- 14:56
- 3 Comments
Chiny do kraj stosunkowo
hermetyczny. Ma własną autonomię, niechętnie dzieli się osiągnięciami, ale z
przymrużeniem oka traktuje podróżników trafiających do swojego państwa. Z perspektywy
realisty, dwutygodniowa wyprawa na wschód bez znajomości języka, obyczajów czy przygotowania
wydaje się być niemożliwa do zrealizowania. Kres tejże teorii postawiła Anna
Karpa, która wraz z córką, i dwiema koleżankami, postanowiła zwiedzić to, jakże
piękne, państwo. Co prawda to nie zasługa Pani Anny, a Katarzyny Karpy, która
zorganizowała całą wyprawę.
Dlaczego o tym napisałam? Ano dlatego,
że publikacja „Chiny? Dlaczego nie…” to książka, w której podróż ta została szczegółowo
opisana. Wyruszamy z Warszawy, wcześniej pakując się i zakupując szybki kurs
języka chińskiego, po czym wsiadamy do samolotu, przedostajemy się do
kompletnie abstrakcyjnej strefy czasowej i… lądujemy w Szanghaju. Jak jednak
odnaleźć się na miejscu, skoro nic nie wygląda tak, jak powinno? Jak porozumieć
się z Chińczykami, których język angielski pozostawia wiele do życzenia? Nieprawdopodobnym
zbiegiem okoliczności nasze panie trafiają do wypożyczalni samochodów, gdzie
bardzo atrakcyjna ekspedientka, perfekcyjnie posługująca się językiem
angielskim, kieruje je w dalszą podróż. Przez całą książkę poznajemy codzienne
zachowania i kulturę Chińczyków, których opis, tak namacalny, spotkałam po raz
pierwszy w literaturze. Widzimy, że wszyscy mieszkańcy starają się za wszelką
cenę pomóc turystom, a bezradność wypisuje na ich twarzach smutek. Jak
jednak pomóc komuś, kto nie dość, że biega z aparatem i fotografuje z podziwem życie
normalnych ludzi (w oczach Chińczyków), to jeszcze mówi językami z wieży Babel?
Na szczęście, cała podróż zakończyła się szczęśliwie. Bohaterki zwiedziły tak
wiele miejsc, które i ja kiedyś chciałabym zobaczyć na własne oczy. Przyznam, że na dzień
dzisiejszy pękam z zazdrości.
Sądzę, że książka ta powinna
zostać wpisana do kanonu książek obowiązkowych dla osób, które planują
odwiedzić Chiny. Bohaterki przeżyły tak liczne perypetie, że ich opis może
uratować niejednego turystę z opresji. Dowiadujemy się jednak, że mimo wszystko
warto pytać mieszkańców o radę czy pomoc, bowiem zawsze znajdzie się ktoś, kto
opanował język angielski na poziomie umożliwiającym może nie tyle, co swobodną
komunikację, a uzyskanie cennych wskazówek i informacji. Cała książka została
bardzo przystępnie napisana, choć muszę przyznać, że czytałam ją najdłużej z
otrzymanych od Wydawnictwa Novae Res publikacji. Zabrakło mi jednak zdjęć. Kiedy
opisywane są targi, serwowane potrawy czy środki komunikacji np. statek pełen miniaturowych „koi” chciałoby się zobaczyć na własne oczy. To rzeczy drobne, ale wzmagające
ciekawość, bowiem krajobrazy i budowle architektoniczne są dostępne dla nas po
wpisaniu odpowiedniego hasła w Google. Pod względem merytorycznym gorąco
polecam Wam tę książkę, ponieważ, jak już wspomniałam, nadam jej zaszczytne
imię „Niezbędnik PRZED podróżą do Chin”.
Za publikację dziękuję
Wydawnictwo Novae Res:

Chiny od góry do dołu to nie jest zwykły reportaż, tuzinkowa
relacja ze zdarzeń i opis krajobrazu… Książka ta jest fenomenalnym poradnikiem,
który zatytułowałabym „Jak przetrwać w Azji”, i nie bez powodu wato poświecić
jej niejeden wieczór.
Marek Pindral, autor a zarazem
nasz główny bohater, postanawia odbyć daleką podróż, bo w końcu do Azji, aby
rozpocząć nauczanie języka angielskiego na uniwersytecie w Chengdu. Sprawa nie
jest prosta, bowiem nie posługuje się on językiem chińskim i nie zna zasad
panujących w szkole. Okazuje się, że wszelkie prawa i reguły obowiązujące zarówno uczniów, jak i nauczycieli ustala rządząca Partia Komunistyczna, a
żadne odstępstwa nie są akceptowane. Szybko więc uznano, że forma podejmowanych
podczas zajęć dyskusji nie należy do przyzwoitych i o mały włos Pindral nie
powrócił do swojej ojczyzny. Chiny, jak się okazuje, to bardzo hermetyczne
społeczeństwo. Rząd z góry ustala plany na życie mieszkańcom, rodzice zwykli wybierać swoim dzieciom szkoły (bo przecież to oni muszą za nie płacić), mało kto ma w domu
ogrzewanie, a i trzęsienia ziemi, niosące śmierć tysiącom jednostek, nikogo nie interesują. Nikt też nie ma prawa widzieć wad w chińskim systemie, nie może łudzić się, że
cokolwiek ulegnie zmianie, bo przecież… jest dobrze. Żyją w pokorze, żyją w
ciszy, żyją… bez własnego zdania. Jedyną szansą na lepszą przyszłość jest
wstąpienie do Partii Komunistycznej, jednak nie każdemu dane czynić te honory...
Pindral zapoznaje nas z tą miej
przyjemną odsłoną Państwa Środka. Największa potęga gospodarcza musi trzymać
się w ryzach, ażeby z dnia na dzień nie zacząć kuleć na arenie międzynarodowej.
Nieraz podczas lektury czujemy zimno na myśl, że mieszkańcy muszą spać w szalikach i
czapkach, nieraz zaśmiewamy się, gdy to „starsze pokolenie” wędruje na lokalny
jarmark ze zdjęciami swoich synów, córek, wnuków czy kuzynostwa, ażeby dobrze
wydać ich za mąż/za żonę. Nieraz też współczujemy mieszkańcom Chin, kiedy
trzęsienia ziemi odbierają im rodziny, dorobek całego życia, a rząd
bezceremonialnie wręcza plik fałszywych banknotów, kiedy ową życzliwość i chęć
pomocy rozgłaszają media. To tak naprawdę smutne bardzo smutne historie, które dzieją się naprawdę... Ludzie tam, jeśli nie należą
do wspomnianych już „wyższych sfer”, mają niehumanitarne warunki życia, które nie tylko
uwłaczają ich godności, ale i nie pozwalają na normalne funkcjonowanie. Rozdział
„Chińska kuchnia od kuchni” opowiada nam, że skrajna bieda zmusiła mieszańców, m.in.
do jedzenia szczurów, mrówek, wielbłądzich garbów czy sów, kiedy my nawet nie
potrafimy wyobrazić sobie udźca z podwórkowego Burka (spokojnie, zjadane w
Chinach psy są hodowlane – podobnie, jak u nas świnie), ponieważ jest to
sprzeczne z naszą mentalnością. Dla nas pies, to pies, a nie świąteczna kolacja.
Światopogląd jednak z upływem lat i warunków bytowania zawsze ulega zmianie. Tego
możemy być pewni. Z lektury dowiecie się
też, np. że coraz popularniejszym
zjawiskiem jest urządzanie striptizu podczas pogrzebu, ażeby ceremonia
pochówku zebrała większą ilość gości (ilość osób jest implikacją popularności i
sympatii do zmarłego), albo dlaczego niegrzeczne jest zjadanie całej porcji
posiłku.
Autor został wrzucony na głęboką
wodę. Trafił w objęcia zupełnie innej kultury, standardów i obyczajów, w których
przyswojeniu na każdym kroku pomagali mu podopieczni. Muszę przyznać, że pod
tym względem Chiny są bardzo intrygujące – mieszkańcy są wyjątkowo życzliwymi,
ciepłymi i grzecznymi osobami. Dobre maniery i wychowanie nie leżą w gestii savoir-vivre’u,
a zakorzenione zostały w mentalności wszystkich jednostek. Bardzo głęboko
zakorzenione.
Uważam, że książkę warto
przeczytać i nie polecam jej wyłącznie osobom, które interesują się kulturą
wschodu. Ja do nich nie należę, a otrzymałam świetny reportaż, do którego
wielokrotnie jeszcze powrócę. Lektura jest przyjemna, kartki przekładamy
szybciej i szybciej, uśmiechając się do wielu przeczytanych już fraz (nie
wiem, czy istnieje osoba, której nie zabłyszczą się oczy np. na widok pandy! Nie
zdradzę Wam, cóż owe zwierzątko robi w tej publikacji, bowiem dowiedzieć tego musicie
się sami ;)), a zamieszczone fotografie bardzo pomagają nam w zobrazowaniu poszczególnych
fragmentów. Dodam tylko, że książka została wydana w ramach Biblioteki Poznaj
Świat, czyli pod czułym okiem Wojciecha Cejrowskiego.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu
Bernardinum:
- 16:30
- 9 Comments