­
­

Plac Konstytucji - więcej niż spacer po Warszawie


Kiedy spodziewasz się dokumentu, książki opartej na faktach, a otrzymujesz zastrzyk literatury współczesnej, masz prawo czuć zawód. Natomiast jeśli tytuł pomimo tego rozszerza Twoją wiedzę i otwiera oczy, musisz bić brawo jego twórcy. Jak było w tym przypadku?

Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa, najszerzej znana pod skrótem MDM, wzniesiona została w latach 1950-1952. Była jedną z najznakomitszych budowli powojennej Warszawy, która miała podnieść ducha w narodzie polskim, świeżo wskrzeszonym z ruin zniszczonego kraju. MDM dawała nadzieję na nowe, lepsze życie. Niestety jednak pod pewną kurtyną, dymną zasłoną socjalizmu, który brutalnie wdzierał się do życia mieszkańców.

Najnowsza książka Dominiki Buczak opowiada o losach jednej rodziny, która niczym flaga na wietrze musimy dopasowywać się do zmieniającego świata. Jej główna bohaterka, Mania, to młodziutka studentka Politechniki Warszawskiej, która pełna wigoru, sił i dumy bierze udział w odbudowie powojennej Warszawy. Wkrótce też wychodzi za mąż, a jej życie zaczyna się zmieniać… Marzenia zostają zamiecione pod dywan, pragnienia stłamszone na samym dnie, a codzienność skupia się wokół tego co trzeba i co wypada. Poznajecie?

Czytając książkę Dominiki Buczak widziałam siebie. Młodą dziewczynę z maleńkiej miejscowości, która złapała Boga za nogi, zamieszkała w stolicy, wiedzie życie bizneswoman i  każdym rokiem coraz mocniej ogląda się za siebie. Szuka dobrej drogi, przez pryzmat tego, co należy zrobić. Dając ponieść się słowom, naciskom i perswazji społeczeństwa. 

Gorąco polecam Wam Plac Konstytucji. Książkę niezwykle głęboką i współczesną, choć jej fabuła rozgrywa się ponad 50 lat temu. Uważam, że tytuł ten jest na swój sposób niezwykły i należy dać mu szansę, bowiem każdy z Was dowie się czegoś o sobie samym. Gratką ślą fanów jest też wieść o tym, że Plac Konstytucji rozpoczyna pewną sagę, o której opowiem Wam już wkrótce. 

Jo Nesbø - i jego najsławniejszy "Łowca głów"

O Jo Nesbø słyszałam wiele. Nigdy jednak nie miałam styczności z tym niekonwencjonalnym autorem i przyznam, że serdecznie żałuję. Co więcej, zawsze omijałam szerokim łukiem kryminały, a to jeszcze większy grzech na moim koncie. Na szczęście jednak, dzięki współpracy w Grupą Wydawniczą Publicat S.A., miałam okazję sięgnąć po książkę Łowcy Głów, która w 2008 roku otrzymała Norweską Nagrodę Czytelników.

Zacznijmy jednak od autora i jego pióra. Sądzę, że wielu z nas ciężko przekonać do książek, które gdzieś ktoś zarekomendował, ale pewne kwestie pozostawił domysłom. Boimy się trudnego, specjalistycznego słownictwa, poucinanych zwrotów, zawiłej fabuły, zaginionych wątków, czy godnych pożałowania kolokacji. Wielu autorów tworzy książkę pod siebie, a potrzeby potencjalnego czytelnika zostają zepchnięte na drugi plan. Jo Nesbø zadbał jednak o swoich miłośników, a sądzę, że jako dziennikarz z kilkuletnim doświadczeniem nie miał trudności z doborem słownictwa. Łowcy głów to bardzo lekka, przyjemna lektura. Każda strona zachęca do przeczytania kolejnej i trwa to aż do zamknięcia książki. Fabuła została wprawnie dopracowania. Mamy tu uknutą intrygę, nieprawdopodobne zwroty akcji i zawiłości, które co i rusz nasuwają nam inne zakończenie tej historii. Jeśli więc przyszłoby mi ukrócić moją opinię do minimum to powiem, że gorąco zachęcam Was do lektury, ale przejdźmy jednak do zarysowania fabuły.

Prolog mówi o kolizji na drodze. Opisuje zderzenie samochodu osobowego z tirem, ale niczego nie wyjaśnia. Jest to dla czytelnika niemałym zaskoczeniem, bowiem urwany wątek pozostaje w naszej głowie, ale nijak nie odnosi się fabuły. Na pierwszych stronicach poznajemy jednak głównego bohatera, Rogera Browna, wiodącego spokojne życie head huntera. Czy historia ta może być dla nas w jakiś sposób zaskakująca? O dziwo tak. Już na początku lektury dowiadujemy się, kim jest „łowca głów”. Otóż Brown pracuje w firmie rekrutującej pracowników na konkretne stanowiska. Na pozór to także zdaje się być normalne, bowiem coraz więcej korporacji preferuje HRowca na zlecenie, zamiast etatowego pracownika. Niemniej, nasz główny bohater posiada świetną renomę, swoistą markę reprezentowaną własnym nazwiskiem, ponieważ każdy z poleconych przez niego pracowników świetnie sprawdził się na swoim stanowisku. W pewnym momencie jednak historia się komplikuje. Nie dość, że dowiadujemy się, iż wspaniały Roger Brown jest złodziejem, jego przyjaciel zostaje uśmiercony  mieszanką środków nasennych, to dochodzi do tego, że kochanek żony zostaje przez nią polecony na stanowisko dyrektora Pathfindera.  Gdzie jednak ukryta jest intryga? I dlaczego nasz główny bohater balansuje na granicy życia i śmierci? O tym przekonacie się, gdy sięgniecie po książkę Łowcy głów.

Jeśli mam być szczera, to bardzo długo zabieram się za lekturę. Książka ta stała na półce,  spoglądała na mnie, co i rusz zachęcając do przekartkowania kilku stronic. W końcu się skusiłam i już pierwszy rozdział zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam przeczytać tę publikację jednym tchem. Od dłuższego czasu interesuje mnie szeroko rozumiany Human Resources, a więc byłam w siódmym niebie, gdy poznawałam interview od strony rekrutera. Co więcej, notatki na marginesach, sztuczki, manipulacyjne tricki, a zarazem umiejętność pozyskiwania najcenniejszych informacji, połączona z mimiką twarzy, elokwencją oraz emisją głosu to klucz do sukcesu, a zarazem bardzo złożony proces, wyćwiczony latami. Nesbø nie przedstawia nam w pełni oderwanej od rzeczywistości, stłamszonej nowoczesnością historii zmyślonych bohaterów. Mamy tu ludzkie tragedie, szarą codzienność, zdradliwą miłość, a także głęboką potrzebę nie tylko wzajemnych uczuć, ale i posiadania dziecka.

Uważam, że książka jest godna uwagi, a więc koniecznie musicie po nią sięgnąć. Gorąco zachęcam Was do lektury, a zarazem dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat S.A. za egzemplarz recenzencki.



"Pewnego dnia obudzimy się, nie przeczuwając, że będzie to ostatni dzień w naszym życiu" - Max Bentow "Ptaszydło"


Wyobraźmy sobie prostą sytuację. Jest wieczór, jesteśmy sami w mieszkaniu. Z pomieszczenia oddzielonego od nas ścianą dobiega nieznany szmer, huk, stukot przyprawiający nas o dreszcze. Pozwalamy wodzom naszej wyobraźni zwieść nas na manowce. Włos jeży się na głowie, a bezsilność i strach nie pozwalają nam przekroczyć progu pomieszczenia, w którym właśnie się znajdujemy. Kiedy jednak zbierzemy się na odwagę, postanawiamy wejść do pokoju, z którego dobiegają tajemnicze dźwięki i zauważamy niesfornego, maleńkiego ptaka, który za wszelką cenę próbuje wydostać się z pomieszczenia. Oddychamy z ulgą. Przerażone zwierzę walczy o życie, stara się uciec z betonowej klatki, więc litościwie pomagamy mu, wybaczając nawet fakt, że zranił nas ostrym pazurem podczas chaotycznego lotu. Kiedy ptak ucieka, siadamy wygodnie w fotelu, nabieramy powierza do płuc i gdy emocje już opadną zastanawiamy się, jak zwierzę to dostało się do środka. Przecież okna były zatrzaśnięte. Przecież nikt inny nie miał dostępu do mieszkania. Przecież drzwi na pewno zamykaliśmy jeszcze chwilę temu… W jaki więc sposób ptak wleciał do pokoju...?


"Seryjni mordercy dają nam znaki, porozumiewają się z nami za pomocą swoich czynów.
 Chcą się zwierzyć..."

Zaczęłam w dość niekonwencjonalny sposób, jednak wszystko za sprawą książki Ptaszydło Maxa Bentowa. Doskonale wiecie, że od pewnego czasu zaczytuję się w kryminałach. Śledzę karty powieści, wertuję każdą ze stron i próbuję, wraz z detektywem, odgadnąć, kto stoi za sprawą makabrycznej zbrodni. Czasem ofiara jest jedna i to tajemnica jej śmierci absorbuje nas w stu procentach. Czasem jednak na naszych oczach giną kolejne postaci, sprawa nabiera tempa, lekturę pochłaniamy z zapartym tchem ciekawi tego, co spotka nas na kolejnej stronie. Tak właśnie było z książką Ptaszydło. Powieścią, będącą pierwszym tomem cyklu o komisarzu Nilsie Trojanie.

Książkę liczącą blisko 300 stron pochłonęłam w przeciągu dwóch wieczorów. Nigdy wcześniej nie słyszałam o twórczości Maxa Bentowa, a warto zaznaczyć, że Ptaszydło to debiut literacki autora. Mamy tu do czynienia z wyjątkowo dobrą, diablo fascynującą powieścią kryminalną, która wciąga  i intryguje. Warsztat pisarza jest bardzo dopracowany. Bentow świetnie lawiruje w naszej podświadomości. Nasuwa pozorne wnioski, zdaje się obnażać przed nami zabójcę, po czym pozostawia nas oniemiałych  na zakończenie historii. Co więcej, świetnie buduje napięcie. Emocjonalnie i brutalnie przedstawia zbrodnię, przez co nasza wyobraźnia pracuje bez przerwy, a dzięki temu wchodzimy w tę historię jako naoczni świadkowie zdarzeń. O  czym jednak mówi fabuła?

Gdy rozpoczynamy lekturę tradycyjnie poznajemy komisarza – typowego mężczyznę, rozwiedzionego z żoną pracoholika, potrzebującego czyjegoś ciepła i zrozumienia. Autor postanowił wpleść do fabuły niewielką historię rodzinną, jak i wątek miłosny. Ten ostatni oczywiście odgrywa kluczową rolę w powieści, jednak nie jest przesadnie oklepanym motywem. Nils Trojan prowadzi śledztwo w sprawie brutalnych morderstw w centrum miasta. Okaleczone kobiety o blond włosach atakowane są przez tajemniczego potwora o dziobie i ostrych pazurach. Jak odnaleźć sprawcę, kiedy życie kolejnych osób jest zagrożone? Czy istnieje pewien schemat, klucz do rozwiązania tej zagadki? Przekonacie się sami.

Chciałabym jeszcze zwrócić Waszą uwagę na umiejętne zarysowanie głównego przesłania – motywu książki. Zbrodnie popełnia osoba skrzywdzona przez los, cierpiąca, na co dzień pomijana i niezauważana. Usilnie gra na emocjach i w kulminacyjnej scenie pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Jest to bardzo istotny element publikacji, bowiem w życiu codziennym spotykamy wiele takich osób. Są one wśród nas, zawsze były i zawsze będą. Pytanie, ilu z nich jest w stanie posunąć się na tle daleko, by w końcu zwrócić na siebie uwagę? Aby zrozumieć, co dokładnie mam na myśli koniecznie sięgnijcie po tę książkę. Nie chciałabym tutaj zarysować Wam portretu psychologicznego głównego bohatera, bowiem stracicie całą przyjemność z lektury, świadomie pozbawiając się analizy kolejnych zwrotów akcji.



Książkę oczywiście gorąco polecam. Jest to świetna lektura na wakacyjne popołudnie, a nawet zimowe wieczory. Jak już wspomniałam, Ptaszydło to nie tylko debiut autora, ale i pierwsza część przygód komisarza Nilsa Trojana. W księgarniach dostępna jest już kolejna książka z serii, pt. Lalkarka. Mam szczerą nadzieję, książka będzie równie porywająca, a warsztat autora jeszcze bardziej dopracowany.

Za książkę Maxa Bentowa – Ptaszydło serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat S.A. 


"Wierność w stereo" - Nick Hornby

Na mojej liście pięciu najbardziej godnych zapamiętania rozstań wszech czasów (z dziewczynami, które chętnie zabrałbym na bezludną wyspę) znajdują się z porządku chronologicznym:
1.      Alison Ashworth
2.      Penny Hardwick
3.      Jackie Allen
4.      Charcie Nicholson
5.      Sarah Kendrew
Rozstania  z nimi naprawdę bolały. Lauro, czy widzisz wśród nich swoje imię? Moim zdaniem mogłabyś wślizgnąć się do pierwszej dziesiątki, ale nie ma dla Ciebie miejsca w górnej piątce. Górna piątka jest zarezerwowana dla rozstań prawdziwie bolesnych i poniżających na jakie ciebie nie stać.

Zakończenie związku, a więc i odejście kobiety na pewno wiąże się z wieloma emocjami. Czasem są to skrajne przeżycia, histerie, depresje, przeraźliwa rozpacz i kontrowersyjne wspomnienia. Innym razem postanawiamy obopólnie zakończyć wspólną drogę. Rozchodzimy się i każdy wędruje własną ścieżką. Zastanówmy się jednak, czy książka rozpoczynająca się od powyższych słów może być subtelnym, pobłażliwym zakończeniem pożycia? Czy związek zwykły, mało spontaniczny, pozbawiony pożądania i namiętności to coś, za czym się tęskni? To coś, czego będzie nam brakowało? Autor książki Wierność w stereo stara się przestawić nam wyjątkowo realną historię, która na pewno przytrafiła się niejednej osobie na tym świecie.

Początek lektury to opis pięciu różnych kobiet. To upływ wielu lat. To przezabawna opowiastka o dorastaniu – w otoczeniu przedstawicielek płci pięknej – poznawanie swoich ciał, osobowości, zmian światopoglądu. To jak zaznaczyłam już na początku, rozstania, te najbardziej bolesne. Zakładanie własnych rodzin i garść suchych wspomnień… wspomnień, których nieodzownym elementem jest muzyka.

Czy warto planować swoje życie z kimś, czyja kolekcja płyt jest nieporównywalna z naszą? Takie pytanie zadaje nam sam Nick Hornby, a odpowiedź pozwala nam uzyskać w drugiej części publikacji, części poświęconej Laurze. Tak, tej, do której skierowane były pierwsze słowa. Kolejne rozdziały zajmują więcej niż połowę książki, a opowiadają nam krótką historię ich związku – przebijamy się przez stosunki rodzinne, dzień rozstania, przeprowadzkę, nowy związek, śmierć ojca dziewczyny i pewien punkt, będący meritum całej historii. Bez przerwy towarzyszą nam znane na całym świecie utwory, popularne single i albumy, ale co w tym dziwnego? Rob, główny bohater książki, ma własny sklep z rozmaitymi płytami i wydaniami muzycznymi. Czy warto więc przyjaźnić się z kimś, kto słucha tandetnej muzyki?


Wierność w stereo to przezabawna książka. Język publikacji jest lekki, bardzo plastyczny i ciśnie się na usta proste stwierdzenie – swojski. Hornby nie szczędzi nam wulgaryzmów oraz krótkich, acz głębokich zwrotów. Zdecydowana większość książki to swego rodzaju monolog, który w trakcie czytania daje wrażenie, że siedzimy w pubie z najlepszym kumplem, który właśnie postanowił odpowiedzieć nam historię swojego życia. Brakuje tu stoicyzmu i powagi, bowiem nawet z pogrzebu wychodzimy trzaskając drzwiami, wraz z Robertem rzecz jasna. Taki jednak urok tej publikacji. Jeżeli oczekujecie patetycznej scenerii i liczycie, że ta książka jest pewnego rodzaju poradnikiem – omijajcie ją z daleka. Jeśli jednak potrzebujecie swobodnej, stosunkowo pociesznej lektury na strapione serce, gorąco polecam Wierność w stereo


Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu ZYSK i S-ka:


Lubieżna częstotliwość — Krzysztof Mielewczyk

„Lubieżna częstotliwość” to wyjątkowo specyficzna książka. Na samym początku warto zwrócić na uwagę na składnię i sposób zapisu poszczególnych formuł, choć właściwie całej treści. A później przestrzec, że osoby wrażliwe na wulgarność i ostentacyjność autora nie powinny czytać tej propozycji. Dlaczego piszę o tym już na samym początku mojej recenzji? Ano dlatego, że przy książce Krzysztofa Mielewczyka można się świetnie bawić pod warunkiem, że zachowamy niemały dystans i pełnię entuzjazmu podczas lektury.

„Lubieżna częstotliwość” to 21 opowieści z przaśnych czasów komuny i przaśnej teraźniejszości. Figle harcerzy na obozie, pochlanki młodzieży wiejskiej w akademiku, hotelowe wywczasy w Egipcie i podróż pociągiem stanu wojennego. Wszystko to obserwuje lubieżne oko, wyłapując najbrudniejsze szczególiki. Oto codzienny realizm badziewiackich ziomków, których swawole cielesne i konsumpcyjne nierzadko kończą się pawiem. Każda opowieść to perełka ciężka do strawienia, a zatem: niesmacznego! – to opis z okładki książki i przyznaję, nie potrafiłabym ubrać go lepiej w słowa. Zawarte w publikacji opowiastki to pełne absurdów, i rzecz jasna trunków alkoholowych, historyjki z czasów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

„Słońce promienie na Bałtyku jaśniały, morze martwe niczym trup Posejdona o poranku było. W plażowym piasku lipcowym i obok na wydmach między miast molami kochankowie w różnym wieku i menele z rozliczni smacznie jeszcze spali. Mewom srać w locie za bardzo nawet się nie chciało, choć dzień wstawał rześki i rybak na kacu w morze wychodził.”

To fragment jednej z opowiastek pt. Piąta gwiazdka rowerzysty. Jak widzicie, wspomniana już przeze mnie forma zapisu jest bardzo charakterystyczna dla autora. Niemniej, momentami przywodziło mi to namyśl fragmenty „Gwiezdnych wojen” i krótkie wywody Mistrza Yoda. Wiele opowiadań bawi nas też naigrywaniem się z życia wojskowego, mamy na przykład herbatkę zaparzoną nie na wodzie kranowej, a moczu podwładnego. Takich historii jest całe mnóstwo. Lektura zajmuje zaledwie kilkadziesiąt minut, a jeśli odpowiada Wam poczucie humor autora – gorąco polecam Wam tę książkę.


Czy „Lubieżna częstotliwość” przypadła mi do gustu? Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że wyrosłam już ze śmiania się z tego typu tematów. Uśmiechnęłam się nie raz podczas lektury, nie ukrywam, ale do „zabawy z książką” potrzebowałabym czegoś więcej. Nie jestem jednak zawiedziona. Sądząc po opisie, dokładnie takiej propozycji należało się spodziewać, aczkolwiek okładka kompletnie wybiła mnie z pantałyku. Według mnie zupełnie nie pasuje do treści książki. Wam jednak gorąco polecam tę propozycję. To bardzo przystępnie napisana publikacja, nieco chaotyczna, ale ciesząca oko. 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Novae Res:

"Lalkarka" czyli drugi tom cyklu "Nikt Trojan" Maxa Bentowa - zapraszam! :)

Chodź do Karliego. No, chodź, nie bądź taka. Karli na Ciebie czeka.

Tym razem tytułowym bohaterem książki Baxa Bentowa nie jest morderca, a ofiara. Josephin Maurer, lalkarka. Kobieta przed rokiem przeżyła pewną traumę, a mianowicie cudem ocalała z próby morderstwa, którą opisuje nam prolog, jednak jej oprawca znowu daje o sobie znać. Nikt nie wie czy sprawcą makabrycznych zbrodni, które właśnie opanowały miasto jest Karl Junker, który wg dokumentacji policji zginął w wypadku samochodowych, czy też jego wyjątkowo brutalny naśladowca. Komisarz Nils Trojan za wszelką cenę stara się rozwiązać berlińską zagadkę. Podnosi alarm, otacza opieką Josie, analizuje śledztwo, ale tym samym ponownie zaniedbuje rodzinę…
 
Mówi się, że policjanta z długoletnim stażem w Wydziale Zabójstw nic nie zdoła zaskoczyć. Pozory jednak są bardzo mylące, komisarz czy nie – to także człowiek, osoba pełna emocji, wątpliwości i uczuć. Kiedy w ciemnej piwnicy odnalezione zostają zwłoki młodej kobiety uwiezionej w poliuretanowym sarkofagu, Trojana ogarnia niepewność. Powracają wspomnienia, a silnego mężczyznę opanowuje przerażenie. Prowadzi on jednak śledztwo, robi dobrą minę do złej gry kontynuując terapię  u Janay Michels, psycholog znanej nam już z debiutanckiej książki Bentowa.

(…) Nagle wstała bez słowa, wyszła z kuchni i wróciła z pudełkiem po butach. Podała je Trojanowi. Na wieczku był namalowany czarny krzyż. Otworzył pudełko.
Mała szydełkowa lalka, która się w nim znajdowała, miała ludzką postać, i tak jak Josephin Maurer nosiła wełnianą czapkę nasuniętą głęboko na czoło. Twarzy zabawki nie było widać – ktoś posmarował ją pianką montażową.

Lalkarka to drugi tom cyklu Nils Trojan od Grupy Wydawniczej Publicat S.A. Książka intrygująca, brutalna, diablo przebiegła. Lektura niesamowicie wciąga, bowiem zabrałam się do czytania naprawdę zmęczona, po wyjątkowo ciężkim dniu, i przekartkowałam, uwaga, 200 stro. Co i rusz ciekawił mnie kolejny rozdział. Łaknęłam rozwiązania zagadki, poszukiwałam śladów zbrodni, dedukowałam, czy na pewno nic nie zostało przeoczone przez policjantów, snułam własne wnioski, poszukiwałam Milana, wspierałam Josie... śledziłam tę historię z zapartym tchem.

 Pióro Bentowa w tej publikacji jest dużo bardziej dopracowane. Język Lalkarki jest plastyczny, akcja wartka – mamy jej szybkie zawiązanie, a później galopujemy przez cała historię otaczani nowymi scenariuszami, kolejnymi ofiarami i myślami psychopatycznego mordercy. Zaskoczył mnie jednak pomysł na fabułę. Otóż Karli, bądź jego naśladowca (spokojnie, nie zdradzę Wam rozwiązania zagadki), zabija swoje ofiary pianką do montażu okien, która w niesamowitym tempie twardnieje, jednoczesne doprowadzając je do uduszenia. Co maluje się w oczach ofiar? Strach! Strach, którym naprawa się nasz zbrodniarz…

Skoro jednak na początku zaznaczyłam, że to kontynuacja serii, czy warto sięgnąć po tę publikację nie zachowując chronologii? Otóż można, ale według mnie rozsądniej byłoby najpierw przekartkować Ptaszydło. W pierwszym tomie poznajemy Niasa Trojana, jego problemy, rodzinę i relacje w domu. Budujemy w głowie pewien wizerunek komisarza i na pewno prościej nam zrozumieć jego kontakty z córką czy panią psycholog. Poza tym – w Lalkarce co i rusz powraca nam postać Ptaszydła, bo… co jeśli Ptaszydło żyje? Druga część została jednak napisana z uwzględnieniem nowych fanów i czytelników Bentowa. Większość retrospekcji jest wyjaśniona tak, by rozwiać wszelkie wątpliwości, ale wierzcie mi – pełne zrozumienie  pozwala delektować się lekturą. Takie przynajmniej jest moje zdanie. Niemniej, gorąco zachęcam Was do lektury, bowiem naprawdę warto! Książka świetnie sprawdzi się podczas jesiennych wieczorów przy kubku gorącej herbaty. Jeśli lubicie dreszczyk emocji, szybko budowane napięcie i wielowątkowe historie - Lalkarka jest idealną propozycją. Miłej lektury! 

Za egzemplarz dziękuje Grupie Wydawniczej Publicat S.A. 


"Z kłamstwa robi się istotę porządku świata..." zapraszam na "Proces" Franza Kafki!

„Proces” to jedno z najgłośniejszych dzieł w historii literatury. Książka wydana po śmierci autora, pomimo woli zniszczenia rękopisu, przez Maxa Broda w roku 1925. Stworzona była pod wpływem rozstania z ukochaną, a opowiada o tym, że współczesny świat zna niezliczoną ilość absurdu. Każdy może zostać osądzony, choć niczemu nie jest winien. Musi polegać na woli sądu, bowiem nikt nie poda mu dłoni, ani nikt nie udzieli wyjaśnień. Historia ta jest obecna nawet dzisiaj. Nie musimy wędrować na początek XX wieku, by zrozumieć fabułę książki, pozwólcie jednak, że pokrótce Wam ją opowiem.

... sprawiedliwość musi spoczywać, inaczej chwieje się waga i sprawiedliwy wyrok staje się niemożliwy.

Mam świadomość tego, że „Proces” znają wszyscy. Nie wiem jak teraz, ale za „moich czasów” była to książka z kanonu lektur obowiązujących na egzaminie dojrzałości. Niemniej, warto na nią zwrócić uwagę. Józef K., główny bohater książki, pewnego dnia budzi się rano, zastawszy w swoim mieszkaniu urzędników, którzy z bez chwili wahania informują go o aresztowaniu, mimo iż nic złego nie popełnił. Sęk w tym, że z kompletnej dezaprobaty Józef K. domaga się wyjaśnień, racjonalnego podejścia od nieznajomych mężczyzn, ale bardzo szybko zostaje stłamszony informacją, że oni wykonują tylko powierzone obowiązki. Sedno sprawy, fakt czy ktoś właściwie popełnił zarzucane mu czyny kompletnie ich nie interesuje, bowiem przydzieleni są do zupełnie innych zadań. Warto jednak zwrócić uwagę, że Józef K. może wieść nadal normalne życie, niezmiennie chadza do pracy, mieszka w swoim domostwie jedynie ma świadomość, że jest aresztantem i musi stawiać się przed sądem na każdej rozprawie. Józef K. poszukuje pomocy wśród znajomych, nawet żony woźnego sądowego, jednak kiedy to trafia na osadzonego kapelana – historia zostaje nam ukazana z nieco innej perspektywy.

 Historia Józefa K., który został aresztowany pomimo tego, że nie popełnił żadnego przestępstwa, dotyczy nas samych. Osądzono go, choć nie poczuwał się do winy, ale i nie mógł się też bronić, bowiem nie znał zarzucanych mu czynów. Wszystko to opierało się na granicy absurdu i niedorzeczności, która tak wszechobecna jest dzisiaj. Znawcy literatury uznają, że Kafka nawiązuje do  inkwizycyjnego modelu procesu, który powtórnie poznaliśmy w okresie II WŚ oraz PRL.  Uważam, że to świetny dowód na to, że historia kołem się toczy...

Zawsze pragnąłem dwudziestoma rękami naraz chwytać świat, i to nawet dla niesłusznego celu. To było mylne; czy mam teraz pokazać, że nawet jednoroczny proces nie zdołał mnie niczego nauczyć? Czy mam odejść jak człowiek niepojętny? Czy mam pozwolić, by mówiono o mnie, że na początku procesu chciałem go ukończyć, a teraz, na jego końcu znowu go zacząć? Nie chcę, by tak mówiono. Jestem wdzięczny za to, że dano mi na tę drogę tych półniemych, nierozumiejących panów i że mnie samemu pozostawiono, abym powiedział sobie o tym, co nieuchronne…


Skoro jednak wszyscy wiemy, czym właściwie jest „Proces”, warto zwrócić na najważniejszy element. Wydawnictwo MG od pewnego czasu wydaje klasyczne dzieła literatury światowej w odmienionej oprawie. Książka, którą otrzymałam, zawiera mnóstwo ilustracji Bruna Schulza, tłumacza publikacji, któremu to zawdzięczamy jej genialny przekład. Błękitna, twarda oprawa i ołówkowe grafiki we wnętrzu książki potrafią ująć za serce. Sądzę więc, że jeśli ktoś z Was kompletuje niecodziennie wydania książek na swojej półce – „Proces” Kafki jest idealny!  Nie będę oceniała tej historii, bowiem jak ocenić książkę, którą uznano za jedną  z najważniejszych lektur współczesnego świata? Trzeba przyznać, pióro Franza Kafki potrafi nas przyciągnąć, zwrócić uwagę na drobiazgi i szczegóły. Na chwilę obecną warto jednak skupić się na wydaniu. Może publikacja nie należy do najtańszych, ale bez wątpienia jest warta swojej ceny.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu MG





Co dzisiaj ugotujemy? Zapraszam na "Miłość jest jak toskański deser"


Barwna, subtelna, iście wakacyjna nowość od Wydawnictwa Amber to książka pt. Miłość jest jak toskański deser. Co jednak łączy pasję i pożądanie z miłością do gotowania? Jak wybrnąć z opresji, gdy nasze danie główne ląduje z impetem na marynarce aroganckiego, acz wyjątkowo przystojnego mężczyzny? Jak udowodnić, że kobieta także może zostać świetnym kucharzem, albo czy da się stworzyć  z ruiny (dosłownie) dobrze prosperująca restaurację? O spełnianiu marzeń, zmienianiu swojego życia i trwałym odcięciu od przeszłości opowiedzą Wam Elisabetta Flumeri i Gabriella Giacometti.

Historia Margherity rozpoczyna się dość tuzinkowo. Najpierw poznajemy jej egoistycznego męża i futrzasto-pierzaste plemię, żyjących wspólnie w niewielkim mieszkanku w Rzymie. Sama bohaterka zdaje się być ofiarą losu, która nie tylko nie potrafi samodzielnie znaleźć dobrze płatnej pracy, ale i nie potrafi ugryźć się w język w najbardziej wymagających tego sytuacjach. Przyznaję, że w pewnym momencie zrobiło mi się jej żal. Kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, w jak trudnej sytuacji finansowej się znajduje i ma świadomość tego, że bez dodatkowej gotówki ani rusz – przemilczy wszelkie niedogodności i przyjmie każdą ofertę. Margherita, idąc na rozmowę kwalifikacyjną, która miała okazać się czystą formalnością, nie zdołała się powstrzymać przed subiektywnym zdaniem na temat produktów, a tym samym – kłótnią z rekruterem. Opowiadając historię swojemu mężowi nie mogła liczyć na zrozumienie, a kolejne zdarzenia były już tylko zwieńczeniem ich codziennych relacji. Bywa w życiu tak, że często jesteśmy znużeni codziennością, szukamy nowych doznań, brakuje nam inspiracji, a dotychczasowa miłość po prostu wygasa. Nikt nie pielęgnuje uczucia, nie ratuje sytuacji, pozwala mu zejść na drugi plan, by pod błahym przykryciem bagatelizować potrzeby i uczucia drugiej osoby. Pytanie, ile jest w stanie znieść człowiek dla kogoś, kogo pozornie kocha? Jak wielka musi zostać wyrządzona mu krzywda, by odejść bez chwili zawahania?


"...zamknęłam pewien rozdział i chcę zacząć od nowa. Nie wiem jak, ale zacznę właśnie tutaj."


Miłość jest jak toskański deser to bardzo lekka propozycja. Fabuła co prawda nie może nas niczym zaskoczyć, bowiem tak jak pisała Anna Mucha „Ta książka jest jak czekoladowe ciastko. Niby doskonale wiesz, jak smakuje, a jednak nieustająco cię zachwyca”. To typowa historia o miłości poznawanej od kuchni. O pięknie Toskanii, o kwintesencji ziół i przypraw zebranych w cudowne dania główne i desery. To historia o tym, że warto zmienić dotychczasowe życie, jeśli nie daje nam ono szczęścia. O tym, że należy walczyć o swoje marzenia i o tym, jak ważna w życiu każdego z nas jest  rodzina. Całość oczywiście ubrana jest w przezabawne anegdoty i dialogi, a więc rokuje miło spędzonym wieczorem.


Fantastycznie. Mam halucynacje w biały dzień.
(…)
Zasadniczo halucynacje nie mówią.
(…)
I nie robią propozycji.
(…)
I nie jeżdżą samochodami!



Czy książkę polecam? Oczywiście. Jeśli lubicie typowo kobiecą literaturę, pełną przemyśleń, emocji i retrospekcji na pewno znajdziecie tutaj coś dla siebie. Miłość jest jak toskański deser to lektura, której nie wręczyłabym wymagającym Czytelnikom, ponieważ to książka mająca zapewnić mile spędzone popołudnie w cieniu drzew bez siatki intryg i przemyśleń. Włoski duet Flumeri-Giacometti zadbał o to, by lektura stała się przyjemnością, pełną uśmiechu i pogodnego nastawienia.  


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Amber:


"Pewnego dnia obudzimy się, nie przeczuwając, że będzie to ostatni dzień w naszym życiu" - Max Bentow "Ptaszydło"

Wyobraźmy sobie prostą sytuację. Jest wieczór, jesteśmy sami w mieszkaniu. Z pomieszczenia oddzielonego od nas ścianą dobiega nieznany szmer, huk, stukot przyprawiający nas o dreszcze. Pozwalamy wodzom naszej wyobraźni zwieść nas na manowce. Włos jeży się na głowie, a bezsilność i strach nie pozwalają nam przekroczyć progu pomieszczenia, w którym właśnie się znajdujemy. Kiedy jednak zbierzemy się na odwagę, postanawiamy wejść do pokoju, z którego dobiegają tajemnicze dźwięki i zauważamy niesfornego, maleńkiego ptaka, który za wszelką cenę próbuje wydostać się z pomieszczenia. Oddychamy z ulgą. Przerażone zwierzę walczy o życie, stara się uciec z betonowej klatki, więc litościwie pomagamy mu, wybaczając nawet fakt, że zranił nas ostrym pazurem podczas chaotycznego lotu. Kiedy ptak ucieka, siadamy wygodnie w fotelu, nabieramy powierza do płuc i gdy emocje już opadną zastanawiamy się, jak zwierzę to dostało się do środka. Przecież okna były zatrzaśnięte. Przecież nikt inny nie miał dostępu do mieszkania. Przecież drzwi na pewno zamykaliśmy jeszcze chwilę temu… W jaki więc sposób ptak wleciał do pokoju...?


"Seryjni mordercy dają nam znaki, porozumiewają się z nami za pomocą swoich czynów.
 Chcą się zwierzyć..."

Zaczęłam w dość niekonwencjonalny sposób, jednak wszystko za sprawą książki Ptaszydło Maxa Bentowa. Doskonale wiecie, że od pewnego czasu zaczytuję się w kryminałach. Śledzę karty powieści, wertuję każdą ze stron i próbuję, wraz z detektywem, odgadnąć, kto stoi za sprawą makabrycznej zbrodni. Czasem ofiara jest jedna i to tajemnica jej śmierci absorbuje nas w stu procentach. Czasem jednak na naszych oczach giną kolejne postaci, sprawa nabiera tempa, lekturę pochłaniamy z zapartym tchem ciekawi tego, co spotka nas na kolejnej stronie. Tak właśnie było z książką Ptaszydło. Powieścią, będącą pierwszym tomem cyklu o komisarzu Nilsie Trojanie.

Książkę liczącą blisko 300 stron pochłonęłam w przeciągu dwóch wieczorów. Nigdy wcześniej nie słyszałam o twórczości Maxa Bentowa, a warto zaznaczyć, że Ptaszydło to debiut literacki autora. Mamy tu do czynienia z wyjątkowo dobrą, diablo fascynującą powieścią kryminalną, która wciąga  i intryguje. Warsztat pisarza jest bardzo dopracowany. Bentow świetnie lawiruje w naszej podświadomości. Nasuwa pozorne wnioski, zdaje się obnażać przed nami zabójcę, po czym pozostawia nas oniemiałych  na zakończenie historii. Co więcej, świetnie buduje napięcie. Emocjonalnie i brutalnie przedstawia zbrodnię, przez co nasza wyobraźnia pracuje bez przerwy, a dzięki temu wchodzimy w tę historię jako naoczni świadkowie zdarzeń. O  czym jednak mówi fabuła?

Gdy rozpoczynamy lekturę tradycyjnie poznajemy komisarza – typowego mężczyznę, rozwiedzionego z żoną pracoholika, potrzebującego czyjegoś ciepła i zrozumienia. Autor postanowił wpleść do fabuły niewielką historię rodzinną, jak i wątek miłosny. Ten ostatni oczywiście odgrywa kluczową rolę w powieści, jednak nie jest przesadnie oklepanym motywem. Nils Trojan prowadzi śledztwo w sprawie brutalnych morderstw w centrum miasta. Okaleczone kobiety o blond włosach atakowane są przez tajemniczego potwora o dziobie i ostrych pazurach. Jak odnaleźć sprawcę, kiedy życie kolejnych osób jest zagrożone? Czy istnieje pewien schemat, klucz do rozwiązania tej zagadki? Przekonacie się sami.

Chciałabym jeszcze zwrócić Waszą uwagę na umiejętne zarysowanie głównego przesłania – motywu książki. Zbrodnie popełnia osoba skrzywdzona przez los, cierpiąca, na co dzień pomijana i niezauważana. Usilnie gra na emocjach i w kulminacyjnej scenie pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Jest to bardzo istotny element publikacji, bowiem w życiu codziennym spotykamy wiele takich osób. Są one wśród nas, zawsze były i zawsze będą. Pytanie, ilu z nich jest w stanie posunąć się na tle daleko, by w końcu zwrócić na siebie uwagę? Aby zrozumieć, co dokładnie mam na myśli koniecznie sięgnijcie po tę książkę. Nie chciałabym tutaj zarysować Wam portretu psychologicznego głównego bohatera, bowiem stracicie całą przyjemność z lektury, świadomie pozbawiając się analizy kolejnych zwrotów akcji.



Książkę oczywiście gorąco polecam. Jest to świetna lektura na wakacyjne popołudnie, a nawet zimowe wieczory. Jak już wspomniałam, Ptaszydło to nie tylko debiut autora, ale i pierwsza część przygód komisarza Nilsa Trojana. W księgarniach dostępna jest już kolejna książka z serii, pt. Lalkarka. Mam szczerą nadzieję, książka będzie równie porywająca, a warsztat autora jeszcze bardziej dopracowany.


Za książkę Maxa Bentowa – Ptaszydło serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat S.A. 


"Chwile są cenne..." - Cecelia Ahern "Zakochać się"

Najnowsza książka autorki bestsellera PS Kocham Cię, Cecelii Ahern, miała premierę  02.07.2014, a nosi tytuł Zakochać się. Niby prosta formuła, łatwa do zrealizowania i tak realna w naszym życiu, że aż nadto potrafimy wkroczyć w losy głównych bohaterów. Pozornie błaha historia, popularna, ale subtelna ujmuje, oczarowuje i wywołuje nie lada westchnienia w głowie niejednej pani. Dlaczego? Kogo nie ująłby za serce dobrze zbudowany, szarmancki, szalony mężczyzna o urodzie modela? No kogo?

Główną bohaterką książki jest Christine, kobieta, która opiera swoje życie na wytycznych poradników w każdej z możliwych dziedzin: Jak schudnąć, jak zwolnić pracownika, albo jak radzić sobie z myślami samobójczymi… Jest to element książki, który wyjątkowo bawi, szczególnie, kiedy poddawany jest dyskusji i sarkastycznym docinkom. Niemniej, obok Christine, główną postacią jest Adam Basil, a losy tych dwojga spotykają się na moście Ha'penny w Dublinie.

Uważam, że sam tytuł książki jest niesamowitym spoilerem. Kiedy rozpoczęłam lekturę, historia Christine bardzo mnie poruszyła – zupełnie obcy mężczyzna postrzelił się na oczach kobiety, ona sama odeszła od męża, który za wszelką cenę chciał odebrać jej ich wspólne dobra, kątem wynajmowała kawalerkę i życie nijak się jej nie układało. To fragment wzbudzający współczucie, niemałą identyfikację z bohaterką. Historia jednak lubi się powtarzać. Christine znowu jest postawiona w sytuacji bez wyjścia. Opierając się na wiedzy ze wspomnianych książek, próbuje odwieść od próby samobójczej Adama, który, zdradzony przez swoją kobietę, postanawia skoczyć do lodowatej rzeki. Kiedy tych dwoje zawiera pewną szaloną umowę – od razu wiadomo, że to właśnie ich dotyczy tytuł książki. Lawirujemy wśród losów tej pary, poznajemy ich historię i przeżycia po to, by relacje Christine i Adama zacieśniały się coraz bardziej. Kobieta bowiem obiecała mężczyźnie, że w przeciągu dwóch tygodni udowodni mu, że warto żyć, że poddanie się jest oznaką tchórzostwa, a szczęście czyha na niego tuż za rogiem. Czy Christine się powiedzie? Przekonajcie się, sięgając po tę książkę.

Przyznaję się bez bicia, że podczas lektury widziałam siebie. Może nie identyfikowałam się z jedną postacią, ale podobnie jak Maria, była kobieta Adama, uwielbiam lilie i życie pełne emocji. Jak Adam bawię się słowem, ironizuję i szukam własnego szczęścia. Porównując się z kolei do Christine  - tak samo, jak ona czytam poradniki, pracując daję z siebie wszystko i staram się pomagać innym, a zarazem mam szaloną, sarkastyczną, bezpośrednią rodzinę. Tak naprawdę każdy dopasuje pewne cechy do własnego życia. Każdy tu odnajdzie coś dla siebie…


- Jesteś stuknięta – powiedział Adam, podążając za mną, podczas gdy ja oświetlałam drogę latarką.  – Nie uważasz, że trochę tutaj niebezpiecznie?
- Bez dwóch zdań. Ale jesteś duży i na pewno mnie obronisz – odpadłam.

Oczarowało mnie jednak pióro Cecelii Ahern. O ile PS Kocham Cię pochłonęłam w przeciągu jednego popołudnia, o tyle Zakochać się zajęło mi aż dwie noce. Książka liczy 413 stron wydanych w pięknej oprawie. Język jest jednak bardzo plastyczny, aż żal odłożyć lekturę na kilka chwil. Autorka wprowadziła pierwszoosobową narrację, która sprawia wrażenie, jakby to Christine opowiadała nam wszystkie te zdarzenia siedząc tuż obok, z filiżanką kawy. Na kartach powieści jest też masa cytatów, które tradycyjnie „ofiszkowałam”. Są to zabawne dialogi, ale i mądrości, które powinny zostać przekazane całemu światu.

- Zaufaj mi.
- Ufam, ale nie mam w sobie odwagi.
- Odważny jest nie ten, kto nie czuje strachu, lecz ten, kto go pokonuje.

Reasumując, Zakochać się to piękna wielowątkowa historia dwojga ludzi. Mamy Christine, kobietę, która z dnia na dzień uznała, że jej małżeństwo nie daje szczęścia. Kobietę, która postanawia odejść, by dłużej nie krzywdzić Barry’ego, ale czuje się odpowiedzialna za jego ból i rozżalenie. Wszystkie słowa i ciosy znosi z pokorą, uznając je za stosowną karę, pokutę. Stara się też pomóc Adamowi. Pokazuje, że można cieszyć się małymi rzeczami, że do szczęścia nie jest potrzebny wysoki stan czy luksusowy apartament, a pozorne drobnostki, takie jak szalona kobieta u boku, albo uśmiech dziecka.  Kiedy więc będziemy czytać pomiędzy wierszami, abstrahując od już historii miłosnej zawartej na kartach powieści, nie tylko odnajdziemy mnóstwo głębokich sentencji, ale będziemy się naprawdę świetnie bawić.


Książkę gorąco polecam! Naprawdę warto po nią sięgnąć, zwłaszcza podczas wakacyjnego lenistwa! :D






"Nowe przygody Mikołajka", czyli tom 2 wspaniałej książki dla dzieci i młodzieży od AUDIOTEKI!


Jerzy i Maciej Stuhr to duet nie do pobicia. Dwa charakterystyczne głosy polskiej sceny, świetna intonacje i emocje, płynące z każdego nagrania. Coś wspaniałego! Przyznam, że moje zdrowotne perypetie były ubarwione Nowymi Przygodami Mikołajka. Niemal codziennie nakładałam słuchawki siedząc na blacie do ćwiczeń, po czym uśmiechałam się do samej siebie wsłuchując w nagranie. Wszystko oczywiście za sprawą Wydawnictwa Audioteka i udostępnienia mi w ramach recenzji Nowych Przygód Mikołajka, tom 2. Dziękuję!

Nowa książeczka Jeana-Jacquesa Sempé i René Goscinnego to aż 45 dotąd nie zasłyszanych historyjek, będących przygodami jednego z najpopularniejszych francuskich uczniów oraz jego przyjaciół. W tej części przeżyjecie przygodę z wrotkami Gotfryda, kiedy to Euzebiusz chcąc nauczyć się na nich jeździć doprowadza do skonfiskowania sprzętu. Pójdziecie do fryzjera, który ubrany jest na biało jak dentyści i doktorzy, i ma nożyczki! Dowiecie się, za co Mikołajek otrzymał mnóstwo karmelków od pana Blédurta, albo czemu Kleofas dostał  najlepszy stopień (2+) z odpowiedzi w całym półroczu!

Każda historyjka wywołuje szeroki uśmiech na twarzy słuchacza. Dla osoby, która dotychczas nie miała styczności z Nowymi Przygodami Mikołajka, takie nagranie może być świetnym początkiem bardzo, bardzo długiej przyjaźni. Prawda jest taka, że zarówno mali, jak i duzi chętnie sięgają po książki skierowane dla młodzieży. Naszych milusińskich one bawią, dla dorosłych czytelników z kolei są źródłem cennej wiedzy, mówiącej jak dziecko patrzy na świat, jak postrzega pewne sytuacje i jakich rozwiązań oczekuje. Jest to jednak świetna zabawa dla całej rodziny! Co więcej, zauważyłam, że moja młodsza siostra, która dopiero zaczyna czytać, chętnie wpatrywała się w książkowe wydanie przygód Mikołajka i jednocześnie słuchała nagrania. Powiedziała nawet, że dzięki temu szybciej się uczy, łatwiej zapamiętuje słowa i śledzi tekst. Wiem ze swojego doświadczenia, że to świetny sposób na zaprzyjaźnienie dziecka z literaturą. Gorąco polecam Wam tę metodę,  ale tylko z Wydawnictwem Audioteka. Klucz znajduje się w sposobie przekazania treści. Nowe Przygody Mikołajka to świetnie zinterpretowany audiobook. Maciej i Jerzy Stuhr świetnie ze sobą współpracują (mamy tu kilka „wspólnych” słuchowisk) i aż nadto oddają realność przedstawianych przygód. Mało tego, przecież wszystkie perypetie opisane przez Gościnnego  są prawdziwe. Każdy z nas był kiedyś dzieckiem, każdy z nas miał wielkie problemy, każdy wyczekiwał prezentów, każdy pisał sprawdziany z arytmetyki i każdy był gościem na jakiejś ceremonii zaślubin. Historia zatacza koło, bowiem również każdy miał identyczne, bądź podobne przemyślenia.

Audiobooka gorąco polecam! Jeżeli chcielibyście samodzielnie sprawdzić, czy przypadnie Wam do gustu - zapraszam na stronę Wydawnictwa Audioteka >>TU<<, gdzie bezpłatnie możecie pobrać rozdział książki. 

Za Nowe Przygody Mikołajka, tom 2 Dziękuję Wydawnictwu Audioteka:




"Na ogół podobają jej się mężczyźni, którzy odnajdują właściwy kierunek bez kompasu..." - zapraszam na "Neuland"

- Tęsknię za tobą – mówi.
Roni milczy. Już na samym początku, w pierwszych miesiącach związku, poinformowała go, że nie potrafi tęsknić. Ostrzegała, żeby nie czuł się dotknięty (…)
- Sama nie wiem dlaczego… Najwyraźniej mam zepsuty mechanizm tęsknoty – próbowała tłumaczyć kiedyś.
-  Ja tęsknię – zaprotestował. – Moim zdaniem to nieodłączny element miłości. Nie chcę tego wypierać
- To nie wypieraj – odpadła. – Mów, na co masz ochotę. Ale nie obrażaj się, jeśli Ci się nie odwzajemnię.

 Nauland Eshkola Nevo to książka, którą chciałam przeczytać od pierwszego… spojrzenia. Gdy stałam w kolejce w księgarni czekając na swoje zamówienie, podeszła do kasy drobna, starsza pani właśnie z tą publikacją w dłoniach i dokonała zakupu. Zaintrygowała mnie. Powieść, nie starsza pani. Książka jest naprawdę dużych gabarytów, liczy 622 strony, a jej twarda oprawa ukazuje nam na okładce piękne, lazurowe morze zlewające się z błękitnym niebem. Zapamiętałam jej tytuł, a gdy tylko dotarłam do mieszkania wertowałam sieć w poszukiwaniu informacji. Oniemiałam. Okazało się, że Wydawnictwo Muza, które już bardzo długo współpracuje z moim blogiem, jest Wydawcą tej książki, a cała historia zapowiada się… pięknie. Tak, pięknie.

Fabuła książki na pozór nie może nas zaskoczyć. Mamy tu dojrzałego, żonatego mężczyznę, któremu życie ucieka przez palce, brakuje mu odrobiny radości i iskierki nadziei wśród szarej codzienności. Na imię mu Dori. Drugą bohaterką z kolei jest Inbar, młoda dziennikarka, która odrzuca dotychczasowe życie i pragnie odnaleźć siebie, swoje cele i marzenia, widzimy to obserwując jej zachowanie czy sposób wypowiedzi, ale ona sama nie zna, albo nie potrafi określić swoich pragnień i oczekiwań. Jest typową kobietą, cierpiącą po stracie brata, która pod wpływem chwili, emocji postanawia wybrać się na eskapadę do Ameryki Południowej. Dziwnym zbiegiem okoliczności losy tych dwojga splatają się w tytułowej „Nowej Ziemi”. Wszystko to wydaje się być sprzeczne i absurdalne, a jednak składa się w logiczną całość. Przewracając kolejne stronice poznajemy troski i bolączki głównych bohaterów, odkrywamy ich losy, historię, wraz z nimi poszukujemy utopijnej oazy, która ma dać im pełnię szczęścia.

Wertując kolejne stronice zauroczyło mnie pióro autora. Pisałam już, że książka jest naprawdę gruba i aż trudno pochłonąć ją jednym tchem, to przyznam Wam, że wraca się do niej z wielką przyjemnością. Autor powieści, Eshkol Nevo, jest jednym z najciekawszych izraelskich pisarzy młodego pokolenia, a na swoim koncie ma już m.in. trzy powieści, zbiór opowiadań oraz książeczki dla dzieci. Niemniej, Neuland pokazał, że trudne, życiowe tematy, które często dotyczą nas samych można opisać w wręcz poetycki sposób. Autor stawia nam też pytanie, jak wygląda nasze życie? Czy mamy w kimś oparcie? Czy radzimy sobie  z codziennością? Czy jeśli uciekniemy od problemów, znikniemy na chwilę… zdołamy potem powrócić i udawać, że nic się nie stało?

Neuland Eshkola Nevo to piękna, barwna opowieść. To książka głęboka, przedstawia z perspektywy wielu bohaterów. Nie mamy tutaj typowego podziału książki na rozdziały, które wnoszą kontynuację fabuły, a krótkie opowieści poszczególnych postaci. Na stronicach poznajemy różnych ludzi, jednych radosnych, innych przygnębionych czy skrzywdzonych przez los, a wszystko po to, by oddać prawdziwy przekaz tej książki, by zrozumieć Dori i Inbar, by towarzyszyć im podczas tej wyprawy… Nie będę opowiadała Wam szczegółów tej podróży, poznajcie ją samodzielnie, bowiem to przesłanie tej książki jest najważniejsze. Sądzę, że każdy wyczyta z niej coś zupełnie innego, a ja na pewno powrócę do niej jeszcze kiedyś. 

Książkę gorąco polecam miłośnikom literatury współczesnej, choć dedykują ją przede wszystkim kobiecym gustom. Sądzę, że taka lektura świetnie sprawdzi się podczas wakacyjnego wyjazdu, albo leniwego wypoczywania na hamaku w cieniu drzew. ;)

Za Neuland dziękuję Wydawnictwu Muza S.A. oraz Portalowi Business & Culture:

`




Jo Nesbø - i jego najsławniejszy "Łowca głów"

O Jo Nesbø słyszałam wiele. Nigdy jednak nie miałam styczności z tym niekonwencjonalnym autorem i przyznam, że serdecznie żałuję. Co więcej, zawsze omijałam szerokim łukiem kryminały, a to jeszcze większy grzech na moim koncie. Na szczęście jednak, dzięki współpracy w Grupą Wydawniczą Publicat S.A., miałam okazję sięgnąć po książkę Łowcy Głów, która w 2008 roku otrzymała Norweską Nagrodę Czytelników.

Zacznijmy jednak od autora i jego pióra. Sądzę, że wielu z nas ciężko przekonać do książek, które gdzieś ktoś zarekomendował, ale pewne kwestie pozostawił domysłom. Boimy się trudnego, specjalistycznego słownictwa, poucinanych zwrotów, zawiłej fabuły, zaginionych wątków, czy godnych pożałowania kolokacji. Wielu autorów tworzy książkę pod siebie, a potrzeby potencjalnego czytelnika zostają zepchnięte na drugi plan. Jo Nesbø zadbał jednak o swoich miłośników, a sądzę, że jako dziennikarz z kilkuletnim doświadczeniem nie miał trudności z doborem słownictwa. Łowcy głów to bardzo lekka, przyjemna lektura. Każda strona zachęca do przeczytania kolejnej i trwa to aż do zamknięcia książki. Fabuła została wprawnie dopracowania. Mamy tu uknutą intrygę, nieprawdopodobne zwroty akcji i zawiłości, które co i rusz nasuwają nam inne zakończenie tej historii. Jeśli więc przyszłoby mi ukrócić moją opinię do minimum to powiem, że gorąco zachęcam Was do lektury, ale przejdźmy jednak do zarysowania fabuły.

Prolog mówi o kolizji na drodze. Opisuje zderzenie samochodu osobowego z tirem, ale niczego nie wyjaśnia. Jest to dla czytelnika niemałym zaskoczeniem, bowiem urwany wątek pozostaje w naszej głowie, ale nijak nie odnosi się fabuły. Na pierwszych stronicach poznajemy jednak głównego bohatera, Rogera Browna, wiodącego spokojne życie head huntera. Czy historia ta może być dla nas w jakiś sposób zaskakująca? O dziwo tak. Już na początku lektury dowiadujemy się, kim jest „łowca głów”. Otóż Brown pracuje w firmie rekrutującej pracowników na konkretne stanowiska. Na pozór to także zdaje się być normalne, bowiem coraz więcej korporacji preferuje HRowca na zlecenie, zamiast etatowego pracownika. Niemniej, nasz główny bohater posiada świetną renomę, swoistą markę reprezentowaną własnym nazwiskiem, ponieważ każdy z poleconych przez niego pracowników świetnie sprawdził się na swoim stanowisku. W pewnym momencie jednak historia się komplikuje. Nie dość, że dowiadujemy się, iż wspaniały Roger Brown jest złodziejem, jego przyjaciel zostaje uśmiercony  mieszanką środków nasennych, to dochodzi do tego, że kochanek żony zostaje przez nią polecony na stanowisko dyrektora Pathfindera.  Gdzie jednak ukryta jest intryga? I dlaczego nasz główny bohater balansuje na granicy życia i śmierci? O tym przekonacie się, gdy sięgniecie po książkę Łowcy głów.

Jeśli mam być szczera, to bardzo długo zabieram się za lekturę. Książka ta stała na półce,  spoglądała na mnie, co i rusz zachęcając do przekartkowania kilku stronic. W końcu się skusiłam i już pierwszy rozdział zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam przeczytać tę publikację jednym tchem. Od dłuższego czasu interesuje mnie szeroko rozumiany Human Resources, a więc byłam w siódmym niebie, gdy poznawałam interview od strony rekrutera. Co więcej, notatki na marginesach, sztuczki, manipulacyjne tricki, a zarazem umiejętność pozyskiwania najcenniejszych informacji, połączona z mimiką twarzy, elokwencją oraz emisją głosu to klucz do sukcesu, a zarazem bardzo złożony proces, wyćwiczony latami. Nesbø nie przedstawia nam w pełni oderwanej od rzeczywistości, stłamszonej nowoczesnością historii zmyślonych bohaterów. Mamy tu ludzkie tragedie, szarą codzienność, zdradliwą miłość, a także głęboką potrzebę nie tylko wzajemnych uczuć, ale i posiadania dziecka.

Uważam, że książka jest godna uwagi, a więc koniecznie musicie po nią sięgnąć. Gorąco zachęcam Was do lektury, a zarazem dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat S.A. za egzemplarz recenzyjny.



"Żółta Sukienka" czyli wielka opowieść w niewielkim wydaniu...

Pani Beata Gołembiowska

Beata Gołembiowska - Urodziła się w Poznaniu w 1957 r. W 1981 r. ukończyła studia biologii środowiskowej na UAM w Poznaniu i wraz z mężem, Przemysławem Nawrockim, osiedliła się w Radomiu. Tam przyszły na świat ich dwie córki – Iwa i Tina.W 1989 r. wyemigrowała z rodziną do Kanady i zamieszkała w Montrealu. W 1997 r. ukończyła studia fotograficzne na Dawson College. Jej prace były prezentowane na wystawach indywidualnych i zbiorowych w kilku galeriach montrealskich, m.in. w Galerii Muzeum Sztuk Pięknych. Przez sześć lat pracowała jako malarka dekoracyjna w programach Debbie Travis-Painted House i Facelift. W tym czasie zaczęła pisać opowiadania i scenariusze oraz artykuły o fotografii, malarstwie i przyrodzie. Obecnie pracuje dla Queen Art Films, gdzie zadebiutowała jako reżyser filmu dokumentalnego „Raj utracony, raj odzyskany” o polskim ziemiaństwie i arystokracji w Rawdon. Jej album „W jednej walizce” wraz z filmem ukaże się w grudniu 2011 r.  Książka „Żólta sukienka” jest jej debiutem literackim. /Źródło: http://zaczytani.pl/ksiazka/zolta_sukienka,druk, zdjęcie pochodzi z FP/


Żółta sukienka to niewielkich rozmiarów powieść Beaty Gołembiowskiej-Nawrockiej. Historia na pozór prosta, a zarazem traumatyczna, zapisana na raptem 164 stronicach jest w stanie ująć za serce niejednego czytelnika. Tak też stało się w moim przypadku. Książkę przeczytałam w ciągu jednego popołudnia i przyznam, że moje rozważania po lekturze zabrały mi o niebo więcej czasu.

Naszą główną bohaterką powieści jest Anna. Dojrzała kobieta, która starając się utrzymać siebie i swoją córkę na emigracji trudni się sprzątaniem w domach obcych ludzi. Nie potrafi zabawić długo w jednym miejscu, jednak podejmuje pracę przy niepełnosprawnym Paulu. Mężczyzna ma kluczowy wpływ na osobowość i zachowanie dziewczyny. To on pozwala jej wyzwolić demony przeszłości, a zarazem nam zrozumieć, jak zaszyty w psychice dziecka może zostać gwałt. Anna bowiem została zgwałcona, kiedy miała zaledwie sześć lat. Feralnego dnia ubrana była w żółtą sukienkę, wyhaftowaną przez babcię, która z dumą wręczyła dziewczynce podarek. Czy da się uciec? Zapomnieć? Czy małe dziecko potrafi zrozumieć, jak wielkie zło zostało mu wyrządzone? Czy po dwudziestu latach od tragicznego zdarzenia Anna zdoła powrócić do normalności? Jaki wpływ ma miłość na każdego z nas? To tylko nieliczne wnioski, jakie możecie wyciągnąć po przeczytaniu tej książki.

Żółta sukienka to tak naprawdę wielowątkowa książka. Na kartach powieści zmagamy się z cierpieniem, ignorancją, obroną przed światem, trudami życia oraz walką z demonami przeszłości, które nie odstępują nas na krok. Wiele z tych wspomnień dotyczą samej autorki, a więc potrafimy współczuć naszej bohaterce, przeżywać z nią każdą radość i smutek, a zarazem śledzimy bieg zdarzeń z zapartym tchem. To historia bardzo głęboka, wywołująca liczne emocje.

Gdy czytałam tę książkę, aż trudno było mi uwierzyć, że jest to debiut Pani Beaty. Przyznam,  że powieść jest przystępnie, a zarazem bardzo przemyślanie skonstruowana. Lektura nas nie nuży, chcemy czytać i czytać, aż nie dobrniemy do ostatniej stronicy. Książka boli, wzrusza, ale czasem sprawia, że ciepło się uśmiechamy. Takich książek jest coraz mniej na polskim rynku, a wśród debiutów zliczyć możemy je na palcach jednej ręki. Gorąco polecam!

Za Żółtą sukienkę dziękuję samej Autorce.


*****

Kochani! Pamiętajcie, że Żółtą sukienkę możecie wygrać w Pastelowym Konkursie. 
Szczegóły >>TU<<

Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje
Wywiad: Portal Warszawa i Okolice

Recenzja książki: Sodoma

Recenzja książki: Sodoma
Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie