­
­

Monodram „Dziecinady”


 MAŁA SCENA, ZALEDWIE KILKA KRZESEŁ I NIEZWYKŁA AKTORKA W WYJĄTKOWO TRUDNEJ ROLI...

Najistotniejszym jest fakt, że Dziecinady to pierwszy utwór Raymonda Cousse'a, przyjaciela francuskiego autora, Samuela Becketta, którego wspomnienia zostały przywołane w spektaklu. Historia opowiada losy małego chłopca, który nie mogąc poradzić sobie ze śmiercią przyjaciela, Marcela, zabiera widzów w podróż przepełnioną bólem, żalem, niezrozumieniem, ale i troską, miłością.

Chłopiec, chcąc uciec przed strachem, który budzi w nim śmierć, wśród anegdot i fraszek próbuje się z nią oswoić. Z dziecięcą lekkością opowiada nam o zabijaniu zwierząt przez rzeźnika, wykorzystywaniu przez starszych kolegów i obserwowaniu przez dziurkę od klucza wszystkich zdarzeń, które nieświadomie zaczęły budować w nim pierwszy obraz otaczającego świata. Chłopiec wielu rzeczy nie rozumie, wielu nie jestem świadomy, ale na każdym kroku stara się zadawać pytania, wierząc, że wszystko stanie się o nieco prostsze. Śmierć mimo to jest dla niego niepojęta. Bo czy można ją zrozumieć? Czy da się jej doświadczyć? I jak radzić sobie z samotnością, która dla dziecka staje się jeszcze bardziej przerażająca?

Krótka chwila z aktorką po spektaklu to niesamowita ciekawostka dla Was. Otóż okazuje się, że aktorzy potrzebują interakcji z publicznością! Sama zawsze myślałam, że zachowanie ciszy jest najlepszą formą okazania szacunku dla twórcy. Nic bardziej mylnego! Aktorzy łakną i potrzebują komunikacji z widzem. Należy się śmiać, smucić, wczuwać w to, co dzieje się na scenie i to nasze reakcje są najlepszym podziękowaniem. 

Czy polecam wam ten spektakl? Oczywiście, że tak. To niezwykle trudna sztuka, wymagająca uwagi i skupienia od widza, której na każdym kroku towarzyszy śmierć - mroczna i tajemnicza. Nie sposób przed nią uciec. Nie można jej zrozumieć. Należy zaakceptować, że przyszła, a nasze życie (jako bliskich) diametralnie się zmienia. Sztuka pokazuje również, jak ważna jest rozmowa z dzieckiem na trudne tematy. Zamiast krzyków i pretensji należy pokazać mu świat. 

O kobietach, o przyjaźni, o kłamstwie, o zazdrości… Upadłe Anioły na deskach Och-Teatru.

Sztuka Noela Cowarda to kolejny spektakl w brytyjskim stylu w reżyserii Krystyny Jandy. Już samo nazwisko pierwszej damy polskiej sceny wskazywało na to, że sztuka będzie niemałym wyzwaniem dla artystów i niesamowitym przeżyciem dla każdego z widzów. Przed Państwem Magdalena Cielecka, Maja Ostaszewska, Marta Chyczewska, Tomasz Drabek, Wojciech Kalarus i Cezary Kosiński.

Zobacz na stronie Och-Teatru

Historia Julii (Magdalena Cielecka) i Jane (Maja Ostaszewska) rozpoczyna się londyńskim mieszkaniu jednej z nich. Arystokratka, dama, o poranku rozprawia z mężem, posyłając go na golfa i opowiadając o swoim planie dnia, którego pozazdrościć jej gotowa jest niejedna współczesna kobieta. Zaznacza też, że obudziła się z pewnym przeczuciem… Jakim?

Dawna miłość, przelotny romans sprzed lat rozdziera główne bohaterki na pół. Okazuje się, że lada chwila w Londynie pojawi się amant, mężczyzna, który uwiódł i rozkochał w sobie przyjaciółki jeszcze przed ślubem i w jednej chwili zamiesza w ich normalnym, uporządkowanym życiu. Podniecenie, podekscytowanie i szalona zazdrość to garstka emocji, które targają naszymi bohaterkami.

„Julia i ja, miałyśmy romans przed zamążpójściem...”

Wybitnie odtworzone role Julii i Jane to niesamowite widowisko dla miłośników prawdziwej sztuki. Magdalena Cielecka (Julia) pokazuje pewien dystans, charakter i zdroworozsądkowość. Nie karci się za popełniony przed laty romans, silnie stąpa po ziemi, jednak staje przed moralnym dylematem -  spotkać się z Mauricem Duclos czy nie naruszać swojej stabilizacji i pozostać wierną Fredericowi? Jane z kolei poznajemy, gdy z pocztówką w dłoni pojawia się w mieszkaniu przyjaciółki. Podekscytowana, pełna euforii, z jednej strony czuje się zmieszana i przestraszona, a z drugiej skuszona zakazanym owocem. Ignoruje racjonalność Julii, w mgnieniu oka asertywnie reaguje nawet na najmniejsze zwątpienie z jej strony, chcąc przekonać przyjaciółkę, że muszą spotkać się z dawną miłością. Kobiety wspominają dawne czasy, chwile spędzone z Mauricem i pełne rozkoszy pożądają więcej… Jak jednak pogodzić dwie kobiety z jednym mężczyzną? Co zrobić, gdy króluje zazdrość? Czy ich niezwykła przyjaźń przetrwa tę próbę?



Obie postaci zostały wybitnie nakreślone. Ich wady i zalety celowo zostały przerysowane, bawiąc publiczność w każdym z aktów, a aktorki stanęły na wysokości zadania, dopracowując najdrobniejsze elementy swojej postaci. Mimika, subtelne ruchy dłoni, reakcje na niespodziewane zdarzenia i istne wcielenie się w swoją postać. Na uwagę zasługuje także Marta Chyczewska, wcielająca się w postać wścibskiej, ironicznej, przemądrzałej pokojówki, pojawiającej się w najmniej oczekiwanych momentach. Dodaje ona sztuce mnóstwo pozytywnych emocji i przezabawnych zwrotów akcji.

Upadłe Anioły to zwyczajna metafora. Okazuje się, że spektakl Noela Cowarda jest ponadczasowy i obnaża sprawy, które dotykają dziś wiele kobiet. Wszystkie pragniemy stabilizacji, a jednocześnie ciągnie nas do szaleńczej, burzliwej miłości i życia na krawędzi. Jesteśmy zazdrosne. Nie chcemy się dzielić. Planujemy, czekamy, wyobrażamy sobie zawsze zbyt wiele i do zbyt wielu rzeczy przywiązujemy wagę. Chcemy tworzyć pozory, pragniemy czuć się adorowane, zaskakiwane, łakniemy szczęścia. Spojrzenie na bohaterki przez pryzmat własnego życia, pokazuje nasze losy w krzywym zwierciadle, a to klucz do sukcesu tej sztuki.

Na kolejny spektakl Upadłe Anioły przyjdzie zaczekać Wam aż miesiąc. Sądzę jednak, że 22-25 października to daty, które powinniście zarezerwować w swoim kalendarzu. Bilety dostępne są już na stronie Och-Teatru. Pamiętajcie jednak, że przedstawienie powstało w 1925 roku – wyśmienita komedia spod pióra Noela Cowarda, która w ciągu 90 lat była wystawiana na deskach teatrów na całym świecie i nigdy nie straciła na wartości.
Kup Bilet na Spektakl


Po spektaklu pojawiła się chwila refleksji. Wracając do domu zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem i myślami powędrowałam do tego, „co by było gdyby?”. Gdyby nie stabilizacja. Gdyby nie stały związek. Gdyby nie plany na przyszłość. Gdyby w drzwiach mojego domu stanęła moja „miłość” sprzed lat – pozorne, błahe zauroczenie, które każda nastolatka przeżywa tak mocno. Z drugiej strony, co gdyby ktoś taki pojawił się teraz? Przelotny romans? Kolejne motyle w brzuchu, eutrofia… koniec. Gdybać jednak możemy, ale nigdy nie zapominając, co jest w naszym życiu najważniejsze. Upadłe anioły to sztuka, która pokazuje, że choć skrycie pragniemy wielu rzeczy, boimy się utraty gruntu pod nogami. Szukamy bezpieczeństwa i potrzebujemy bliskiej osoby na co dzień. Przedstawienie to z kolei bawi nas sytuacyjnym absurdem, angielskim poczuciem humoru, wyolbrzymionymi emocjami i licznymi kontrastami – całość rozbija się o to, że fabuła została osadzona w latach 20-30 ubiegłego wieku, a moralność brytyjskiego społeczeństwa nie przyzwalała na przelotne romanse. Ten przypadkowy epizod stanowił nie lada problem dla głównych bohaterek. 

Gorąco polecam Wam wieczór w Och-Teatrze. 

Teatr Polonia "Matki i synowie"

Na deskach Teatru Polonia zadziała się rzecz zdumiewająca. Mieliśmy do czynienia z kwintesencją teatru, z kunsztem aktorów i niesamowitą atmosferą, którą wytworzyli główni bohaterowie.

www.tratrpolonia.pl
Fabuła spektaklu Matki i synowie to historia niezwykle trudna. Katharine Gerard pojawia się w domu byłego partnera swojego zmarłego syna. W patetycznej atmosferze przywraca z demony przeszłości, przywołuje wspomnienia, które sama chciałaby pogrzebać wraz z ukochanym Andre. Nieustannie pyta, czemu po śmierci syna jej życie stało się gorsze? Poszukuje odpowiedzi wśród milczenia mężczyzny, który ułożył sobie życie na nowo z kimś innym.

Rola, która odegrała Krystyna Janda w tym przedstawieniu sprawia, że cenimy tę artystkę jeszcze bardziej. Matka, wdowa, rozczarowana, zgorzkniała, samotna kobieta, która szuka odpowiedzi i zrozumienia. Jej ból i cierpienie piętrzy się i wzmaga, przyjmując formę agresji i ataku. 

Nieszablonowa w swych odpowiedziach, inteligentna i błyskotliwa, ma świadomość, że niczego nie zdoła już zmienić, niczego nie może naprawić. Najpiękniejszy okres w jej życiu minął i odszedł w zapomnienie. Pozostała rozpacz. Rozpacz głęboka, silna, przeszywająca do szpiku kości. Katherine ma świadomość, że odtrąciła swojego syna, gdy zawiódł wszystkich, że on także potrzebował matczynej opieki i ciepła… Obwinia siebie, Michaela, a także swojego męża, który nigdy nie był ojcem stającym na wysokości zadania. Czy to przez niego Andre potrzebował mężczyzny w swoim życiu?  

Sam spektakl każe nam stąpać po niezwykle cienkiej linii, poruszając niezwykle trudną, ale do dziś aktualną tematykę – homoseksualizm, AIDS, nietolerancję społeczną i wyszydzenie, brak akceptacji, śmierć oraz coś, co nie było możliwe przed laty – adopcję dziecka przez małżeństwa homoseksualne. W rolach głównych: Krystyna Janda, Paweł Ciołkosz, Antoni Pawlicki, Adam Tomaszewski/Antoni Zakowicz.

Idąc na spektakl nie wiedziałam, czego się spodziewać. Bałam się, że tak trudna i niepopularna tematyka okaże się zbyt dużym wyzwaniem nawet dla tak znakomitych artystów, jednak kolejka przed salą rozwiała wszystkie moje wątpliwości. Widzów było mnóstwo! Bilety zostały wykupione co do ostatniego miejsca, a ci, którzy mieli wejściówki siedzieli na schodkach, śledząc bieg zdarzeń. Na spektakl poszłam ze swoim partnerem, realizatorem, który swoje pierwsze artystyczne kroki stawiał właśnie w teatrze. To jeden z niewielu spektakli, po których zdecydowanie był pod wrażeniem. Krystyna Janda, choć dla nas obojga po raz pierwszy na deskach teatru, pokazała majstersztyk aktorstwa. Antoni Pawlicki oraz Paweł Ciołkosz to także świetne postaci, jednakże to przede wszystkim ona zasługuje na gromkie brawa. Zakończenie spektaklu z wręczeniem kwiatów i owacją na stojącą to tylko potwierdzenie tego, co zaparło dech w naszych piersiach. 

Trudna, głęboka, poruszająca historia na deskach przepięknej sceny w Teatrze Polonia. Gorąco polecam!


Och-Teatr „Truciciel"

Z uśmiechem o śmierci? Z ironią o zabijaniu? O samobójstwie inaczej?  Wypijmy toast za śmierć, za życie, za miłość! I… za brytyjski czarny humor na deskach Och-Teatru.


www.ochteatr.com.pl
Do pięknej willi z ogrodem, rozmaitym środkami komunikacji, przyjeżdża Vincent (Cezary Żak). Ironiczny, obruszony koniecznością dotarcia na miejsce i ponaglający swojego klienta przedstawiciel firmy Exodus, zawodowy Truciciel.

Vincent służy pomocną dłonią tym, którzy chcieliby pożegnać się z życiem, w barwny i przezabawny sposób traktuje śmierć, która jest jego codziennością od najmłodszych lat. Nie przychodzi w mitologicznej czarnej podomce z kosą, poznajemy go, jako postawnego mężczyznę w garniturze i rękawiczkach, zacierających ślady. Vincent nie traktuje życia serio. Daje czas na zastanowienie, przemyślenie, rozmowę. Pokazuje świat w innych barwach, przysłoniętych jednak ciemnymi okularami – kto w końcu zrezygnuje z dodatkowego zarobku, mieszkając w pokoju na chińczykiem? 

Truciciel to przezabawna komedia pomyłek, w której nic nie jest oczywiste. Opowieść o śmierci inaczej, o zdradzie i miłości aż po grobową deskę, gdzie każde słowo jest dwuznaczne, a każda kolejna minuta budzi więcej niepokoju.

Kiedy w domu Celii i Waltera Bryce’ów pojawia się Vincent, historia nabiera tempa. Kto właściwie chce popełnić samobójstwo? Z czyjej ręki? Dlaczego pogrążona w depresji kobieta od wielu lat chce pożegnać się ze światem? Kto jest autorem niedopisanych listów pożegnalnych?  Kim jest młoda sekretarka, Angie, i jaką rolę odegra w życiu małżeństwa?

Z teatru wyszłam z niesamowitym uśmiechem. Adaptacja w przezabawny sposób traktuje śmierć, która nie towarzyszy nam w życiu codziennym. Wplecione w dialogi frazeologizmy nabierają zupełnie innego znaczenia, gdy wypowiada je ktoś, kto staje się panem życia i śmierci, a świadomość, że rozmowa z przedstawicielem firmy Exodus jest naszą ostatnią…

Sztuka Chappella ma jeszcze jeden atut, który wyróżnia ją spośród innych spektakli. Autor pozwala nam skonfrontować dwa podejścia. Jednym jest ścieżka śmierci, pokazana przez Vicenta, uśmiechającego się do zwłok Truciciela. Drugim radosna fraza „Świat jest piękny!”, co i rusz wypowiadana z ust samarytanina z telefonu zaufania.

Fantastyczna gra aktorska Cezarego Żaka – mimika i intonacja jedynie potwierdzają kunszt tak wybitnej postaci polskiej sceny. Na wyróżnienie zasługuje również odtwórca roli Waltera, fenomenalny w swojej postaci Mirosław Kropielnicki.

Prapremiera spektaklu miała miejsce 28 maja 2015 roku, a dziś po raz 50. możecie obejrzeć Truciciela w najlepszej odsłonie! Przed Wami fantastyczni artyści - Małgorzata Foremniak/Karolina Gorczyca, Dorota Pomykała/Dorota Segda, Mirosław Kropielnicki, Henryk Niebudek/Andrzej Pieczyński, Cezary Żak - którzy pokażą Wam, jak wielkim uczuciem jest miłość i jak wiele jesteśmy dla niej poświęcić.


Na zakończenie słowa, które o spektaklu powiedział sam Cezary Żak: 
Truciciel to klasyczna czarna komedia omyłek. Zawsze lubiłem ten gatunek w teatrze. To nie tylko czysta rozrywka, ale też dreszczyk emocji i zazwyczaj wciągająca intryga. Eric Chappell to mistrz gatunku. My, aktorzy, kochamy takich autorów, bo dają nam świetną partyturę do grania - w postaci dialogów - i krwiste charaktery. W tym przypadku będą to: literat znoszący napady depresji u żony (oraz jej fanaberie dotyczące odejścia z tego świata), jego sekretarka (będąca jednocześnie jego kochanką, z którą zaplanował morderstwo), znudzona życiem żona, samarytanin (poświęcający się dla innych, ale z problemem we własnej rodzinie) i w końcu Vincent, pracownik Exodusu (wynajęty do otrucia klienta, co jednak okaże się nowym etapem w jego życiu). Dobrej zabawy! (źródło: aict.art.pl)

"Skaza" na deskach Teatru Syrena

- Wszyscy ludzie ze skazą są niebezpieczni. Przetrwanie czyni ich takimi.
- Dlaczego?
- Ponieważ nie mają litości. Wiedzą, że inni potrafią przetrwać, tak jak i oni.
Josephine Hart – Skaza

*  *  *

Wyjątkowo przenikliwy thriller erotyczny wyreżyserowany przez Adama Sajnuka po raz ostatni w tym roku został wystawiony na deskach warszawskiego Teatru Syrena. O jakim spektaklu mowa? Oczywiście o „Skazie” autorstwa Josephine Hart, opowiadającej o głębokiej, wyjątkowo dramatycznej historii femme fatale, Annie Barton, oraz  zakochanym w niej mężczyźnie.

  Pozornie szczęśliwą rodzinę Flemingów poznajemy przy wspólnym obiedzie – dwoje rodziców, czyli Stephen  (Jacek Poniedziałek) i Ingrid (Aleksandra Justa), dorosły syn Martyn (Maciej Radel) oraz dojrzewająca córka Sally (Delfina Wierzchucka). Nic nie zdaje się zmącić ich spokoju, przecież fakt, że mogą wieść dostanie życie, rozwijać się, realizować zawodowo i jednocześnie zapewnić wysoki standard swoim pociechom to coś, o czym marzy każdy rodzic. Stephen to szanowany lekarz, który rozpoczyna właśnie karierę polityczną, wiąże się to oczywiście z licznymi spotkaniami, obradami i przede wszystkim… z wyjazdami. Tak też na jednym z przyjęć poznaje tajemniczą dziennikarkę, Annę Barton. Zakochuje się w niej bez pamięci. Tylko w niej widzi swoją oazę, tylko ją pragnie kochać, tylko ona pozwala mu zobaczyć świat pełen barw, tylko ona pozwala mu żyć na nowo. Niestety jednak Anna Barton pragnie poślubić jego syna, nieświadoma, jak potężne fatum sprowadzi na los obu mężczyzn…

Spektakl jest bardzo niekonwencjonalnym widowiskiem audiowizualnym. Świetnie dobrane kreacje i idealnie wkomponowana muzyka akompaniują kolejnym scenom, przenikającym na oczach widza przy wykorzystaniu bardzo prostej gry światła i nieznacznie zabudowanej scenerii.  Wydaje mi się, że zakończenie tej historii możemy odbierać w rozmaity sposób. Fabuła łamie tabu, przekracza wszelkie granice i prowadzi do destrukcji uczuć. Z perspektywy osoby, która uwielbia teatr stwierdzam, że to dość trudna sztuka. Zdarzenia dzieją się na różnych płaszczyznach. Jednocześnie scena tworzy dwie, trzy różne scenerie, w który toczy się akcja, wszystkie jednak splatają się i wiodą do kulminacji tej historii.

Skazą Anny Barton jest śmierć jej brata. Piękna, uwodzicielska, pewna siebie kobieta to postać bardzo silna i charyzmatyczna. Wie, czego chce od życia, wie, jak to zdobyć i nigdy nie pozwoli, by to mężczyzna górował nad jej osobowością. Nie potrafi jednak uśpić demonów przeszłości, nie chce by ktoś odkrył jej mroczną przeszłość, a więc związek z Martynem uznaje za idealny. Dlaczego? „Bo Martyn nie zadaje pytań”. Losy Stephena z kolei to idealny obraz wzlotu i upadku człowieka. Bohater łamie wszelkie zasady moralne, niszczy spokój rodziny, doprowadzając do zagłady siebie i swoich bliskich.

„Skaza” na deskach Teatru Syrena nie doczekała się owacji na stojąco. Pomimo świetnej gry aktorskiej i aranżacji nie zdołała ująć za serce widzów. Powodów mogło być wiele, najtrafniejszym wydaje się jednak nieznajomość książki Hart i trudności w odbiorze tej sztuki. Całość z kolei zdaje się być nieco chaotyczna i momentami odrobinę niedopowiedziana. Niemniej, polecam Wam ten spektakl.
  



  

"Zemsta" Aleksandra Fredry w warszawskim Teatrze Polskim





Nietypowe zjawisko wizualne cieszące oczy niejednego widza. Co mam na myśli? Niewątpliwie Zemstę Aleksandra Fredry, którą od 3 marca 2013 roku możemy oglądać na deskach Teatru Polskiego w Warszawie.

Po wyjściu ze spektaklu byłam nie dość ze skonsternowana cała inscenizacją, to i zachwycona rolą Papkina, w którego wcielił się Jarosław Gajewski. Nie widzę tutaj trafniejszego odtwórcy tego bohatera, bowiem przy deklamacji czy gestykulacji zaśmiewałam się do łez. Kompletnie źle dobraną postacią, moim skromnym zdaniem, okazała się Podstolia (Joanna Trzepiecińska). Cenię oczywiście doświadczenie i wdzięk artystki, jednak na tej roli stanowczo się zawiodłam. Nieco inaczej wyobrażałam sobie wdówkę, skłonną do zamążpójścia. Wacław i Klara to nowe twarze polskiej sceny. Ze swojej strony życzę im jak najlepiej i skupiając się na Pawle Kruczu, który „żył” tym przedstawieniem, wróżę im wieloletnią karierę. Najznakomitszą twarzą Zemsty jest nie kto inny, niż odtwórca roli Cześnika – Daniel Olbrychski. Osobiście uważam aktora za osobę, która kształtowała wizerunek polskiej sceny, a deski teatru są tego najlepszym przykładem. Muzykę do całej inscenizacji skomponował Piotr Rubik, co zmieszało wielu widzów. Przedstawienie rozpoczyna się huczną, głośną, nowoczesną muzyką, której daleko do świata Aleksandra Fredry. Wszystko jednak idealnie wpisało się w scenariusz i przywodziło ciepły uśmiech na ustach.
Teatr Polski: Galeria


Pozwolicie, że nie będę streszczała Wam dramatu, bowiem i tak wszyscy zasłyszeli o Zemście na niejednej lekcji języka polskiego. Krzysztof Jasiński świetnie wyreżyserował spektakl, dzięki czemu naprawdę wtapiamy się w świat bohaterów. Wydaje mi się, że za serce ujął wszystkich widzów fakt relacji z publicznością. Kiedy Rejent Milczek (Andrzej Seweryn) klęka rozpoczynając modlitwę (chcąc uniknąć konwersacji z Papkinem), wymaga od publiczności szumów i hałasów, które pomogą w kontynuacji przedstawienia. To naprawdę jednoczy widzów z aktorami poprawia odbiór spektaklu.


fot. Teatr Polski



Jeśli nie byliście jeszcze w teatrze, bardzo polecam Wam ten spektakl. Bilety (ku mojemu zdziwieniu) wcale nie są najwyższych lotów, a spędzicie udany wieczór. Owszem,  nawet ja poprawiłabym mnóstwo epizodów całym spektaklu, jednak pomimo tych niedoskonałości – bawiłam się świetnie. Wracając jeszcze do pani Trzepiecińskiej – nie wiem dlaczego, ale widziałabym ją w roli Klary. Szkoda, że wiek aktorki nie pozwala na takie konwenanse jednak idealnie wpasowałaby się w tę kreację. Dzisiaj już pozostało mi jedynie pomarudzić zastanawiając, co mogłoby zostać poprawione. 

Winter is Coming... a Warszawa skrywa się we mgle.

Muszę Wam się do czegoś przyznać - zaczynam się starzeć. Wczoraj bowiem miałam pomysł na felieton, nie zanotowałam go na mojej małej karteczce i umknął w mig, zanim jeszcze zdążyłam zasnąć. Kto wie, może jeszcze kiedyś dostanę objawiania, poczuję się jakby targnęło mną deja vu i nareszcie stworzę coś, co miało będzie ręce i nogi.

Nadchodzi paskudny tydzień.
Zapewne frazę tę powtarzam co tydzień, jednak ten zapowiada się na przedsezonową sesję z bliżej nieokreśloną liczbą zaliczeń. Otrzymane książki nie wiem, kiedy zrecenzuję. Staram się, ale nie mam pojęcia na ile zdołam przeczytać przekazane propozycje. Każdy jednoznacznie referuje mi, że szkoła jest najważniejsza. Co gorsze jednak - zapewne i  mnie dopadnie na dniach bezlitosna grypa. Cóż tu począć?

W dniu dzisiejszym ominął mnie warszawski Flash Mob na rzecz języka angielskiego, badań marketingowych, organizacji technik przygotowania produkcji i baz danych. Muszę wreszcie wydrukować wszystkie notatki i zabrać się za naukę... 

Chciałoby się rzec: Winter is Coming. Pogoda w Warszawie jest paskudna, wieje chłodny wiatr, i co jakiś czas kapie deszcz. Doczekałam się jednak i przyjaznej rzeczy - bombki zajmują honorowe miejsce w supermarketach, a w centrach handlowych powoli wystawiane są choinki. Pora powoli zaopatrywać się w cukrowe pisaki do pierników! Zastanawiam się nad zakupem na Allegro, jednak przeraża mnie podwyżka cen zaoferowana nam przez Pocztę Polską. Odnoszę nawet wrażenie, że przestaje mi się opłacać wystawianie na aukcjach domowych zbieraczy kurzu, bowiem przy takich cenach nikt tego nie zakupi... Szkoda. Kumuluję krocie podręczników, literatury popularnonaukowej i pięknej, ale nie wszystkie z moich pokaźnych zbiorów są pozycjami, do których jeszcze kiedyś chciała będę powrócić. No i co ja mam z nimi zrobić? Będąc już przy literaturze, chciałabym Wam napomknąć o pastelowym KONKURSIE, który nie cieszy się zbytnio zainteresowaniem. Jeśli mam być szczera, dotychczas trzy osoby wyraziły chęć udziału w akcji, a potrzebne jest minimum dziesięć, ażebym mogła rozlosować nagrodę. Rozumiem, że nikt,  poza zgłoszonymi osobami, nie chce tej książki? Jeśli jednak zmienicie zdanie - zapraszam do zakładki Zapowiedzi & Konkursy

Marzy mi się pierwszy śnieg. Wydawałoby się, że już dawno powinnam wyrosnąć z głośnego wrzasku "Śnieg! Śnieg za oknem!" podczas zajęć, jednak wierzcie mi - potrzebuję tego. Zupełnie tak samo, jak spaceru po Krakowskim Przedmieściu, wizyty w Barze Warszawa na kubku grzanego wina i marudnym jęczeniem,  że znów mi zimno w stopy. Mam jednak aspiracje na świąteczna sesję zdjęciową. Muszę stworzyć nieco pingwinków i Mikołajów i... będzie pięknie. Wyczekujcie więc kolekcji zdjęć tuż przed Sylwestrem. Notabene, w Święta i Nowy Rok będę online. Postanowiłam spędzić dwa tygodnie w domu rodzinnym i przygotować się do egzaminów. To rozsądne, tak sądzę. Nie wydam też zbyt dużo pieniędzy, które w takiej konstelacji przeznaczyć mogę na upominki i słodkie drobiazgi. 

8 grudnia 2013 roku wybieram się na Zemstę w Teatrze Polskim. Byliście może? Stosunkowo za długo chodził za mną ten spektakl, ażeby ominąć go bez większych problemów. :) Mam nadzieję, że nie będę żałowała wizyty, ani pieniędzy na bilet. Obsada wydaje się być w porządku, a Aleksander Fredro napisał dobry scenariusz. Czas więc pokaże... 

To tyle z mniejszych, bądź większych nowości. Wczoraj udostępniłam Wam recenzję książki Rio Anaconda Wojciecha Cejrowskiego, do której jeszcze raz chciałabym Was zachęcić. Fenomenalna, przezabawna propozycja szczególnie, dla europejskich zmarźluchów. ;) We wtorek z kolei pojawi się Tadeusz Biedzki i jego Zabawka Boga. Recenzję napisałam już wczoraj, jednak postanowiłam zrobić "przerwę" w publikacji, ażeby Pastelowy Niecodziennik nie stał pusty przez tydzień. Przed nami też recenzja filmu Czarny Czwartek i książki Ubek. W tym tygodniu niewątpliwie pojawi się też notka o polskiej piłce siatkowej i niezastąpionym trenerze naszej reprezentacji Andrea Anastasim. Piękne czasy. Wedy to żaden mecz nie umknął moim oczom. Oj... było, co oglądać. :) No nic, nie będę rozwodziła się dzisiaj nad tą propozycją, a dopiero pod końcem tygodnia. Przekonacie się z resztą sami! 

Udanej niedzieli, Moi Drodzy! 

Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje
Wywiad: Portal Warszawa i Okolice

Recenzja książki: Sodoma

Recenzja książki: Sodoma
Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie