­
­

Miłość... i nieprzespane noce - Nick Spalding

Miłość i nieprzespane noce… jakże kuszący tytuł, nie sądzicie? Najnowsza książka Nicka Spaldinga bawi do łez, a rozbija się o jakże trudną tematykę – ciążę! Główni bohaterowie powieści, Jamie i Laura Newmanowie, kompletnie nie są przygotowani do powiększenia rodziny, a wieść o tym, że za 9 miesięcy pojawi się ich potomek wcale nie napawa ich optymizmem. Nie są gotowi na zmianę swojego życia i przez moment niesamowicie żałują, że pożądanie wzięło górę nad rozsądkiem i pozwolili sobie na pełen konsekwencji „szybki numerek”.

Historię rozpoczynamy podczas rozmowy rekrutacyjnej Laury. Stanowisko w branży, kariera zawodowa – przecież to wszystko to, o czym marzy młoda kobieta. Sęk w tym, że słodka (bo cukiernicza) branża przyprawia ją o mdłości i… nie jest w stanie dotrzeć do toalety. Mężczyźni w garniturach, biuro urządzone w nowoczesnym stylu i piękna, młoda dama, która nie zdaje sobie sprawy z faktu, iż jest w ciąży! Później oczywiście śledzimy losy Laury i Jamiego z dwóch perspektyw – ojca, który wyjaśnia nam jak doszło do nieplanowanej ciąży oraz przyszłej młodej matki. Opowieść bawi niemalże do łez. Spaldig nie przebiera w słowach, nie stosuje wyszukanych zwrotów i aż nadto realnie przedstawia nam partnerskie relacje tych dwojga.

Za lekturę zabrałam się w jesienny, chłodny, ponury wieczór i nie ukrywam, że uśmiech, który pojawił się na mojej twarzy w trakcie czytania, nie opuścił mnie do końca dnia. Książka jest niesamowicie lekko napisana. Kiedy przebrniemy przez pierwsze strony naszej opowieści, śledzimy bieg zdarzeń z zapartym tchem, odkrywamy coraz to nowe oblicza powiększenia rodziny, a w pewnym momencie przychodzi nam poważnie zastanowić się nad własną przyszłością. Ja, cóż, jestem „starą panną”, w końcu 22 lata to już sądny wiek, która ma ściśle określoną ścieżkę zawodową i nie wyobraża sobie, aby po drodze jej życie zmieniło się równie diametralnie, jak przyszłość głównych bohaterów książki. Mało tego, nie zniosłabym na chwilę obecną ingerencji teściowej w swoim życiu, burzy hormonów czy absurdalnych zachcianek... Spalding jednak  sprowadza na ziemię wszystkie panie, które uznają ciążę do piękny, magiczny okres. Pokazuje bowiem zarówno dobre, jak i złe strony macierzyństwa, dzięki czemu przyjmujemy tę propozycję do swojej biblioteczki zarówno jako przestrogę, jak i przezabawną propozycję abstrahującą od rzeczywistości. Może Was to zaskoczy, ale liczę na ekranizację powieści.

Warto wspomnieć, że Miłość i nieprzespane noce to kontynuacja książki Miłość z obu stron, gdzie też poznajemy Laurę i Jamiego - parę niesamowitych pechowców, których młodzieńcze przygody śledzimy na kartach powieści. Zauważyłam, że książki Spaldinga są pełne szczegółowych opisów, wulgaryzmów i seksualnych ekscesów. Nie obawiajcie się jednak – wklejono wszystko tak, aby nie zrażały potencjalnego czytelnika.


Czy książkę polecam? Oczywiście! Zachęcam do lektury!





"Jaskiniowiec" czyli najnowszy kryminał skandynawski! :D

Odnalezienie zwłok samotnego mężczyzny po kilku miesiącach od śmierci nie powinno nikogo zaskakiwać. Miewamy przecież takie przypadki i w życiu codziennym, a więc nei sposób uniknąć medialnej famy. Osoby wyalienowane wiodą odosobnione życie, a kiedy ich „sympatyczność” podlega wątpliwości, sprawy komplikują się nieco bardziej. Jedni, po śmierci delikwenta, rzucą wymowne „nareszcie”, inni zaczną wędrować pomiędzy serią zdarzeń i możliwych zbiegów okoliczności, aby te traumatyczne wydarzenie wyjaśnić. Co jednak zrobić, kiedy denat „spoczywa” wygodnie w fotelu przed włączonym telewizorem, a jego ciało zostało już nieco zmumifikowane przez klimat i panujące za oknem warunki atmosferyczne? Dlaczego nikt wcześniej nie zainteresował się jego zaginięciem, i co więcej, dlaczego urzędy postanowiły windykować zaległości po upływie tak wielu miesięcy? Tak, ciało  Viggo Hansena odnajduje pracownik energetyki. Całkowicie przypadkiem.

"To chyba najstraszniejszy rodzaj samotności (…) Nie być obecnym nawet w myślach choćby jednej osoby na świecie."

Przyznaję, pierwsze strony lektury zdołały mnie zaintrygować. Najpierw Hansen, później NN odnaleziony na plantacji drzewek choinkowych. Zaledwie kilka stron, a już komplet leciwych zwłok, które (jak na kryminał przystało) pomimo baku innych przesłanek, nie mogą wiązać się z naturalną śmiercią organizmu. Później było nieco gorzej. Może i sama fabuła nie ma sobie nic do zarzucenia, o tyle tempo akcji nieco mnie zawiodło. Sam przebieg historii śledzimy z dwóch perspektyw. Jedną opisuje nam policyjne śledztwo Williama Wistinga,  zbiegające się z FBI, drugie z kolei prowadzi córka policjanta pracującego w Larviku, Line, będąca dziennikarką. Akurat fakt, że te dwie ścieżki w pewnym momencie zaczynają się splatać nie powinien nikogo dziwić, aczkolwiek mozolna wędrówka do tego „wspólnego” punktu ciągnie się w nieskończoność. Line za wszelką cenę próbuje dotrzeć do jak największej ilości informacji. Hansen był starszym mężczyzną, a więc myśl, że jego ciało przez cztery miesiące spoczywało w odosobnionym pokoju w sąsiedztwie nie daje kobiecie spokoju. Próbuje więc znaleźć odpowiedź, dlaczego nikt nie zainteresował się mężczyzną. Czemu nikt z sąsiadów nie zaniepokoił się jego nieobecnością i dlaczego umarł w kompletnej samotności…

Przedpremierowa obwoluta oraz wszelkie zapowiedzi donośnie głoszą, że Jørn Lier Horst jest następcą Jo Nesbø. Muszę jednak Wam zdradzić, że to nieprawa. Po przeczytaniu „Jaskiniowca” stwierdzam, że Horst będzie poważnym konkurentem skandynawskiego autora ostatnich bestsellerów. Może to chłód Norwegii, może jakaś północna magia wyciągnięta z legend i mitów, ale zakochałam się w skandynawskich powieściach. Nie sposób się nadziwić, że po każdą kolejną książkę sięgam coraz to chętniej. Wertuję strony i nie mogę doczekać się następnych tomów. Ubolewam, że „Jaskiniowiec” jest dziewiątym tomem cyklu „William Wisting”, mam szczerą nadzieję, że Wydawnictwo Smak Słowa po sukcesie książki (a wertując oceny lektury można nazwać premierę sukcesem)  zdecyduje się na wydanie pełnej serii. Obawiam się tylko jednego, otóż zakładam, że Horst podobnie jak J.K.Rowling czy nawet wspomniany Jo Nesbo, boryka się z faktem, iż najnowsze powieści są o niebo lepsze od debiutanckich podrygów. To normalne wśród pisarzy, aczkolwiek wierzę, że kluczową rolę odegra tutaj tłumacz, a my, czytelnicy, spędzimy równie udany wieczór.

Czy polecam Wam tę książkę? Oczywiście, że tak. Wspomniałam o powolnym rozwoju akcji, który może budzić kontrowersje i nieco zniechęcać do lektury. Niemniej, ma to też swoje plusy. Poznajemy krok po kroku szczegóły śledztwa, zbliżamy się do Williama i Line, wędrujemy po Norwegii i dajemy możliwość Horstowi do obnażenia przed nami pracy i codzienności policji kryminalnej. Autor bowiem do września 2013 pracował jako szef wydziału śledczego Okręgu Policji Vestfold, studiował niegdyś kryminologię, filozofię i psychologię, a efekt jego długoletnich doświadczeń możemy śledzić na kartach powieści. Sądzę, że pod tym względem należy zwrócić uwagę na tę publikację. To dość empiryczna propozycja. Daleko jej do wyimaginowanych wątków i zdarzeń i z iście „fantastycznej” literatury. Według mnie warto poświęcić jej jeden wieczór, może dwa. A nuż zaprzyjaźnicie się z kolejnym „twórcą z północy”. :D


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Smak Słowa:


"Chwile są cenne..." - Cecelia Ahern "Zakochać się"

Najnowsza książka autorki bestsellera PS Kocham Cię, Cecelii Ahern, miała premierę  02.07.2014, a nosi tytuł Zakochać się. Niby prosta formuła, łatwa do zrealizowania i tak realna w naszym życiu, że aż nadto potrafimy wkroczyć w losy głównych bohaterów. Pozornie błaha historia, popularna, ale subtelna ujmuje, oczarowuje i wywołuje nie lada westchnienia w głowie niejednej pani. Dlaczego? Kogo nie ująłby za serce dobrze zbudowany, szarmancki, szalony mężczyzna o urodzie modela? No kogo?

Główną bohaterką książki jest Christine, kobieta, która opiera swoje życie na wytycznych poradników w każdej z możliwych dziedzin: Jak schudnąć, jak zwolnić pracownika, albo jak radzić sobie z myślami samobójczymi… Jest to element książki, który wyjątkowo bawi, szczególnie, kiedy poddawany jest dyskusji i sarkastycznym docinkom. Niemniej, obok Christine, główną postacią jest Adam Basil, a losy tych dwojga spotykają się na moście Ha'penny w Dublinie.

Uważam, że sam tytuł książki jest niesamowitym spoilerem. Kiedy rozpoczęłam lekturę, historia Christine bardzo mnie poruszyła – zupełnie obcy mężczyzna postrzelił się na oczach kobiety, ona sama odeszła od męża, który za wszelką cenę chciał odebrać jej ich wspólne dobra, kątem wynajmowała kawalerkę i życie nijak się jej nie układało. To fragment wzbudzający współczucie, niemałą identyfikację z bohaterką. Historia jednak lubi się powtarzać. Christine znowu jest postawiona w sytuacji bez wyjścia. Opierając się na wiedzy ze wspomnianych książek, próbuje odwieść od próby samobójczej Adama, który, zdradzony przez swoją kobietę, postanawia skoczyć do lodowatej rzeki. Kiedy tych dwoje zawiera pewną szaloną umowę – od razu wiadomo, że to właśnie ich dotyczy tytuł książki. Lawirujemy wśród losów tej pary, poznajemy ich historię i przeżycia po to, by relacje Christine i Adama zacieśniały się coraz bardziej. Kobieta bowiem obiecała mężczyźnie, że w przeciągu dwóch tygodni udowodni mu, że warto żyć, że poddanie się jest oznaką tchórzostwa, a szczęście czyha na niego tuż za rogiem. Czy Christine się powiedzie? Przekonajcie się, sięgając po tę książkę.

Przyznaję się bez bicia, że podczas lektury widziałam siebie. Może nie identyfikowałam się z jedną postacią, ale podobnie jak Maria, była kobieta Adama, uwielbiam lilie i życie pełne emocji. Jak Adam bawię się słowem, ironizuję i szukam własnego szczęścia. Porównując się z kolei do Christine  - tak samo, jak ona czytam poradniki, pracując daję z siebie wszystko i staram się pomagać innym, a zarazem mam szaloną, sarkastyczną, bezpośrednią rodzinę. Tak naprawdę każdy dopasuje pewne cechy do własnego życia. Każdy tu odnajdzie coś dla siebie…


- Jesteś stuknięta – powiedział Adam, podążając za mną, podczas gdy ja oświetlałam drogę latarką.  – Nie uważasz, że trochę tutaj niebezpiecznie?
- Bez dwóch zdań. Ale jesteś duży i na pewno mnie obronisz – odpadłam.

Oczarowało mnie jednak pióro Cecelii Ahern. O ile PS Kocham Cię pochłonęłam w przeciągu jednego popołudnia, o tyle Zakochać się zajęło mi aż dwie noce. Książka liczy 413 stron wydanych w pięknej oprawie. Język jest jednak bardzo plastyczny, aż żal odłożyć lekturę na kilka chwil. Autorka wprowadziła pierwszoosobową narrację, która sprawia wrażenie, jakby to Christine opowiadała nam wszystkie te zdarzenia siedząc tuż obok, z filiżanką kawy. Na kartach powieści jest też masa cytatów, które tradycyjnie „ofiszkowałam”. Są to zabawne dialogi, ale i mądrości, które powinny zostać przekazane całemu światu.

- Zaufaj mi.
- Ufam, ale nie mam w sobie odwagi.
- Odważny jest nie ten, kto nie czuje strachu, lecz ten, kto go pokonuje.

Reasumując, Zakochać się to piękna wielowątkowa historia dwojga ludzi. Mamy Christine, kobietę, która z dnia na dzień uznała, że jej małżeństwo nie daje szczęścia. Kobietę, która postanawia odejść, by dłużej nie krzywdzić Barry’ego, ale czuje się odpowiedzialna za jego ból i rozżalenie. Wszystkie słowa i ciosy znosi z pokorą, uznając je za stosowną karę, pokutę. Stara się też pomóc Adamowi. Pokazuje, że można cieszyć się małymi rzeczami, że do szczęścia nie jest potrzebny wysoki stan czy luksusowy apartament, a pozorne drobnostki, takie jak szalona kobieta u boku, albo uśmiech dziecka.  Kiedy więc będziemy czytać pomiędzy wierszami, abstrahując od już historii miłosnej zawartej na kartach powieści, nie tylko odnajdziemy mnóstwo głębokich sentencji, ale będziemy się naprawdę świetnie bawić.


Książkę gorąco polecam! Naprawdę warto po nią sięgnąć, zwłaszcza podczas wakacyjnego lenistwa! :D






"Na ogół podobają jej się mężczyźni, którzy odnajdują właściwy kierunek bez kompasu..." - zapraszam na "Neuland"

- Tęsknię za tobą – mówi.
Roni milczy. Już na samym początku, w pierwszych miesiącach związku, poinformowała go, że nie potrafi tęsknić. Ostrzegała, żeby nie czuł się dotknięty (…)
- Sama nie wiem dlaczego… Najwyraźniej mam zepsuty mechanizm tęsknoty – próbowała tłumaczyć kiedyś.
-  Ja tęsknię – zaprotestował. – Moim zdaniem to nieodłączny element miłości. Nie chcę tego wypierać
- To nie wypieraj – odpadła. – Mów, na co masz ochotę. Ale nie obrażaj się, jeśli Ci się nie odwzajemnię.

 Nauland Eshkola Nevo to książka, którą chciałam przeczytać od pierwszego… spojrzenia. Gdy stałam w kolejce w księgarni czekając na swoje zamówienie, podeszła do kasy drobna, starsza pani właśnie z tą publikacją w dłoniach i dokonała zakupu. Zaintrygowała mnie. Powieść, nie starsza pani. Książka jest naprawdę dużych gabarytów, liczy 622 strony, a jej twarda oprawa ukazuje nam na okładce piękne, lazurowe morze zlewające się z błękitnym niebem. Zapamiętałam jej tytuł, a gdy tylko dotarłam do mieszkania wertowałam sieć w poszukiwaniu informacji. Oniemiałam. Okazało się, że Wydawnictwo Muza, które już bardzo długo współpracuje z moim blogiem, jest Wydawcą tej książki, a cała historia zapowiada się… pięknie. Tak, pięknie.

Fabuła książki na pozór nie może nas zaskoczyć. Mamy tu dojrzałego, żonatego mężczyznę, któremu życie ucieka przez palce, brakuje mu odrobiny radości i iskierki nadziei wśród szarej codzienności. Na imię mu Dori. Drugą bohaterką z kolei jest Inbar, młoda dziennikarka, która odrzuca dotychczasowe życie i pragnie odnaleźć siebie, swoje cele i marzenia, widzimy to obserwując jej zachowanie czy sposób wypowiedzi, ale ona sama nie zna, albo nie potrafi określić swoich pragnień i oczekiwań. Jest typową kobietą, cierpiącą po stracie brata, która pod wpływem chwili, emocji postanawia wybrać się na eskapadę do Ameryki Południowej. Dziwnym zbiegiem okoliczności losy tych dwojga splatają się w tytułowej „Nowej Ziemi”. Wszystko to wydaje się być sprzeczne i absurdalne, a jednak składa się w logiczną całość. Przewracając kolejne stronice poznajemy troski i bolączki głównych bohaterów, odkrywamy ich losy, historię, wraz z nimi poszukujemy utopijnej oazy, która ma dać im pełnię szczęścia.

Wertując kolejne stronice zauroczyło mnie pióro autora. Pisałam już, że książka jest naprawdę gruba i aż trudno pochłonąć ją jednym tchem, to przyznam Wam, że wraca się do niej z wielką przyjemnością. Autor powieści, Eshkol Nevo, jest jednym z najciekawszych izraelskich pisarzy młodego pokolenia, a na swoim koncie ma już m.in. trzy powieści, zbiór opowiadań oraz książeczki dla dzieci. Niemniej, Neuland pokazał, że trudne, życiowe tematy, które często dotyczą nas samych można opisać w wręcz poetycki sposób. Autor stawia nam też pytanie, jak wygląda nasze życie? Czy mamy w kimś oparcie? Czy radzimy sobie  z codziennością? Czy jeśli uciekniemy od problemów, znikniemy na chwilę… zdołamy potem powrócić i udawać, że nic się nie stało?

Neuland Eshkola Nevo to piękna, barwna opowieść. To książka głęboka, przedstawia z perspektywy wielu bohaterów. Nie mamy tutaj typowego podziału książki na rozdziały, które wnoszą kontynuację fabuły, a krótkie opowieści poszczególnych postaci. Na stronicach poznajemy różnych ludzi, jednych radosnych, innych przygnębionych czy skrzywdzonych przez los, a wszystko po to, by oddać prawdziwy przekaz tej książki, by zrozumieć Dori i Inbar, by towarzyszyć im podczas tej wyprawy… Nie będę opowiadała Wam szczegółów tej podróży, poznajcie ją samodzielnie, bowiem to przesłanie tej książki jest najważniejsze. Sądzę, że każdy wyczyta z niej coś zupełnie innego, a ja na pewno powrócę do niej jeszcze kiedyś. 

Książkę gorąco polecam miłośnikom literatury współczesnej, choć dedykują ją przede wszystkim kobiecym gustom. Sądzę, że taka lektura świetnie sprawdzi się podczas wakacyjnego wyjazdu, albo leniwego wypoczywania na hamaku w cieniu drzew. ;)

Za Neuland dziękuję Wydawnictwu Muza S.A. oraz Portalowi Business & Culture:

`




Włosi. Życie to teatr - Maciej A. Brzozowski

Skoro ostatnio zabrałam Was w podróż do malowniczej Francji, dziś mam dla Was równie niesamowitą wycieczkę do Włoch. Przewodnikiem naszej wyprawy jest nie kto inny niż Maciej A. Brzozowski, wraz z najnowszą publikacją o  tytule Włosi. Życie to teatr.

Ja z krajem tym mam wspólnego niewiele. Kupiłam niegdyś książkę do nauki języka, ale przyznam się bez bicia – ani razu do niej jeszcze nie zajrzałam. Pozytywne emocje wzbudza jednak gdybanie o pięknym oceanie, niezapomnianych zachodach słońca i podziwianie wszystkich zakątków i skalistych wybrzeży uwiecznionych na podróżniczych fotografiach. Gdzie jednak w tym wszystkim możemy odszukać książkę Brzozowskiego?

Otóż publikacja Włosi. Życie to teatr to piękna opowieść o włoskich fascynacjach, zwyczajach, szarej codzienności, malowniczych krainach, a nawet o odrobinie polityki i  historii. Nie zabrakło tu pysznej kuchni, pasji i ciekawostek, które laikom ,takim jak, ja przyniosą niemało frajdy.

Przyznam, że zanim sięgnęłam po tę książkę spodziewałam się typowo podróżniczej publikacji z niewielką wstawką dotyczącą społeczności czy gastronomii. Pomyliłam się niesamowicie. Kuchni co prawda poświęconych jest wiele stron, kinematografii także, ale autor nie opowiada nam wyłącznie o cudownych zakątkach Półwyspu! Co i rusz porusza aspekty psychologiczne, gdzie np. dowiadujemy się, że wymierzenie dziecku policzka powoduje silnie emocjonalną reakcję, albo że wśród Włochów książki czytają osoby najmniej komunikatywne, bądź oderwane od interaktywnego świata mediów i biznesu. Jeżeli w jakiś sposób miałabym ocenić treść tej publikacji, to dałabym jej naprawdę wysoką notę.

Włosi. Życie to teatr to książka podzielona na akty i odsłony, bo przecież Wszyscy Włosi są aktorami, ale tylko ci najgorsi występują na scenie. Niemniej, zauroczył mnie sposób przedstawienia przeżyć, doświadczeń, przemyśleń i zdradzę Wam, że podpisuję się obiema rękami pod słowami Piotra Adamczyka Aż chce się kupić bilet u doświadczyć tego wszystkiego na własnej skórze. Mi książka do gustu wyjątkowo przypadła. Od dłuższego czasu zaczytuję się w literaturze podróżniczej, a zdradzę Wam, że to jedna z lepiej napisanych książek. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, autor, Maciej Brzozowski, to italianista z zamiłowania i wykształcenia. Od lat zajmuje się tłumaczeniem włoskich filmów czy literatury, często podróżuje, a swoją miłością do Półwyspu Apenińskiego dzieli się z nami w tej książce. Po publikacji widać, że jest napisana z sercem, przecież gdyby tak nie było, żadne ciekawostki związane z piękną, włoską iluzją nie zostałyby nam zdradzone…

Podobnie, jak opisana jest książka – realnie – naturalne są też zamieszczone w niej fotografie. Jest to niemałym zaskoczeniem. Autor nie stara się nas zapewnić, przekonać, że Włochy to piękny kraj, gdzie wszystko jest mlekiem i miodem płynące. Brzozowski przedstawia nam typową społeczność i realia życia codziennego z perspektywy obserwatora, a więc zawarta w książce ironia przepleciona została znakomitym humorem i dystansem do panujących tam obyczajów. Gdybym chciała odnieść się do swojej wiedzy i doświadczeń – niestety tej książki nie zdołam porównać. Chciałabym jednak odwiedzić „Jego Włochy”, właśnie w tej ściśle sprecyzowanej scenerii – konkretnych ludzi, książek, filmów, miejsc, zapachów i prostych potraw, bo przecież to one są najbardziej smakowite. 

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Muza oraz Portalowi Business & Culture: 




"Krótka historia książek zakazanych" Werner Fuld

Krótka historia książek zakazanych – czego spodziewalibyście się po takim tytule? Ja, po przeczytaniu opisu myślałam, że otrzymam książkę podobną do 100 najważniejszych książek świata czyli publikację, w której będzie opis fabuły danej lektury oraz lista powodów, dla których wydanie konkretnej książki zostało zakazane, bądź zniszczone przez np. aktualny system władzy. W naszym kraju, najpopularniejsze niszczenie ksiąg i dokumentów miało miejsce zaraz po zakończeniu II Wojny Światowej, gdzie komuniści nie dopuszczali propagandy, a utwory Gombrowicza czy Mickiewicza należały do ksiąg zakazanych. Podobnie sprawa miała się w średniowieczu, ale tak naprawdę powodów niszczenia (być może perełek wśród utworów) literatury było mnóstwo, a działo się to na przełomie każdego wieku. Nie od dziś wiadomo, że spuścizna starszych pokoleń może zostać wykorzystana przez dzieci, wnuki, prawnuki wyłącznie chcące uplasować sobie sowitą sumę pieniędzy na koncie. Innym razem sprawa ma podłoże emocjonalne, duchowe, czasem skupione na omylności szarego zjadacza chleba. O tym, i o wielu innych problemach ówczesnego świata Werner Fuld w publikacji Krótka historia książek zakazanych.

Sądziłam, że książkę tę przeczytam w przeciągu jednego, może dwóch wieczorów. Pomyliłam się jednak, jak nigdy. Lektura wciąga, intryguje, ale to bardzo trudna publikacja. Nie chciałabym operować szczegółami, bowiem co stronica dowiadujemy się mnóstwa ciekawostek, które nie sposób przytoczyć. Spotykamy się z Kafką, który życzył sobie spalenia swoich niedokończonych utworów, staramy się zrozumieć cesarza Augusta, który zdecydował się wypędzić Owidiusza z Rzymu, ale i nie brakuje nam zakazanego Roku 1984 George’a Orwella czy opowiadania Marka Twaina. Historie tych twórców są ciekawe, intrygujące, jednak wymagają od nas skupienia i uwagi. Wartym zaznaczenia jest fakt, że Fuld nie pozostawia nas samych sobie podczas czytania. Każda postać ma swoją historię. Poznajemy otoczenie społeczne, czasem życie prywatne artystów i wszelakie pobudki, które zakwalifikowały daną propozycję do listy ksiąg zakazanych. Autor przedstawia nam nie tylko książki, które wolą autorów zostały wycofane z obiegu, ale i ingerencję państwa czy kościoła w rozwój światowej kultury i sztuki.

Książkę tę będę gorąco polecała wszystkim miłośnikom literatury. Nie przeczytacie tej publikacji w przeciągu kilku godzin, ponieważ autor zebrał w niej mnóstwo intrygujących faktów i anegdot, a co za tym idzie lektura wymaga od nas pełnej uwagi. Każdy rozdział ma własną historię, jest segmentem w historii, który pozwala nam zrozumieć bieg zdarzeń. Współczesność odstępuje od rytualnego palenia ksiąg, jednak lista książek zakazanych z roku na rok powiększa się o kolejne tytuły. Autor zaznacza jednak, że XXI wiek coraz chętniej traktuje posługiwanie się terminem „książka zakazana” dla celów czysto marketingowych. Przedstawia nam za to zmianę podejścia do literatury na przełomie stuleci, a więc krok po kroku poznajemy przełom poszczególnych twórców.

Sądzę, że Krótką historię książek zakazanych warto dopisać do listy książek obowiązkowych. Przecież „każda biblioteka ma swoją <<bibliotekę cieni>> pełną książek zakazanych, wyklętych, zniszczonych i nieomal zapomnianych”. My dzisiaj cieszymy się, że bez obaw stawiamy na półce Biblię, Ferdydurke, Folwark Zwierzęcy, albo Harry’ego Pottera. Pomyślmy jednak, że jeszcze kilka lat temu mogło wiązać się to z licznymi represjami i sytuacjami, których nie życzylibyśmy niejednemu wrogowi. Jeżeli chcecie poznać szczegóły, gorąco zachęcam Was do przeczytania tej książki. Ja do niej wrócę jeszcze nie raz, chociażby po to, by odświeżyć sobie zdobytą wiedzę, która nie jest dostępna na wyciągnięcie dłoni w naszych encyklopediach.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Muza, oraz Portalowi Business & Culture



Kilka słów o Easylog'u...

Pisanie recenzji podczas grypy to bardzo kiepska sprawa. Chciałam jednak jak najszybciej podzielić się z Wami moją opinią na temat książki Easylog, ponieważ jestem oczarowana lekturą i mam nadzieję, że udami się przekonać do niej choć jednego czytelnika Pastelowego Niecodziennika.
 
Głównym bohaterem książki jest Ben Stiller, równie popularny w wielkim świecie, co znany wszystkim komik. Nam jednak nie dane jest śledzenie scenicznych pląsów, a odkrycie korporacyjnych machlojek, układów, współprac z mafią oraz poznanie wielkiej i nieposkromionej branży IT. Postanowiłam zarysować Wam fabułę, która z każdym rozdziałem staje się nieco bardziej zawiła, z każdym rozdziałem sięga głębiej i z każdym rozdziałem nasuwa nam nowe zakończenie książki.

Stillera poznajemy jako twórcę Wally’ego – urządzenia będącego połączeniem iPhona, tabletu i komputera z niewiarygodnie rozbudowaną sztuczną inteligencją. Wally może być nie tylko środkiem komunikacyjnym, a czasem marudnym, nawet rzekłabym kolokwialnie – upierdliwym (np. za sprawą ilości reklam dla wersji podstawowej) kompanem życia codziennego. Ben jednak, zamiast ostać na laurach, zrezygnował z kariery po stracie ukochanej. Jego codzienność, z którą musiał borykać się przez dziesięć lat od zaginięcia Sally, wypełniło stworzenie własnej firmy o nazwie Easylog, zajmującej się  organizacją imprez, spotkań i eventów. Demony przeszłości jednak nie opuszczają Stillera. Sally pojawia się w niewyjaśnionych okolicznościach niczym zjawia, a robi to w najmniej oczekiwanych miejscach i momentach. Dopiero pod końcem lektury dowiadujemy się, że cała historia jest zbiorem retrospekcji, które pozwalają nam zrozumieć prolog książki.

Przeszłość to tajemnice. Niech zostaną nieodkryte. Każdy ma sekrety, o których nie chce mówić.

Mariusz Zielke zastosował dość niebezpieczny, acz w jego przypadku świetnie zrealizowany zabieg narracji pierwszoosobowej. To dzięki niemu jesteśmy w stanie zidentyfikować się z głównym bohaterem powieści. Rozumiemy jego poczynania, znamy jego myśli, staramy się mu współczuć i usprawiedliwiamy każde jego niekonwencjonalne zachowanie. Okładka z kolei mówi nam, że zakończenia historii nie zdoła przewidzieć nawet najbardziej przenikliwy czytelnik – tutaj muszę się zgodzić. Fabuła książki rozbija się o to, kto stoi za zabójstwem Sally. Ben jest przekonany, że dziewczyna została zamordowana, jednak brak dowodów uniemożliwia realizację śledztwa. Po dziesięciu latach samodzielnie postanawia wszcząć dochodzenie oraz dopuścić się pewnego samosądu, ale… jak ta historia może się zakończyć? Koniecznie przeczytajcie. Zdradzę Wam tylko, że miałam wyklarowane zakończenie już w 24 rozdziale książki, a moja mina, gdy przekartkowałam ostatnie dwadzieścia stron, na długo nie wyzbyła się zdumienia. Kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Wy pewnie też się nie spodziewacie, że nie mogę powiedzieć Wam nic więcej… :)

Przepraszam, że o książce Easylog opowiadam Wam tak krótko. Niestety mój stan zdrowia pozostawia wiele do życzenia, a literki mieszają mi się niczym kolory w kalejdoskopie. Chciałabym Wam jednak gorąco polecić tę propozycję, bowiem jest to naprawdę ciekawa lektura, którą przeczytacie w mgnieniu oka. Ja nosiłam ją w torebce, czytałam w autobusie, w tramwaju, w drodze na uczelnię, w kolejce do sklepowej kasy - wszędzie :) Jest to świetny kryminał. Mamy intrygę, mamy zagadkę, mamy niekonwencjonalny świat i enigmatycznych bohaterów. Polecam!


Za książkę dziękuję Wydawnictwu AKURAT: 




P.S. W Warszawie naprawdę istnieje Easylog Sp Z.O.O., jednak Ben Stiller nie jest jej właścicielem ;))

Najnowsza powieść Sylvii Day - "Żar nocy"!

Nigdy dotąd nie czytałam żadnej książki spod pióra Sylvii Day. Owszem, opinii słyszałam mnóstwo, rekomendacji jeszcze więcej, ale nigdy nie sięgnęłam po żadną z propozycji wydawniczych. Książkę Żar nocy otrzymałam w ramach współpracy z Wydawnictwem MUZA, Wydawnictwem Akurat oraz Portalem Business & Culture, za co gorąco dziękuję.

Cóż mogę powiedzieć Wam o tej publikacji? Gdy zaczęłam lekturę nieco oniemiałam. Przeczytałam pierwszy rozdział, zamknęłam książkę, odszukałam byle jaką recenzję na portalu związanym z kulturą i próbowałam wśród cieknącej posoki odnaleźć namiętność i erotykę, którymi opisywany jest Żar nocy. Nie znalazłam, ale szybko zabrałam się do kontynuowania lektury z nadzieją, że problem mój zostanie lada moment rozwiązany. Okazało się jednak, że musiałam przewertować kilka kolejnych kartek by zrozumieć, że dramatyczna scena z kapitanem Connorem była niezbędna do zobrazowania jego traumy, a zarazem przedstawienia misji, z którą trafił do świata żywych.

Zapytacie pewnie, cóż z tą namiętnością. Ano znalazłam ją już w czwartym rozdziale, kiedy to idealne sto dziewięćdziesiąt centymetrów dobrze zbudowanego, męskiego ciała trafia do domu Lyssy Bates i Aidana Crossa. Pod nieobecność gospodarzy, domostwem opiekuje się przyjaciółka Lyssy, Stacey, która od pierwszego wejrzenia staje się obiektem pożądania Connora. Skoro książka nosi tytuł Żar nocy, nie muszę chyba opowiadać Wam, jak pikantne perypetie spotkały naszych bohaterów, jednak wierzcie mi – sposób, w jaki Sylvia Day opisała poszczególne zdarzenia, a zarazem sposób, w jaki przełożył je Jakub Polkowski na język polski, są pełne emocji, uczuć i namiętności. Niejedna kobieta chciałaby znaleźć się na miejscu Stacey i niejedna kobieta chciałaby mieć przy sobie idealnego mężczyznę, który skupia się nie tylko na jej ciele, ale i na jej potrzebach. Wiedząc jednak, że w przyrodzie nic nie ginie, a zarazem musi zostać zachowana zasada złotego środka – jaką cenę należy ponieść za chwilę roztargnienia, słabości i pożądania? A jaką cenę poniosą nasi bohaterowie?

Książkę czyta się naprawdę bardzo szybko. Przekartkowałam ją w dwie, może trzy godziny, ponieważ lektura jest bardzo lekka, ciekawa i przede wszystkim - pobudzająca wyobraźnię. Nie mam pojęcia o czym jest pierwsza część cyklu Strażnicy Snów pt. Rozkosze nocy, jednak nie czułam się zagubiona w poszczególnych rozdziałach. Wiele elementów zostało wyjaśnionych, a inne z kolei przedstawiono tak, że prosto było wyciągnąć słuszne wnioski. Na dobrą sprawę zaintrygował mnie pomysł na cykl powieści, który początkowo przywodził na myśl kultowy film Inception z Leonardem DiCaprio w roli głównej, jednak szybko sprowadzono mnie do pionu informując, że nie książka nie opowiada o kreowaniu swoich snów, a walce z Koszmarami.

Nie chciałabym zdradzać Wam, co odnajdziecie na kartach powieści. Wiem, że opinie o książce są niejednoznaczne, ale ja chciałabym zachęcić Was do lektury. Sylvia Day wyraźnie wykreowała postaci, każda ma swoją osobowość, swoją historię i swoje zadanie albo w świecie śmiertelnych, albo w Zmierzchu. Książka nie jest wyłącznie zarysowaniem pożądania i seksualności bohaterów czy walki z samym sobą, a przede wszystkim stawieniem czoła śmiertelnemu niebezpieczeństwu oraz wyjaśnieniem powodu pojawienia się szpiegów wśród żywych…

Książkę polecam, chociażby ku zaspokojeniu własnej ciekawości i rozwiązaniu zagadki postawionej nam w drugiej części Strażników Snów. Według mnie publikacja jest bardzo rozbudowana pod względem mistyczności, a ja, jako osoba, która bardzo lubi niekonwencjonalne, acz głębokie wątki – cierpliwie zaczekam na kolejny tom powieści z nadzieją, że spędzę równie udany wieczór. Jaka jest jednak Wasza opinia? Czytaliście już tę propozycję? Co Wam się podobało, a co uważacie za sztampowe? Czy ktoś z Was doszukał się błędu w tłumaczeniu? Ja taki znalazłam! :D


Za książkę dziękuję Wydawnictwu MUZA S.A. 



Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje
Wywiad: Portal Warszawa i Okolice

Recenzja książki: Sodoma

Recenzja książki: Sodoma
Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie