- 10:14
- 5 Comments
MAŁA SCENA, ZALEDWIE KILKA KRZESEŁ I NIEZWYKŁA AKTORKA W WYJĄTKOWO TRUDNEJ ROLI...
Najistotniejszym jest fakt, że Dziecinady to pierwszy utwór Raymonda Cousse'a, przyjaciela francuskiego autora, Samuela Becketta, którego wspomnienia zostały przywołane w spektaklu. Historia opowiada losy małego chłopca, który nie mogąc poradzić sobie ze śmiercią przyjaciela, Marcela, zabiera widzów w podróż przepełnioną bólem, żalem, niezrozumieniem, ale i troską, miłością.
Chłopiec, chcąc uciec przed strachem, który budzi w nim śmierć, wśród anegdot i fraszek próbuje się z nią oswoić. Z dziecięcą lekkością opowiada nam o zabijaniu zwierząt przez rzeźnika, wykorzystywaniu przez starszych kolegów i obserwowaniu przez dziurkę od klucza wszystkich zdarzeń, które nieświadomie zaczęły budować w nim pierwszy obraz otaczającego świata. Chłopiec wielu rzeczy nie rozumie, wielu nie jestem świadomy, ale na każdym kroku stara się zadawać pytania, wierząc, że wszystko stanie się o nieco prostsze. Śmierć mimo to jest dla niego niepojęta. Bo czy można ją zrozumieć? Czy da się jej doświadczyć? I jak radzić sobie z samotnością, która dla dziecka staje się jeszcze bardziej przerażająca?
Krótka chwila z aktorką po spektaklu to niesamowita ciekawostka dla Was. Otóż okazuje się, że aktorzy potrzebują interakcji z publicznością! Sama zawsze myślałam, że zachowanie ciszy jest najlepszą formą okazania szacunku dla twórcy. Nic bardziej mylnego! Aktorzy łakną i potrzebują komunikacji z widzem. Należy się śmiać, smucić, wczuwać w to, co dzieje się na scenie i to nasze reakcje są najlepszym podziękowaniem.
Czy polecam wam ten spektakl? Oczywiście, że tak. To niezwykle trudna sztuka, wymagająca uwagi i skupienia od widza, której na każdym kroku towarzyszy śmierć - mroczna i tajemnicza. Nie sposób przed nią uciec. Nie można jej zrozumieć. Należy zaakceptować, że przyszła, a nasze życie (jako bliskich) diametralnie się zmienia. Sztuka pokazuje również, jak ważna jest rozmowa z dzieckiem na trudne tematy. Zamiast krzyków i pretensji należy pokazać mu świat.
Sztuka Noela Cowarda to kolejny spektakl w brytyjskim stylu w reżyserii Krystyny Jandy. Już samo nazwisko pierwszej damy polskiej sceny wskazywało na to, że sztuka będzie niemałym wyzwaniem dla artystów i niesamowitym przeżyciem dla każdego z widzów. Przed Państwem Magdalena Cielecka, Maja Ostaszewska, Marta Chyczewska, Tomasz Drabek, Wojciech Kalarus i Cezary Kosiński.
![]() |
Zobacz na stronie Och-Teatru |
Historia Julii (Magdalena
Cielecka) i Jane (Maja Ostaszewska) rozpoczyna się londyńskim mieszkaniu jednej
z nich. Arystokratka, dama, o poranku
rozprawia z mężem, posyłając go na golfa i opowiadając o swoim planie dnia,
którego pozazdrościć jej gotowa jest niejedna współczesna kobieta. Zaznacza
też, że obudziła się z pewnym przeczuciem… Jakim?
Dawna miłość, przelotny romans
sprzed lat rozdziera główne bohaterki na pół. Okazuje się, że lada chwila w
Londynie pojawi się amant, mężczyzna, który uwiódł i rozkochał w sobie
przyjaciółki jeszcze przed ślubem i w jednej chwili zamiesza w ich normalnym,
uporządkowanym życiu. Podniecenie, podekscytowanie i szalona
zazdrość to garstka emocji, które targają naszymi bohaterkami.
„Julia i ja, miałyśmy romans
przed zamążpójściem...”
Wybitnie odtworzone role Julii i Jane to niesamowite widowisko dla
miłośników prawdziwej sztuki. Magdalena Cielecka (Julia) pokazuje pewien
dystans, charakter i zdroworozsądkowość. Nie karci się za popełniony przed laty
romans, silnie stąpa po ziemi, jednak staje przed moralnym dylematem - spotkać
się z Mauricem Duclos czy nie naruszać swojej stabilizacji i pozostać wierną
Fredericowi? Jane z kolei poznajemy, gdy z
pocztówką w dłoni pojawia się w mieszkaniu przyjaciółki. Podekscytowana, pełna
euforii, z jednej strony czuje się zmieszana i przestraszona, a z drugiej skuszona
zakazanym owocem. Ignoruje racjonalność Julii, w mgnieniu oka asertywnie reaguje nawet na
najmniejsze zwątpienie z jej strony, chcąc przekonać przyjaciółkę, że muszą
spotkać się z dawną miłością. Kobiety wspominają
dawne czasy, chwile spędzone z Mauricem i pełne rozkoszy pożądają więcej… Jak
jednak pogodzić dwie kobiety z jednym mężczyzną? Co zrobić, gdy króluje
zazdrość? Czy ich niezwykła przyjaźń przetrwa tę próbę?
Obie postaci zostały wybitnie nakreślone.
Ich wady i zalety celowo zostały przerysowane, bawiąc publiczność w każdym z
aktów, a aktorki stanęły na wysokości zadania, dopracowując najdrobniejsze
elementy swojej postaci. Mimika, subtelne ruchy dłoni, reakcje na niespodziewane
zdarzenia i istne wcielenie się w swoją postać. Na uwagę zasługuje także Marta
Chyczewska, wcielająca się w postać wścibskiej, ironicznej, przemądrzałej
pokojówki, pojawiającej się w najmniej oczekiwanych momentach. Dodaje ona
sztuce mnóstwo pozytywnych emocji i przezabawnych zwrotów akcji.
Upadłe Anioły to zwyczajna metafora. Okazuje się, że spektakl Noela Cowarda jest ponadczasowy i obnaża
sprawy, które dotykają dziś wiele kobiet. Wszystkie pragniemy stabilizacji, a jednocześnie ciągnie nas do
szaleńczej, burzliwej miłości i życia na krawędzi. Jesteśmy zazdrosne. Nie
chcemy się dzielić. Planujemy, czekamy, wyobrażamy sobie zawsze zbyt wiele i do
zbyt wielu rzeczy przywiązujemy wagę. Chcemy tworzyć pozory, pragniemy czuć się
adorowane, zaskakiwane, łakniemy szczęścia. Spojrzenie na bohaterki przez
pryzmat własnego życia, pokazuje nasze losy w krzywym zwierciadle, a to klucz
do sukcesu tej sztuki.
Na kolejny spektakl Upadłe Anioły przyjdzie zaczekać Wam aż
miesiąc. Sądzę jednak, że 22-25 października to daty, które powinniście zarezerwować
w swoim kalendarzu. Bilety dostępne są już na stronie Och-Teatru. Pamiętajcie jednak, że przedstawienie powstało w 1925 roku – wyśmienita komedia spod pióra Noela Cowarda, która w ciągu 90 lat była wystawiana na deskach teatrów na całym świecie i nigdy nie straciła na wartości.
![]() |
Kup Bilet na Spektakl |
Po spektaklu pojawiła się chwila refleksji. Wracając do domu zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem i myślami
powędrowałam do tego, „co by było gdyby?”. Gdyby nie stabilizacja. Gdyby
nie stały związek. Gdyby nie plany na przyszłość. Gdyby w drzwiach mojego domu
stanęła moja „miłość” sprzed lat – pozorne, błahe zauroczenie, które każda
nastolatka przeżywa tak mocno. Z drugiej strony, co gdyby ktoś taki pojawił się
teraz? Przelotny romans? Kolejne motyle w brzuchu, eutrofia… koniec. Gdybać
jednak możemy, ale nigdy nie zapominając, co jest w naszym życiu
najważniejsze. Upadłe anioły to
sztuka, która pokazuje, że choć skrycie pragniemy wielu rzeczy, boimy
się utraty gruntu pod nogami. Szukamy bezpieczeństwa i potrzebujemy bliskiej
osoby na co dzień. Przedstawienie to z kolei bawi nas sytuacyjnym absurdem, angielskim poczuciem humoru, wyolbrzymionymi
emocjami i licznymi kontrastami – całość rozbija się o to, że fabuła została
osadzona w latach 20-30 ubiegłego wieku, a moralność brytyjskiego społeczeństwa
nie przyzwalała na przelotne romanse. Ten przypadkowy epizod
stanowił nie lada problem dla głównych bohaterek.
Gorąco polecam Wam wieczór w Och-Teatrze.
- 13:33
- 9 Comments
Na deskach Teatru Polonia zadziała się rzecz zdumiewająca. Mieliśmy do czynienia z kwintesencją teatru, z kunsztem aktorów i niesamowitą atmosferą, którą wytworzyli główni bohaterowie.
![]() |
www.tratrpolonia.pl |
Fabuła spektaklu
Matki i synowie to historia niezwykle
trudna. Katharine Gerard pojawia się w domu byłego partnera swojego zmarłego
syna. W patetycznej atmosferze przywraca z demony przeszłości, przywołuje
wspomnienia, które sama chciałaby pogrzebać wraz z ukochanym Andre. Nieustannie pyta, czemu po
śmierci syna jej życie stało się gorsze? Poszukuje odpowiedzi wśród milczenia
mężczyzny, który ułożył sobie życie na nowo z kimś innym.
Rola, która
odegrała Krystyna Janda w tym przedstawieniu sprawia, że cenimy tę artystkę
jeszcze bardziej. Matka, wdowa, rozczarowana, zgorzkniała, samotna kobieta,
która szuka odpowiedzi i zrozumienia. Jej ból i cierpienie piętrzy się i wzmaga,
przyjmując formę agresji i ataku.
Nieszablonowa w swych odpowiedziach, inteligentna
i błyskotliwa, ma świadomość, że niczego nie zdoła już zmienić, niczego nie
może naprawić. Najpiękniejszy okres w jej życiu minął i odszedł w zapomnienie. Pozostała
rozpacz. Rozpacz głęboka, silna, przeszywająca do szpiku kości. Katherine ma
świadomość, że odtrąciła swojego syna, gdy zawiódł wszystkich, że on także
potrzebował matczynej opieki i ciepła… Obwinia siebie, Michaela, a także
swojego męża, który nigdy nie był ojcem stającym na wysokości zadania. Czy to
przez niego Andre potrzebował mężczyzny w swoim życiu?
Sam spektakl
każe nam stąpać po niezwykle cienkiej linii, poruszając niezwykle trudną, ale
do dziś aktualną tematykę – homoseksualizm, AIDS, nietolerancję społeczną i wyszydzenie,
brak akceptacji, śmierć oraz coś, co nie było możliwe przed laty – adopcję dziecka
przez małżeństwa homoseksualne. W rolach głównych: Krystyna Janda, Paweł
Ciołkosz, Antoni Pawlicki, Adam Tomaszewski/Antoni Zakowicz.
Idąc na
spektakl nie wiedziałam, czego się spodziewać. Bałam się, że tak trudna i
niepopularna tematyka okaże się zbyt dużym wyzwaniem nawet dla tak znakomitych
artystów, jednak kolejka przed salą rozwiała wszystkie moje wątpliwości. Widzów
było mnóstwo! Bilety zostały wykupione co do ostatniego miejsca, a ci, którzy
mieli wejściówki siedzieli na schodkach, śledząc bieg zdarzeń. Na spektakl poszłam
ze swoim partnerem, realizatorem, który swoje pierwsze artystyczne kroki
stawiał właśnie w teatrze. To jeden z niewielu spektakli, po których
zdecydowanie był pod wrażeniem. Krystyna Janda, choć dla nas obojga po raz
pierwszy na deskach teatru, pokazała majstersztyk aktorstwa. Antoni Pawlicki
oraz Paweł Ciołkosz to także świetne postaci, jednakże to przede wszystkim ona
zasługuje na gromkie brawa. Zakończenie spektaklu z wręczeniem kwiatów i owacją
na stojącą to tylko potwierdzenie tego, co zaparło dech w naszych piersiach.
Trudna,
głęboka, poruszająca historia na deskach przepięknej sceny w Teatrze Polonia.
Gorąco polecam!
- 18:53
- 6 Comments
Z uśmiechem o śmierci? Z ironią o zabijaniu? O samobójstwie inaczej? Wypijmy toast za śmierć, za życie, za miłość! I… za brytyjski czarny humor na deskach Och-Teatru.
![]() |
www.ochteatr.com.pl |
Vincent służy pomocną dłonią tym,
którzy chcieliby pożegnać się z życiem, w barwny i przezabawny sposób traktuje śmierć,
która jest jego codziennością od najmłodszych lat. Nie przychodzi w
mitologicznej czarnej podomce z kosą, poznajemy go, jako postawnego mężczyznę w
garniturze i rękawiczkach, zacierających ślady. Vincent nie traktuje życia
serio. Daje czas na zastanowienie, przemyślenie, rozmowę. Pokazuje świat w
innych barwach, przysłoniętych jednak ciemnymi okularami – kto w końcu zrezygnuje
z dodatkowego zarobku, mieszkając w pokoju na chińczykiem?
Truciciel to przezabawna komedia pomyłek, w której nic nie jest
oczywiste. Opowieść o śmierci inaczej, o zdradzie i miłości aż po grobową
deskę, gdzie każde słowo jest dwuznaczne, a każda kolejna minuta budzi więcej
niepokoju.
Kiedy w domu Celii i Waltera Bryce’ów
pojawia się Vincent, historia nabiera tempa. Kto właściwie chce popełnić
samobójstwo? Z czyjej ręki? Dlaczego pogrążona w depresji kobieta od wielu lat
chce pożegnać się ze światem? Kto jest autorem niedopisanych listów
pożegnalnych? Kim jest młoda sekretarka,
Angie, i jaką rolę odegra w życiu małżeństwa?
Z teatru wyszłam z niesamowitym
uśmiechem. Adaptacja w przezabawny sposób traktuje śmierć, która nie towarzyszy
nam w życiu codziennym. Wplecione w dialogi frazeologizmy nabierają zupełnie
innego znaczenia, gdy wypowiada je ktoś, kto staje się panem życia i śmierci, a
świadomość, że rozmowa z przedstawicielem firmy Exodus jest naszą ostatnią…
Sztuka Chappella ma jeszcze jeden
atut, który wyróżnia ją spośród innych spektakli. Autor pozwala nam
skonfrontować dwa podejścia. Jednym jest ścieżka śmierci, pokazana przez
Vicenta, uśmiechającego się do zwłok Truciciela. Drugim radosna fraza „Świat
jest piękny!”, co i rusz wypowiadana z ust samarytanina z telefonu zaufania.
Fantastyczna gra aktorska
Cezarego Żaka – mimika i intonacja jedynie potwierdzają kunszt tak wybitnej
postaci polskiej sceny. Na wyróżnienie zasługuje również odtwórca roli Waltera,
fenomenalny w swojej postaci Mirosław Kropielnicki.
Prapremiera spektaklu miała
miejsce 28 maja 2015 roku, a dziś po raz 50. możecie obejrzeć Truciciela w najlepszej odsłonie! Przed
Wami fantastyczni artyści - Małgorzata Foremniak/Karolina Gorczyca, Dorota
Pomykała/Dorota Segda, Mirosław Kropielnicki, Henryk Niebudek/Andrzej
Pieczyński, Cezary Żak - którzy pokażą Wam, jak wielkim uczuciem jest miłość i
jak wiele jesteśmy dla niej poświęcić.
Na zakończenie słowa, które o
spektaklu powiedział sam Cezary Żak:
Truciciel to klasyczna czarna komedia omyłek. Zawsze lubiłem ten gatunek w teatrze. To nie tylko czysta rozrywka, ale też dreszczyk emocji i zazwyczaj wciągająca intryga. Eric Chappell to mistrz gatunku. My, aktorzy, kochamy takich autorów, bo dają nam świetną partyturę do grania - w postaci dialogów - i krwiste charaktery. W tym przypadku będą to: literat znoszący napady depresji u żony (oraz jej fanaberie dotyczące odejścia z tego świata), jego sekretarka (będąca jednocześnie jego kochanką, z którą zaplanował morderstwo), znudzona życiem żona, samarytanin (poświęcający się dla innych, ale z problemem we własnej rodzinie) i w końcu Vincent, pracownik Exodusu (wynajęty do otrucia klienta, co jednak okaże się nowym etapem w jego życiu). Dobrej zabawy! (źródło: aict.art.pl)
- 11:08
- 14 Comments
- Wszyscy ludzie ze skazą są niebezpieczni. Przetrwanie czyni ich
takimi.
- Dlaczego?
- Ponieważ nie mają litości. Wiedzą, że inni potrafią przetrwać, tak
jak i oni.
Josephine Hart – Skaza
* * *
Wyjątkowo przenikliwy thriller erotyczny wyreżyserowany przez
Adama Sajnuka po raz ostatni w tym roku został wystawiony na deskach
warszawskiego Teatru Syrena. O jakim spektaklu mowa? Oczywiście o „Skazie”
autorstwa Josephine Hart, opowiadającej o głębokiej, wyjątkowo dramatycznej
historii femme fatale, Annie Barton, oraz
zakochanym w niej mężczyźnie.
Pozornie szczęśliwą
rodzinę Flemingów poznajemy przy wspólnym obiedzie – dwoje rodziców, czyli
Stephen (Jacek Poniedziałek) i Ingrid
(Aleksandra Justa), dorosły syn Martyn (Maciej Radel) oraz dojrzewająca córka
Sally (Delfina Wierzchucka). Nic nie zdaje się zmącić ich spokoju, przecież
fakt, że mogą wieść dostanie życie, rozwijać się, realizować zawodowo i
jednocześnie zapewnić wysoki standard swoim pociechom to coś, o czym marzy
każdy rodzic. Stephen to szanowany lekarz, który rozpoczyna właśnie karierę
polityczną, wiąże się to oczywiście z licznymi spotkaniami, obradami i przede
wszystkim… z wyjazdami. Tak też na jednym z przyjęć poznaje tajemniczą
dziennikarkę, Annę Barton. Zakochuje się w niej bez pamięci. Tylko w niej widzi
swoją oazę, tylko ją pragnie kochać, tylko ona pozwala mu zobaczyć świat pełen
barw, tylko ona pozwala mu żyć na nowo. Niestety jednak Anna Barton pragnie
poślubić jego syna, nieświadoma, jak potężne fatum sprowadzi na los obu
mężczyzn…
Spektakl jest bardzo niekonwencjonalnym widowiskiem
audiowizualnym. Świetnie dobrane kreacje i idealnie wkomponowana muzyka
akompaniują kolejnym scenom, przenikającym na oczach widza przy wykorzystaniu
bardzo prostej gry światła i nieznacznie zabudowanej scenerii. Wydaje mi się, że zakończenie tej historii
możemy odbierać w rozmaity sposób. Fabuła łamie tabu, przekracza wszelkie
granice i prowadzi do destrukcji uczuć. Z perspektywy osoby, która uwielbia
teatr stwierdzam, że to dość trudna sztuka. Zdarzenia dzieją się na różnych
płaszczyznach. Jednocześnie scena tworzy dwie, trzy różne scenerie, w który
toczy się akcja, wszystkie jednak splatają się i wiodą do kulminacji tej
historii.
Skazą Anny Barton jest śmierć jej brata. Piękna,
uwodzicielska, pewna siebie kobieta to postać bardzo silna i charyzmatyczna.
Wie, czego chce od życia, wie, jak to zdobyć i nigdy nie pozwoli, by to
mężczyzna górował nad jej osobowością. Nie potrafi jednak uśpić demonów
przeszłości, nie chce by ktoś odkrył jej mroczną przeszłość, a więc związek z
Martynem uznaje za idealny. Dlaczego? „Bo Martyn nie zadaje pytań”. Losy
Stephena z kolei to idealny obraz wzlotu i upadku człowieka. Bohater łamie
wszelkie zasady moralne, niszczy spokój rodziny, doprowadzając do zagłady
siebie i swoich bliskich.
„Skaza” na deskach Teatru Syrena nie doczekała się owacji na
stojąco. Pomimo świetnej gry aktorskiej i aranżacji nie zdołała ująć za serce
widzów. Powodów mogło być wiele, najtrafniejszym wydaje się jednak nieznajomość
książki Hart i trudności w odbiorze tej sztuki. Całość z kolei zdaje się być
nieco chaotyczna i momentami odrobinę niedopowiedziana. Niemniej, polecam Wam ten spektakl.
- 09:31
- 1 Comments
Nietypowe zjawisko wizualne
cieszące oczy niejednego widza. Co mam na myśli? Niewątpliwie Zemstę Aleksandra Fredry, którą od 3
marca 2013 roku możemy oglądać na deskach Teatru Polskiego w Warszawie.
Po wyjściu ze spektaklu byłam nie
dość ze skonsternowana cała inscenizacją, to i zachwycona rolą Papkina, w
którego wcielił się Jarosław Gajewski. Nie widzę tutaj trafniejszego odtwórcy
tego bohatera, bowiem przy deklamacji czy gestykulacji zaśmiewałam się do łez. Kompletnie
źle dobraną postacią, moim skromnym zdaniem, okazała się Podstolia (Joanna
Trzepiecińska). Cenię oczywiście doświadczenie i wdzięk artystki, jednak na tej
roli stanowczo się zawiodłam. Nieco inaczej wyobrażałam sobie wdówkę, skłonną do
zamążpójścia. Wacław i Klara to nowe twarze polskiej sceny. Ze swojej strony
życzę im jak najlepiej i skupiając się na Pawle Kruczu, który „żył” tym przedstawieniem,
wróżę im wieloletnią karierę. Najznakomitszą twarzą Zemsty jest nie kto inny, niż odtwórca roli Cześnika – Daniel Olbrychski.
Osobiście uważam aktora za osobę, która kształtowała wizerunek polskiej sceny,
a deski teatru są tego najlepszym przykładem. Muzykę do całej inscenizacji
skomponował Piotr Rubik, co zmieszało wielu widzów. Przedstawienie rozpoczyna
się huczną, głośną, nowoczesną muzyką, której daleko do świata Aleksandra
Fredry. Wszystko jednak idealnie wpisało się w scenariusz i przywodziło ciepły
uśmiech na ustach.
Teatr Polski: Galeria |
Pozwolicie, że nie będę streszczała Wam dramatu, bowiem i tak wszyscy zasłyszeli o Zemście na niejednej lekcji języka polskiego. Krzysztof Jasiński świetnie wyreżyserował spektakl, dzięki czemu naprawdę wtapiamy się w świat bohaterów. Wydaje mi się, że za serce ujął wszystkich widzów fakt relacji z publicznością. Kiedy Rejent Milczek (Andrzej Seweryn) klęka rozpoczynając modlitwę (chcąc uniknąć konwersacji z Papkinem), wymaga od publiczności szumów i hałasów, które pomogą w kontynuacji przedstawienia. To naprawdę jednoczy widzów z aktorami poprawia odbiór spektaklu.
![]() |
fot. Teatr Polski |
Jeśli nie byliście jeszcze w teatrze, bardzo polecam Wam ten spektakl. Bilety (ku mojemu zdziwieniu) wcale nie są najwyższych lotów, a spędzicie udany wieczór. Owszem, nawet ja poprawiłabym mnóstwo epizodów całym spektaklu, jednak pomimo tych niedoskonałości – bawiłam się świetnie. Wracając jeszcze do pani Trzepiecińskiej – nie wiem dlaczego, ale widziałabym ją w roli Klary. Szkoda, że wiek aktorki nie pozwala na takie konwenanse jednak idealnie wpasowałaby się w tę kreację. Dzisiaj już pozostało mi jedynie pomarudzić zastanawiając, co mogłoby zostać poprawione.
- 17:33
- 2 Comments
Muszę Wam się do czegoś przyznać - zaczynam się starzeć. Wczoraj bowiem miałam pomysł na felieton, nie zanotowałam go na mojej małej karteczce i umknął w mig, zanim jeszcze zdążyłam zasnąć. Kto wie, może jeszcze kiedyś dostanę objawiania, poczuję się jakby targnęło mną deja vu i nareszcie stworzę coś, co miało będzie ręce i nogi.
Nadchodzi paskudny tydzień.
Zapewne frazę tę powtarzam co tydzień, jednak ten zapowiada się na przedsezonową sesję z bliżej nieokreśloną liczbą zaliczeń. Otrzymane książki nie wiem, kiedy zrecenzuję. Staram się, ale nie mam pojęcia na ile zdołam przeczytać przekazane propozycje. Każdy jednoznacznie referuje mi, że szkoła jest najważniejsza. Co gorsze jednak - zapewne i mnie dopadnie na dniach bezlitosna grypa. Cóż tu począć?
W dniu dzisiejszym ominął mnie warszawski Flash Mob na rzecz języka angielskiego, badań marketingowych, organizacji technik przygotowania produkcji i baz danych. Muszę wreszcie wydrukować wszystkie notatki i zabrać się za naukę...
Chciałoby się rzec: Winter is Coming. Pogoda w Warszawie jest paskudna, wieje chłodny wiatr, i co jakiś czas kapie deszcz. Doczekałam się jednak i przyjaznej rzeczy - bombki zajmują honorowe miejsce w supermarketach, a w centrach handlowych powoli wystawiane są choinki. Pora powoli zaopatrywać się w cukrowe pisaki do pierników! Zastanawiam się nad zakupem na Allegro, jednak przeraża mnie podwyżka cen zaoferowana nam przez Pocztę Polską. Odnoszę nawet wrażenie, że przestaje mi się opłacać wystawianie na aukcjach domowych zbieraczy kurzu, bowiem przy takich cenach nikt tego nie zakupi... Szkoda. Kumuluję krocie podręczników, literatury popularnonaukowej i pięknej, ale nie wszystkie z moich pokaźnych zbiorów są pozycjami, do których jeszcze kiedyś chciała będę powrócić. No i co ja mam z nimi zrobić? Będąc już przy literaturze, chciałabym Wam napomknąć o pastelowym KONKURSIE, który nie cieszy się zbytnio zainteresowaniem. Jeśli mam być szczera, dotychczas trzy osoby wyraziły chęć udziału w akcji, a potrzebne jest minimum dziesięć, ażebym mogła rozlosować nagrodę. Rozumiem, że nikt, poza zgłoszonymi osobami, nie chce tej książki? Jeśli jednak zmienicie zdanie - zapraszam do zakładki Zapowiedzi & Konkursy.
Marzy mi się pierwszy śnieg. Wydawałoby się, że już dawno powinnam wyrosnąć z głośnego wrzasku "Śnieg! Śnieg za oknem!" podczas zajęć, jednak wierzcie mi - potrzebuję tego. Zupełnie tak samo, jak spaceru po Krakowskim Przedmieściu, wizyty w Barze Warszawa na kubku grzanego wina i marudnym jęczeniem, że znów mi zimno w stopy. Mam jednak aspiracje na świąteczna sesję zdjęciową. Muszę stworzyć nieco pingwinków i Mikołajów i... będzie pięknie. Wyczekujcie więc kolekcji zdjęć tuż przed Sylwestrem. Notabene, w Święta i Nowy Rok będę online. Postanowiłam spędzić dwa tygodnie w domu rodzinnym i przygotować się do egzaminów. To rozsądne, tak sądzę. Nie wydam też zbyt dużo pieniędzy, które w takiej konstelacji przeznaczyć mogę na upominki i słodkie drobiazgi.
8 grudnia 2013 roku wybieram się na Zemstę w Teatrze Polskim. Byliście może? Stosunkowo za długo chodził za mną ten spektakl, ażeby ominąć go bez większych problemów. :) Mam nadzieję, że nie będę żałowała wizyty, ani pieniędzy na bilet. Obsada wydaje się być w porządku, a Aleksander Fredro napisał dobry scenariusz. Czas więc pokaże...
To tyle z mniejszych, bądź większych nowości. Wczoraj udostępniłam Wam recenzję książki Rio Anaconda Wojciecha Cejrowskiego, do której jeszcze raz chciałabym Was zachęcić. Fenomenalna, przezabawna propozycja szczególnie, dla europejskich zmarźluchów. ;) We wtorek z kolei pojawi się Tadeusz Biedzki i jego Zabawka Boga. Recenzję napisałam już wczoraj, jednak postanowiłam zrobić "przerwę" w publikacji, ażeby Pastelowy Niecodziennik nie stał pusty przez tydzień. Przed nami też recenzja filmu Czarny Czwartek i książki Ubek. W tym tygodniu niewątpliwie pojawi się też notka o polskiej piłce siatkowej i niezastąpionym trenerze naszej reprezentacji Andrea Anastasim. Piękne czasy. Wedy to żaden mecz nie umknął moim oczom. Oj... było, co oglądać. :) No nic, nie będę rozwodziła się dzisiaj nad tą propozycją, a dopiero pod końcem tygodnia. Przekonacie się z resztą sami!
Udanej niedzieli, Moi Drodzy!
- 13:37
- 0 Comments