji Kazam. Właśnie taką znajdą jest Jennifer Strange, która pomimo swojego młodego wieku, 16 lat, przed laty została wyznaczona na Ostatniego Smokobójcę. Z kolei fakt przepowiedzianej śmierci ostatniego smoka wzbudza w mieszkańcach królestwa pychę, walka o Smocze Ziemie przypomina nam poświąteczne wyprzedaże w Centrach Handlowych, a przeuroczy Kwarkostwór upiększa całą historię. Czy taka dawka dobrej literatury nie może być idealnym pomysłem na zimowy wieczór?

Zacznijmy jednak od początku. Jennifer Strange jest ubezwłasnowolniona umową uprawniającą do pełnienia obowiązków menadżera Kazam. Zastępuje w ten sposób Pana Zambii, który zniknął w tajemniczych okolicznościach. Tak, mili Państwo, „zniknął” jest słowem klucz.  Niemniej jednak, wraz ze swoim Krarkostworem, domowym pupilem, spędza dnie w magicznej krainie, gdzie pomieszczenia sprzątają się same, a winda działa na stanowcze hasła i okrzyki. Pewnego dnia jednak, całe królestwo Hereford nagłaśnia przepowiednie wielu jasnowidzów mówiącą, że ostatni smok, Maltcassion, zostanie zgładzony w niedzielę, dokładnie w południe. Na niedomiar zdarzeń – to właśnie Jennifer ma go zabić! Dziewczyna, oczywiście, nie jest ukontentowana takim stanem rzeczy. Szuka sposobu, aby pozostawić smoka przy życiu. Nie daje zwieść się intrygom króla Snodda, który za wszelką cenę łaknie zagarnięcia Smoczych Ziem dla swojego królestwa, przechodzi też szybki kurs Smokobójcy i dziedziczy ogromną posiadłość wraz z rolls-royce’em. Jak przewrotna jest to historia, przekonać musicie się sami. Wierzcie mi jednak, że nie będziecie się nudzili ani przez chwilę, bowiem Stara Magia wzbiera na sile, a w Wieżach Zambiniego zaczynają dziać się różne rzeczy. Mściwy król za wszelką cenę próbuje nakłonić Jennifer do współpracy, a główny zainteresowany całego zajścia, smok, chce zostać zabity.

Historia Jennifer bawi i uczy. Pokazuje, że ważny jest w życiu stosunek do otaczających ludzi i istot. Mówi nam, że warto bronić swojego zdania i dbać o to, co do nas należy. Książkę czyta się bardzo szybko. Pierwsze strony są jednak nieco nużące, bowiem autor musi wprowadzić nas do świata magii i pokazać, czym trudni się nowoczesna agencja Kazam. Pozostałe stronice czytamy już jednych tchem. Śledzimy poczynania Jennifer i… zaprzyjaźniamy się z Kwarkostworem. Prawdę mówiąc należę do osób, które zawsze zafascynowane są ekscentrycznymi postaciami z drugiego planu i nieważne, czy chodzi o Golluma, Ragetti’ego z Piratów z Karaibów czy właśnie Kwarkostwora. Oscyluję teraz pomiędzy „Kwark”, a „Tak, a co?” w codziennych dialogach. Mam jednak szczerą nadzieję, że kolejna część przygód Jennifer Strange będzie bardziej optymistyczna dla jej pupila.

 Cóż mogę jeszcze powiedzieć Wam o tej książce? Na pewno gorąco ją polecam, szczególnie, jeśli skorzystacie z promocji Wydawnictwa SQN. Publikacja wyszła spod pióra bezkompromisowego autora bestsellerów w Wielkiej Brytanii. Autor ma nie tylko fenomenalne poczucie humoru, ale i ciekawą wyobraźnię, która barwi tę propozycję na każdym kroku. Sądzę, że nie będziecie zawiedzeni. Jeśli miałabym ją oceniać: 7/10. Polecam!


Za książkę dziękuję Wydawnictwu SQN:


Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje
Wywiad: Portal Warszawa i Okolice

Recenzja książki: Sodoma

Recenzja książki: Sodoma
Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie