­
­

5 pytań do… Agnieszki Olejnik.

Pamiętacie książkę Ławeczka pod bzem? Kto by pomyślał, że minął już rok od jej premiery, a ja do dzisiaj miło wspominam tę lekturę. Z tej okazji mam dla Was niespodziankę! Pani Agnieszka Olejnik przyjęła zaproszenie do naszej zabawy i dziś odpowiada specjalnie dla Was na 5 pytań. Zapraszam do lektury! 


Pytanie 1: Rozpoczynając rozmowę, pomyślałam o pięknej, ciepłej, głębokiej powieści, jaką była Ławeczka pod bzem, jednak zaledwie (3-4) tygodnie temu na rynku pojawiła się zupełnie inna propozycja - Awantura w bajkach. Jak to się stało, że po raz kolejny zmieniła Pani swój front i postanowiła napisać książkę dla dzieci i młodzieży? 
Właściwie było zupełnie na odwrót: Awantura w bajkach to moja pierwsza książka, tyle że przeleżała wiele lat w szufladzie. Można więc powiedzieć, że front zmieniłam wtedy, gdy zaczęłam pisać dla dorosłych.
Awanturę…  wysłałam wiele lat temu na konkurs fundacji ABC XXI „Cała Polska czyta dzieciom”. Dostałam wówczas wyróżnienie. Był to rok 2007, a mnie nawet nie przyszłoby do głowy, że kilka lat później zostanę pisarką pełną gębą. Sądziłam, że skończy się na tej jednorazowej przygodzie. Potem jednak przychodziły mi do głowy kolejne opowieści dla coraz starszych czytelników. A niedawno przypomniałam sobie o Awanturze i pomyślałam: „Czemu by nie wydać tego w postaci pięknie ilustrowanej książeczki”?

Pytanie 2: Na polskim rynku jest naprawdę dużo książek. Jakie jest Pani zdanie na temat współczesnych pisarzy, nowych nazwisk, które pojawiają się na księgarnianych witrynach? Czy sięga Pani po taką literaturę?
Mówiąc szczerze – rzadko. Choć piszę książki obyczajowe, lekkie i na ogół optymistyczne, sama wybieram inne lektury: czasem kryminał, czasem biografię... Czytam bardzo dużo pozycji popularnonaukowych z dziedziny zdrowia i dietetyki, bo to mój konik. Z literatury pięknej – Tokarczuk, Stasiuka, Myśliwskiego, Małeckiego… Co nie znaczy, że nie cenię powieści obyczajowych. Po prostu cierpię na nieustanny brak czasu, więc te nieliczne chwile, które wygospodarowuję na czytanie, poświęcam na to, za czym na co dzień najbardziej tęsknię.

Pytanie 3: Wiem, że swego czasu dużo Pani podróżowała. Czy ma Pani miejsce, do którego chętnie wraca? 
Mam miejsce, do którego chciałabym wrócić i wierzę, że kiedyś mi się to uda. Niech no tylko dzieci dorosną i zajmą się psami… :) Jest to mianowicie półwysep MagerØya w Norwegii. Nigdzie na świecie nie ma takiej przestrzeni, nigdzie morze z niebem i skałami nie tworzą takiej jedności. 

Pytanie 4: A czy przytrafiła się Pani jakaś niecodzienna przygoda w trakcie podróżowania? Coś, co do dziś pozostaje wspomnieniem albo stało się po latach anegdotą?
Takich przygód było mnóstwo, choćby łoś ocierający się o nasz namiot na północy Szwecji, atak wściekłych muszek w fińskiej tundrze, korek spowodowany przez renifery na szosie wiodącej na Nordkapp, wilk stojący na poboczu w Estonii i przyglądający się nam z niesmakiem, jaszczurka buszująca po naszym samochodzie na Sycylii albo droga kończąca się gdzieś na środku rumuńskiego pola… 

Pytanie 5: Wiemy, że mieszka Pani na skraju lasu. Czy to chęć odosobnienia? A może idealne miejsce do tworzenia kolejnych powieści? Czy pracuje Pani już nad kolejną powieścią? 
Praca nad kolejną powieścią trwa nieustannie, bo nawet kiedy nie piszę – już myślę o tym, co napiszę. Często w mojej głowie powstaje równolegle kilka opowieści, choć bywa i tak, że ostatecznie łączą się w jedną wielowątkową historię.
A co do lasu – po pierwsze żywiołowo kocham drzewa. Ludzi, którzy je wycinają, uważam za barbarzyńców. Po drugie jestem typem samotnika, więc zawsze chciałam mieszkać gdzieś na uboczu. Ale tu chodzi o coś więcej. Szum drzew i jakaś dobra energia, którą emanują te majestatyczne olbrzymy (podejrzewam, że to tylko kwestia czasu, byśmy uznali drzewa za czujące istoty), naprawdę może czynić człowieka szczęśliwszym. Ja w to nie tylko wierzę – ja tego doświadczam. 

___
Zapraszam Was do przeczytania recenzji książki Ławeczka pod bzem Agnieszki Olejnik

5 pytań do… Sylwii Trojanowskiej

Pamiętacie książkę Sekrety i Kłamstwa, wydaną pod patronatem Odsłoń Kulturę? Jeśli tak, mam  dla Was wspaniałą niespodziankę. Sylwia Trojanowska, autorka powieści, dołączyła do grona pisarzy, którzy zdecydowali się wziąć udział w nowym cyklu wywiadów. Jesteście ciekawi? Zapraszam!



Pytanie numer 1: Od czego rozpoczęła się Pani przygoda z pisaniem książek i sztuk teatralnych?
Do pisania zainspirował mnie mój syn, Alan. Kiedy miał około 4 lat, zażyczył sobie, bym zamiast czytania bajek, wymyśliła mu opowieść o przygodach chłopca, który nosiłby takie samo imię jak on. Ponieważ zawsze lubiłam fantazjować, bez problemu stworzyłam opowieść o Alanie, który przeżywał niesamowite przygody w wyimaginowanym świecie. Te opowieści spodobały nam się na tyle, że zaczęłam je spisywać. W ten sposób powstały Tajemnice Krainy Lunitów. Jeszcze nie zostały wydane, ale wierzę, że niedługo pojawią się na rynku wydawniczym.

Po powieści fantasy napisałam cztery sztuki teatralne i… dwie zostały wydane, a później? Później napisałam Szkołę latania, która stała się moim szczęśliwym debiutem.

Pytanie numer 2: Czy zawód, który Pani wykonuje na co dzień (przypomnę, że Pani Sylwia jest coachem i trenerem biznesu) ma wpływ na Pani książki? Czy determinuje Pani nastawienie, motywuje do działania? A może to forma odskoczni, odstresowania?
Mam to szczęście, że praca, którą wykonuję ogromnie mnie cieszy. Ja po prostu szczerze ją lubię, bo lubię ludzi, lubię ich wspierać w tym, by lepiej im się pracowało i żyło, by byli jeszcze szczęśliwsi.

Czy praca ma na wpływ na moje pisanie? Oczywiście, że tak. Tak samo, jak pisanie ma wpływ na moją pracę. Pisanie jest dla mnie formą odskoczni od codzienności, formą relaksu. To wyjątkowa pasja, która daje mi możliwość przeżywania wielu żyć w swoim jednym.

Mogę w jednej chwili stać się i super modelką, i morderczynią, i matką walczącą o szczęście swoich dzieci, i dziewczyną zmagającą się z otyłością.  

Pytanie numer 3: Już pięć książek sygnowanych Pani nazwiskiem znalazło się na rynku wydawniczym. Czy czuje się Pani bardziej doświadczona?  Czy kolejne cykle przychodzą Pani prościej? Czy stres, trema i presja związane z premierą po latach są mniej uciążliwe? Czy uważa Pani, że warto pisać i wydawać powieści?
Każda nowa książka to nowe doświadczenia, nowi Czytelnicy, nowe emocje. Stres i niepewność zawsze towarzyszą mi przed premierą, jednak z kolejnymi powieściami jest on chyba coraz mniejszy.

Nie należę do pisarzy, którzy potrafią szybko pisać. U mnie proces przygotowawczy i analityczny długo trwa. Wydaje mi się nawet, że z każdą powieścią się wydłuża. Uważam, że pisanie jest niezwykłą, budującą i poszerzającą horyzonty pasją i jeśli ktoś lubi to robić, jak najbardziej powinien próbować swoich sił.

Pytanie numer 4: Jakie jest Pani największe podróżnicze marzenie? Może chciałaby Pani gdzieś zamieszkać? A może jedynie zwiedzić pewne okolice?
Jeśli chodzi o podróże, to z tych dalekich marzy mi się Australia, Kanada i trekking w Himalajach. Z tych bliższych – Islandia i Norwegia. Podróże są dla mnie bardzo ważne. Dzięki nim lepiej poznaję innych ludzi, ale i siebie. Są dla mnie inspiracją w pisaniu i potrafią niesamowicie zrelaksować.

Jeśli chodzi o miejsce zamieszkania, to przyznam, że szczerze kocham Polskę i na ten moment nie planuję jej opuszczać. Co będzie w przyszłości? Czas pokaże.

Pytanie numer 5: Jedna książka, która zmieniła Pani życie – jaki nosi tytuł? Czy wiążą się z nią jakieś wspomnienia?
Nie ma takiej książki. Bardzo wiele książek miało wpływ na moje życie, ale mam pełne przekonanie, że najważniejszym reżyserem własnego życia jestem ja sama.

___

Zapraszam Was do przeczytania recenzji książki Sekrety i Kłamstwa Sylwii Trojanowskiej

Paulina Świst specjalnie dla Odsłoń Kulturę zdradza kilka tajemnic



Pierwsze pytanie – z pewnością nieoryginalne: Dlaczego zdecydowała się Pani na tak odważne połączenie, erotyk i sensacja w jednej powieści? 
Szczerze mówiąc, kiedy pisałam Prokuratora, to nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek zdecyduję się go wydać. To miała być rozrywka, relaks i oderwanie od ponurej rzeczywistości dla zapracowanych znajomych. Jestem z natury spontaniczna, więc nie zastanawiałam się, jaki to ma być rodzaj powieści. :) I wyszło, jak wyszło. :)

Skąd w takim razie czerpie Pani inspirację? 
 Z życia. Nie umiem pisać o rzeczach, których nie znam. Wiele postaci ma swój „pierwowzór" w kimś, kogo znam, choć rzecz jasna większość z nich jest odpowiednio „podkręcona”. :) Także dialogi są odwzorowaniem rzeczywistości. Miałam taką sytuację, kiedy jeden znajomy zadzwonił do mnie i mówi: „Jesteś Świstem”. Ja na to: „Nie, dlaczego?”. A on: „Zacytowałaś mnie w Prokuratorze wariatko, a jak to mówiłem to byliśmy sami”. :D


A wątki kryminalne? Czy możemy doszukiwać się tutaj związku z Pani pracą zawodową? 
Bardzo starałam się unikać jakichkolwiek odniesień do spraw, które prowadzę – tajemnica adwokacka to święta rzecz. Ale inspirują mnie. Czasem na kanwie konkretnej sprawy zastanawiam się, co by było, gdyby coś poszło nie tak? Lubię wymyślać historię. Lubię wynajdywać luki w systemie. Lubię się potem zastanawiać, co mogłaby w takiej sytuacji wymyślić osoba amoralna, gdyby też to dostrzegła. Z zasady nie ufam ludziom, więc zawsze w duchu zakładam, że mogą zrobić coś kompletnie nieprzewidywalnego. W życiu hamuje ich wiele czynników, a w książce mogę zrobić w tej kwestii, co mi się tylko podoba. To piękne uczucie. 

Nie wspomniałyśmy o tym, że jest Pani adwokatem. Czy zawód to jedyny powód, dla którego pisze Pani pod pseudonimem?
Tylko i wyłącznie dlatego. Bardzo tego żałuję, bo niezwykłą przyjemność sprawia mi rozmowa z ludźmi, którzy czytali książkę i chcą mi przedstawić swoją opinię, nawet negatywną. :)

Sądzi Pani, że ujawnienie prawdziwej tożsamości miałby znaczący wpływ na Pani pracę? Przecież jesteśmy tylko ludźmi – każdy ma swój sposób na odstresowanie.
Myślę, że miałoby ogromną. To środowisko jest mocno skostniałe i wbrew pozorom – bardzo plotkarskie. Jestem na sto procent przekonana, że moi przeciwnicy procesowi by to wykorzystywali, choć każdy z nich doskonale wie, że to fikcja... Po prostu – żeby wybić kogoś z rytmu na sali sądowej robi się wiele brzydkich rzeczy. :) Poza tym chodzi też o sceny seksu (a lubię je opisywać, bo niezmiernie mnie drażni, kiedy „kamera odjeżdża w okno, w którym widać zachód słońca”). Niekoniecznie bym chciała, żeby moi klienci (w tym ci, którzy mają naprawdę szpetne zarzuty przestępstw popełnionych przeciwko wolności seksualnej) je czytali... Nie chcę też, żeby moi klienci przychodzili do mnie i pytali o losy Kingi i Łukasza – praca to praca, a hobby to hobby. Mieszanie tych dwóch kwestii nigdy nie kończy się dobrze. 

A Paulina Świst? Zdradzi Pani Czytelnikom Odsłoń Kulturę, skąd wzięło się nazwisko z okładki?
Pseudonim to pomysł mojej redaktorki – Moniki. Kiedy mnie poznała stwierdziła, że „Świst” dobrze obrazuje moją energię i to, jak bardzo jestem narwana, a imię Paulina wybrałyśmy, bo obie je lubimy. :)

Bohaterowie książki Prokurator są kontrowersyjni, jednak każda z wykreowanych postaci ma niezwykle silny charakter, jest charyzmatyczna i pewna siebie. Czy to, że zdecydowała się Pani skonfrontować takich bohaterów, utrudniało Pani pracę? 
Tak. Zdecydowanie tak. Miałam wrażenie, że się pozabijają i często zastanawiałam się nad złagodzeniem ich relacji... Ale potem wygrał realizm. Niestety prawnicy są bardzo aroganccy i choć potrafią wyluzować poza swoim gronem, to jednak na swym własnym podwórku gryzą się jak psy. :) I nie wierzą w przypadki, więc spotkanie Kingi i Łukasza w każdym z nich musiałoby wzbudzić podejrzliwość. Z tego żyjemy, że jesteśmy paranoikami i zawsze zakładamy najgorsze.

Przyznam, że podczas lektury długo zastanawiałam się, jak potoczyłyby się losy bohaterów, gdyby Kinga i Łukasz z większym dystansem podeszli do przypadkowego spotkania i nadali rozprawie sądowej większego pazura. Rozważała Pani takie zakończenie? 
Oczywiście, że tak. Mogłabym to opisać, ale znam milion historii, które toczyły się na sali sądowej – o śmiałych adwokatach czy nieustępliwych prokuratorach. Poza tym oglądam to codziennie w pracy. Gdybym miała to jeszcze przerabiać po niej, z pewnością z nudów zdrętwiałyby mi zęby. :D Postanowiłam, że moi bohaterowie skupią się na... innych kwestiach. :)


W życiu codziennym nie raz zdarzają się romanse w pracy. Długie obcowanie z drugą osobą, wyjazdy, noclegi w tych samych hotelach lub wspólne potańcówki… Czy w środowisku adwokackim zdarzają się podobne sytuacje? Czy historia naszych bohaterów ma coś wspólnego z Pani obserwacjami? 
Motyw romansu w zestawieniu prokurator – adwokat jest moim autorskim pomysłem, osobiście się z tym nie spotkałam, choć pewnie się zdarza. Natomiast w środowisku adwokackim… jak najbardziej. Sama Pani to najlepiej ujęła w swoim pytaniu: wspólne wyjazdy, sympozja naukowe… ludzie to tylko ludzie. :) Niektórzy lubią, kiedy mogą z partnerem rozmawiać o pracy, a inni nie. Widujemy się codziennie w sądach i często gadamy godzinami na sądowym korytarzu (kiedy jest opóźnienie w sprawie). Czasem kogoś „trafi” i wybucha ognisty romans... 

Jak już sobie powiedziałyśmy, Pani książki opierają się na doświadczeniu. Czy nie bez powodu świadomie staje Pani przed sądem?
Dawno temu zauważyłam, że ludzie z ciekawością słuchają anegdot z mojej pracy. Większość ludzi nie ma styczności z sądami na co dzień i chciałoby wiedzieć jak to wygląda od środka. Ja z kolei nie wyobrażam sobie pisania o czymś, na czym się kompletnie nie znam. Oczywiście można zrobić odpowiedni research, ale niestety pewne kwestie i tak wypłyną. To są drobiazgi, ale często w książkach o pracy prawników, pisanych przez osoby nie praktykujące prawa dostrzegam takie rzeczy... Nie mówię, że ja takich błędów nie robię, bo z pewnością mi się zdarzają, ale nie w kwestii zachowania adwokatów – trudno by mi się było tutaj pomylić. :)


Osobiście nie lubię porównań, ale moją pierwszą myślą, przy połączeniu prawnika z literaturą był  do tej pory Remigiusz Mróz. Przyznam, że gdyby nie to, że Prokuratora widziałam codziennie w pracy, z pewnością dużo więcej czasu zajęłoby mi sięgnięcie po ten tytuł. Czy taka „łatka” miała wpływ na przyjęcie książki?  
Jeśli chodzi o Pana Remigiusza Mroza, to często słyszę, że ja to pewnie on – pod pseudonimem. :) Wydaje mi się jednak, że nasze książki są kompletnie różne. Pierwsze dwa tomy serii z Chyłką przeczytałam już po napisaniu Prokuratora i bardzo mi się podobały. Gdybym miała wskazać innego piszącego prawnika, którego jestem wierną fanką, to byłby to Piotr C. Mimo, iż tematyka jest inna, z opisywanych przez niego anegdot dotyczących prawa wynika jasno, że albo je praktykuje, albo bardzo dużo czasu spędza z osobami, które je praktykują. :)

Trzeba przyznać, że Remigiusz Mróz rotuje pseudonimami jak mało kto… Sama kiedyś dałam się złapać na skandynawski debiut… Ove Logmansbo. Wróćmy jednak do naszej rozmowy. Rozumiem, że ma Pani już pomysł na całą serię? Nie ciągnie Pani do tradycyjnego, policyjnego śledztwa?

Ciągnie. :) Tylko, że wtedy skończyłoby się pisanie dla relaksu, a zaczęło opisywanie tego, co mam na co dzień w pracy. Zwariowałabym.:) Poza tym uważam, że jest wiele osób, które robią to lepiej ode mnie. :) Pamiętam rozmowę z jedną z czytelniczek, która zapytała mnie, czemu Prokurator dobrze się kończy... Bardziej realnym byłoby, gdyby kończył się źle. Odpisałam jej, że brak happy endu oglądam od 7 lat w pracy i naprawdę uważam, że w książce mogę sobie na to pozwolić. Ta seria nie bez przyczyny ma na okładce opis „Ostry seks, ostry język, ostra jazda”. Na tym się skupiałam. :) Dlatego byłam tak bardzo zdziwiona, kiedy czytałam opinie z rodzaju „spodziewałam się powieści głębszej, traktującej o ulotności życia” itp., itd. Poważnie? Czytając te słowa na okładce? Ta seria ma być lekka, relaksować, sprawić, by ktoś się uśmiechnął i na chwilę zapomniał o szarej rzeczywistości. Tylko tyle :).

Przyznam, że i mnie nurtował happy end. To takie niecodzienne, zjawisko, gdy mówimy o współczesnych kryminałach… Teraz wszystko jasne! ? Zakładam, że przestępca przestępcy nie równy. Czy miała Pani styczność z groźnymi bandytami? Jak wpływa to na Pani pracę?
Miałam wielu klientów psychopatów i powiem szczerze, że Szary to akurat suma wszystkich moich strachów – to nie jest jedna osoba, ale jest mixem największych świrów, jakich spotkałam przez te lata w swojej pracy... I proszę mi wierzyć – najgorszy typ to nie ten, który grozi czy krzyczy. Najgorsi są ci, którzy z kompletnym spokojem opowiadają o takich rzeczach, że normalny człowiek blednie, kiedy ich słucha.

Przyznam, że potrafię sobie to wyobrazić. Mechanizm, o którym Pani mówi zdaje się być najprostszą psychologią. Jeżeli jednak o tym wspomniałyśmy – muszę zadać te pytanie. Czy jako adwokat, nie ma Pani skrupułów? 
Nie, nie mam. Druga strona, czyli prokurator też nie bawi się w subtelności. Tu gra idzie o ludzkie życie i trzeba dać z siebie wszystko co się ma.

Wszyscy popełniamy błędy i mamy prawo do obrony. Zawsze, kiedy sprawa wygląda kiepsko, wyobrażam sobie, że na miejscu oskarżonego jest ktoś z mojej najbliższej rodziny. Niech się Pani postawi w takiej sytuacji. Chciałaby Pani żeby osobę dla Pani ważną, bronił adwokat, który ma wyrzuty sumienia? Póki działam w granicach prawa i etyki - nie mam żadnych skrupułów.

A zdarzają się sytuacje, w których wolałaby Pani stanąć po stronie prokuratora?
Zdarzają :) Szczerze mówiąc występuję w kilku procesach po stronie prokuratora – działam wtedy w charakterze pełnomocnika osoby pokrzywdzonej. 

Nie korci Pani, by stworzyć opowieść, podobną do książek Jarosława Sokołowskiego ps. Masa lub kultowego Pitbulla, które nawiązują do prawdziwych historii i zdarzeń?
Absolutnie nie – moi klienci przychodzą do mnie, bo mi ufają. I tak, jak się nie obrażą, jeśli zacytuje jakiś ich śmieszny tekst, tak nigdy w życiu nie nadużyłabym ich zaufania, pisząc o ich sprawach.

Czego w takim razie możemy spodziewać się najnowszej powieści, która na polskim rynku wydawniczym pojawi się już 22 listopada?
Innego typu postaci. Zdecydowanie Zuzanna to nie Kinga, a Radek to nie Zimny. :) Ale ufam, że też zdobędą swoich zwolenników. Zwłaszcza Radek, do którego mam ogromną słabość. :D 


Słowem… nie spotkamy więcej Kingi? Jak Pani może!? 
Spotkacie :) Nie ma obaw :) Jeszcze sporo 'namiesza' :) 

A jest coś, czego Czytelnicy bloga mogą dowiedzieć się jako pierwsi? 
Jestem brunetką. :D A poważnie mówiąc, to Komisarz nie jest napisany z perspektywy Zimnego i Kingi. :) Więcej zdradzić nie mogę.

Niestety musimy zrozumieć i… zaczekać! Zbliżając się do końca naszego wywiadu, porozmawiajmy o marzeniach – jesteśmy ciekawi, jaki cel postawiła Pani przed sobą na najbliższy rok? 
Nie zwariować. :D Naprawdę ciężko jest ogarniać życie dwóch różnych osób, czyli mnie i Śwista, oraz wyrabiać się ze wszystkim. Gdyby nie przyjaciele, z pewnością nie dałabym rady (Lilka, dzięki!)... A cele: zakończyć kilka naprawdę długo ciągnących się spraw i… napisać trzecią książkę. :)

Trzecią książkę? Czyli pomysł już jest? 
Pomysł już jest, realizacja w toku, tylko z czasem ciężko :) 

A urlop? Ma Pani chwilę dla siebie w tym wszystkim?
Chwilowo nie. Ale ufam, że odbiję to sobie w przyszłym roku. Ufam tak już od dwóch lat i na razie nie widać zmian. :D 

O proszę, kto by pomyślał. Muszę jednak powiedzieć, że nawet mi i mojemu chłopakowi (artyście) udało się znaleźć po dwóch latach chwilę oddechu. Panią też to czeka, proszę mi wierzyć. Wszystko to kwestia priorytetów :D I jak już Pani wie, uwielbiamy podróże, stąd nie mogło zabraknąć tego pytania – proszę podzielić się z nami swoim ulubionym miejscem. Gdzie Pani odpoczywa? Gdzie znajduje chwilę dla siebie? A może zdradzi Pani nam jakąś przygodę?
Ostatnio wyskoczyłam na wypad ze znajomymi pod namiot. Miało być jak najbardziej naturalnie: kąpiel w jeziorze, ognisko, brak zasięgu w telefonach, kompletna głusza... Niemalże picie wody z kałuży. :D Oczywiście dojechałam później, bo utknęłam w pracy i wtedy okazało się, że się nie dogadaliśmy i w pięcioosobowym namiocie mamy spać w siedmioro. Towarzystwo było już mocno imprezowe, ja również nie miałam zamiaru robić z tego problemu, ale ostatecznie, kiedy weszłam do tego namiotu stwierdziłam, że dostanę tam klaustrofobii. Postanowiłam więc, że pójdę spać do samochodu. Wtedy spotkała mnie pierwsza niespodzianka – padł mi akumulator, gdyż to z mojego auta leciała muzyka. :P Potem okazało się, że nie mam w samochodzie niczego, czym mogłabym się okryć, a było niesamowicie zimno. Trzęsąc się jak osika i okrywając nogi torbami z hipermarketu, które miałam w bagażniku, przysięgłam sobie, że niebawem zmądrzeję i z pewnością trochę się ustatkuję. Zanim zapadłam w sen zastanowiłam się jeszcze, co by było, gdyby któryś z moich klientów zobaczył mnie w tej chwili… gdyby nie było mi tak strasznie żal tych reklamówek, którymi okryłam nogi, to z pewnością jedną włożyłabym sobie na głowę. Od tego momentu zawsze wożę w samochodzie koc – na wszelki wypadek. :P 

Takiej historii się nie spodziewałam, ale nie ma co się oszukiwać, to przygoda, którą z pewnością będzie Pani opowiadała swoim dzieciom. W sprawie koca mamy jednak coś wspólnego - mój chłopak kiedyś powiedział, że jest jeden moment, który informuje go o rozpoczętym urlopie. Jest to chwila, gdy wyruszymy już z Warszawy, ja zawijam się w mój ukochany, wrzosowy kocyk, opieram głowę o tzw. futrzaka (małą, włochatą poduszkę) i zaczynam przeglądać gazety, chwilę wcześniej zakupione na stacji. Niemniej – bez koca ani rusz! :D  

Serdecznie dziękuję za rozmowę ;). Wraz z Czytelnikami życzymy Pani spełnienia marzeń i... urlopu :D. Niecierpliwie wyczekujemy również najnowszej książki.
Cała przyjemność po mojej stronie :).

Przeczytaj recenzję książki "Prokurator"

Jesienne Czytanie: Życie na pełnej Petardzie - Jan Kaczkowski

Często wielkich ludzi doceniamy dopiero po ich śmierci. Książki, które wydali, słowa, którymi mówili do ludzi umykają nam przez wiele lat po to, by pośmiertnie przyznać im rację. 

Przez wiele lat do księdza Kaczkowskiego podchodziłam obojętnie. Wiedziałam, że nie podziela populistycznego zdania kościoła, nie daje za wygraną, gdy ktoś próbuje obrzucić go błotem i walczy o dobre imię niewinnych. Wiedziałam też, że odważnie obnaża prawdę, skrywaną za olbrzymim murem kościołów i zakonów, ale nie interesowała mnie jego historia.

"Życie na pełnej petardzie" ks. Jan Kaczkowski
Okazuje się jednak, że Jan Kaczkowski przez wiele lat borykał się z chorobą, ale za każdym razem starał się wychodzić obronna ręką z każdej opresji. Walczył o życie, bo to ono jest najcenniejszym darem i wbrew wszystkiemu należy je szanować. Od zdiagnozowania glejaka, oszukał przeznaczenie i przeżył jeszcze cztery lata. Życie na pełnej petardzie.

Życie na pełnej petardzie to wywiad. Osobista rozmowa księdza Jana Kaczkowskiego z Piotrem Żyłką. Trudne pytania i jeszcze trudniejsze odpowiedzi. Chwila refleksji, słabości, a czasem nawet bólu. Niepozorna objętością propozycja pokazuje nam, kim tak naprawdę jest człowiek, który pomimo wielu kłód pod swoimi nogami otworzył puckie Hospicjum, angażował się w życie młodych ludzi i walczył z chorobą, która każdego dnia przypominała mu, że jego dni są policzone, i nikt nie zna dnia ani godziny.

Okładajmy ludzi krzyżem po głowie, to z pewnością się przebudzą i z radością powrócą na łono świętego Kościoła. Ani prawdą, ani przykazaniami, ani krzyżem, nawet w najlepszych intencjach, nie można nikogo chłostać. Ludzie mają prawo nie rozumieć Kościoła. Nawet im się poniekąd nie dziwię. Ale to ja mam być czytelnym znakiem, to ja mam im coś pokazywać, a nie wstrząsać i pouczać. Nie tędy droga.

Książka zmusiła mnie do pewnych refleksji. Nie sposób na podstawie jednej lektury przeanalizować swojego życia, powiedzieć, że od dziś zmienię swoje nastawienie i wszystko zacznie wyglądać bajkowo. Nie. To niemożliwe. Lektura jednak daje do zrozumienia, że otaczający nas świat jest obłudny. Pełno w nim dwulicowości i zakłamania, które dotyczy każdej ze sfer naszego życia. Ksiądz Kaczkowski był bardzo mądrą, inteligentną osobą, która zdobywała doświadczenie, analizowała każdy przypadek i rozwijała swoją wiedzę. On nie widział, w porównaniu do większości duchownych, błahych formułek, które nakazano mu powtarzać i nie stawiał ich ponad człowiekiem.
Rzeczy, które przemawiają do mnie w książce Życie na pełnej petardzie jest wiele. Pytanie tylko, jak odbiorą ją inni i jak zareagują na zamieszczone w niej treści. Kaczkowski w swojej propozycji nie podejmuje jednak dwóch tematów – aborcji i eutanazji. Być może nawet nie dostrzegłabym wymijających odpowiedzi na pytania z nimi związane, gdyby nie aktualnie wprowadzona ustawa w polskim rządzie i planowane strajki kobiet. To kontrowersyjna dyskusja. Kaczkowski nie chce brać w niej udziału.

Grunt to twardo stąpać po ziemi, nie przestając patrzeć w niebo. Zamiast ciągle na coś czekać - zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później, niż Ci się wydaje.

Książkę polecam ciekawym i podchodzącym z dystansem do pewnych spraw. Kaczkowski mówi prawdę, przekazuje swoje zdanie i dzieli się opinią na rozmaite tematy. Nie boi się krytykować innych księży, w tym mam wrażenie, że nieco „nietykalnego” Jana Pawła II, znanych nam biskupów i kapłanów. Autor pokazuje również, że należy cieszyć się każdym dniem. Nie udaje. Opowiada Czytelnikom historię swojego życia. Mówi o swoich słabościach, pasjach i celach. Pokazuje prawdę wiedząc, że nie musi niczego udawać. Jest sobą i to sprawia, że Życie na pełnej petardzie to książka, warta więcej niż inne…

Za książkę dziękuję Księgarni Mega Książki!


"Pojedynki" czyli książki, których na rynku zawsze będzie zbyt mało...

Szpitalny Oddział Ratunkowy to idealne miejsce do rozpoczęcia lektury. Takim oto sposobem, dużo wcześniej niż sama się spodziewałam mogę napisać Wam kilka, bardzo ciepłych słów pod adresem książki Tomasz Terlikowskiego pt. „Pojedynki”.


Czytelnikom swojego Bloga nigdy nie wspominałam, że nie lubię przeprowadzania wywiadów. Dla mnie pisanie felietonów, relacji, recenzji czy sama korekta dziennikarska przynosi o niebo więcej frajdy niż (często) wcześniej przygotowana garść suchych pytań. Od kiedy ścieżka związana z komunikacją społeczną zaczęła otwierać przede mną swoje wrota, uważam, że wywiad to forma dialogu, pewnego rodzaju dyskusja pozwalająca na zdobycie ciekawych informacji. Nie da się przewidzieć odpowiedzi naszego gościa, ale należy wczuć się w rozmowę, racjonalnie myśleć i zadawać konkretne pytania. Zauważyłam jednak, że na naszym rynku pojawia się coraz więcej autoryzowanych wywiadów, wydanych w książkowej wersji. Niestety niewiele z nich mogę Wam polecić.

Publikacja Terlikowskiego jest zbiorem przeprowadzonych wywiadów dla tygodnika Fronda z jedną różnicą – zmieniona, na rzecz wydania książki, forma może zaskoczyć wielu, zapoznanych już wcześniej z rozmowami, czytelników. Jak zaznacza autor, książka ma przewagę nad artykułem taką, że pomimo autoryzacji nie trzeba skracać długości dialogu. 

Terlikowski nie boi się żadnego tematu. Od dyskusji na temat życia prywatnego, przechodzimy na tematy związane z religią, seksualnością, by płynnie wkroczyć do świata polityki. Starcie poglądów jest bardzo burzliwe, dyskusja nigdy nie zostaje ucięta w połowie zdania, a wiele padających zdań zaskakuje nas na każdym kroku. Szymon Hołownia przedstawia swój stosunek do aborcji czy in vitro, Ewa Wanat przyznaje, że lubi oglądać filmy pornograficzne, Marcin Meller zazdrości ludziom wierzącym, a Krzysztof Ziemiec uważa,  że czas poświęcony rodzinie jest ważniejszy od „piwa z kolegami”. Bohaterów książki jest wielu. Są to postaci na ogół znane z życia publicznego, przecież nie zabrakło tu Jarosława Gowina, Romana Giertycha czy ojca Jacka Nowakowskiego, z którym rozmowa została opublikowana prawie na samym końcu książki i przyznam, że jest najbardziej kontrowersyjna ze wszystkich. Eutanazja do dziś jest tematem tabu wśród Polaków. Popularne akcje transplantologiczne stają się coraz szerzej akceptowane wśród młodych ludzi, a jakie poglądy, oparte wielokrotnie na doświadczeniu, prezentować może lekarz – dominikanin? Przeczytajcie sami.

Książka jest publikacją godną polecania. Tak dobrych wywiadów nie czytałam już dawno. Mamy tu, jak wspominałam na początku, rozmowę, prosty dialog, który nie tylko zachęca nas do przekręcania kolejnych stronic, ale i skompresowany zbiór informacji, jakie pozwalają poznać nam medialne postaci. Nie od dziś wiadomo, że PiS – PO to przeciwstawne obozy, a każdy z nich ma swoich zwolenników. Nie brakuje tu oskarżeń, wyrzutów pod adresem partii, a nawet konkretnych nazwisk! Katastrofa Smoleńska nadal jest wiecznie żywa. Zachowania Rosji mają wzbudzić strach, a media nie są bezstronne. Wszystko to przewija się w tej książce, która nie jest jedynie zbiorem prostych, płytkich i nic nieznaczących słów. „Pojedynki” do idealny tytuł dla tej publikacji.

Książkę polecam wszystkim osobom zafascynowanym dziennikarstwem, a zarazem osobom, które interesują się bieżącymi sprawami naszego kraju czy ogromem przeciwstawnych opinni i przekonań.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu FRONDA:



"Pojedynki" czyli książki, których na rynku zawsze będzie zbyt mało...

Szpitalny Oddział Ratunkowy to idealne miejsce do rozpoczęcia lektury. Takim oto sposobem, dużo wcześniej niż sama się spodziewałam mogę napisać Wam kilka, bardzo ciepłych słów pod adresem książki Tomasz Terlikowskiego Pt. „Pojedynki”.

Czytelnikom swojego Bloga nigdy nie wspominałam, że nie lubię przeprowadzania wywiadów. Dla mnie pisanie felietonów, relacji, recenzji czy sama korekta dziennikarska przynosi o niebo więcej frajdy niż (często) wcześniej przygotowana garść suchych pytań. Od kiedy ścieżka związana z komunikacją społeczną zaczęła otwierać przede mną swoje wrota, uważam, że wywiad to forma dialogu, pewnego rodzaju dyskusja pozwalająca na zdobycie ciekawych informacji. Nie da się przewidzieć odpowiedzi naszego gościa, ale należy wczuć się w rozmowę, racjonalnie myśleć i zadawać konkretne pytania. Zauważyłam jednak, że na naszym rynku pojawia się coraz więcej autoryzowanych wywiadów, wydanych w książkowej wersji. Niestety niewiele z nich mogę Wam polecić.

Publikacja Terlikowskiego jest zbiorem przeprowadzonych wywiadów dla tygodnika Fronda z jedną różnicą – zmieniona, na rzecz wydania książki, forma może zaskoczyć wielu, zapoznanych już wcześniej z rozmowami, czytelników. Jak zaznacza autor, książka ma przewagę nad artykułem taką, że pomimo autoryzacji nie trzeba skracać długości dialogu. 

Terlikowski nie boi się żadnego tematu. Od dyskusji na temat życia prywatnego, przechodzimy na tematy związane z religią, seksualnością, by płynnie wkroczyć do świata polityki. Starcie poglądów jest bardzo burzliwe, dyskusja nigdy nie zostaje ucięta w połowie zdania, a wiele padających zdań zaskakuje nas na każdym kroku. Szymon Hołownia przedstawia swój stosunek do aborcji czy in vitro, Ewa Wanat przyznaje, że lubi oglądać filmy pornograficzne, Marcin Meller zazdrości ludziom wierzącym, a Krzysztof Ziemiec uważa,  że czas poświęcony rodzinie jest ważniejszy od „piwa z kolegami”. Bohaterów książki jest wielu. Są to postaci na ogół znane z życia publicznego, przecież nie zabrakło tu Jarosława Gowina, Romana Giertycha czy ojca Jacka Nowakowskiego, z którym rozmowa została opublikowana prawie na samym końcu książki i przyznam, że jest najbardziej kontrowersyjna ze wszystkich. Eutanazja do dziś jest tematem tabu wśród Polaków. Popularne akcje transplantologiczne stają się coraz szerzej akceptowane wśród młodych ludzi, a jakie poglądy, oparte wielokrotnie na doświadczeniu, prezentować może lekarz – dominikanin? Przeczytajcie sami.

Książka jest publikacją godną polecania. Tak dobrych wywiadów nie czytałam już dawno. Mamy tu, jak wspominałam na początku, rozmowę, prosty dialog, który nie tylko zachęca nas do przekręcania kolejnych stronic, ale i skompresowany zbiór informacji, jakie pozwalają poznać nam medialne postaci. Nie od dziś wiadomo, że PiS – PO to przeciwstawne obozy, a każdy z nich ma swoich zwolenników. Nie brakuje tu oskarżeń, wyrzutów pod adresem partii, a nawet konkretnych nazwisk! Katastrofa Smoleńska nadal jest wiecznie żywa. Zachowania Rosji mają wzbudzić strach, a media nie są bezstronne. Wszystko to przewija się w tej książce, która nie jest jedynie zbiorem prostych, płytkich i nic nieznaczących słów. „Pojedynki” do idealny tytuł dla tej publikacji.

Książkę polecam wszystkim osobom zafascynowanym dziennikarstwem, a zarazem osobom, które interesują się bieżącymi sprawami naszego kraju czy ogromem przeciwstawnych opinni i przekonań.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu FRONDA:



Ubek. Wina i Skrucha - Bogdan Rymanowski

Ubek. Wina i Skrucha – niby zwykła ksiązka, a jednak pokaźna walizka akt, protokołów, skarg, donosów i adnotacji komunistycznych Służb Bezpieczeństwa. Gdzie jednak odszukać meritum tej publikacji? Zdradzę Wam ten sekret – pomiędzy wierszami.

Książkę przeczytałam dwukrotnie. Raz od początku do końca, a drugi – zupełnie jak Mickiewiczowskiego Konrada Wallenroda – od końca do początku. Dlaczego? Z bardzo prostej przyczyny, opisywane wydarzenia są retrospekcjami, podzielonymi na kolejne rozdziały: Figurant, Agent, Funkcjonariusz, Zdemaskowany, Skruszony i ostatni Rachunek Sumienia. Nie trudno snuć domysły, co poszczególne fragmenty niosą za sobą, bowiem każdy kolejny rozdział to awans w esbeckiej karierze, a zarazem przykry brak rozgrzeszenia swoich poczynań. Czytanie książki „od końca” pozwoliło mi nieco inaczej spojrzeć na Janusza Molkę i zastanowić się czy naprawdę jest tak zły, jak go malują.

Opowiedziana przez Bogdana Rymanowskiego historia dotyczy funkcjonariusza Służb Bezpieczeństwa, który brał sobie za nic przyjaźń, honor czy własne „ja” w ówczesnym świecie. Janusz Molka mówi: Miałem wrażenie, że siedzi przede mną twardy typ, z którym nie chciałbym spotkać się w ciemnej ulicy. Zdaje sobie sprawę, że jest już zbyt późno, by naprawić wyrządzone krzywdy, że nie uzyska rozgrzeszenia ani usprawiedliwienia swoich czynów. Swoim postępowaniem jednak po raz drugi łamie złożone przysięgi. Pierwszą z nich była lojalność wobec Solidarności, drugą – utrzymanie w tajemnicy swojej działalności konspiracyjnej. SB bardzo dbało o to, ażeby członkowie Partii nie zdradzali szczegółów swojej pracy. Polskie podziemie nie mogło dowiedzieć się, że wśród nich grasuje agentura i osaczeni są przez mniej, lub bardziej lojalnych ludzi.

Janusz Molka, podobnie jak wszyscy funkcjonariusze Służb Bezpieczeństwa, został wcielony do Milicji Obywatelskiej na drodze szantażu. Każdy rodzic dba o przyszłość swojego dziecka, każdy człowiek ma też swój słaby punkt, a więc zrobi wszystko w obronie tego, co kocha. „Nowak”, bo taki tytuł dostał nasz niedoszły oficer, donosił tylko dlatego, że pod lupę wzięto jego najbliższą rodzinę, a w tym – mała córeczkę. Tutaj jednak pojawia się konflikt interesów – można być esbekiem i składać fałszywe informacje czy wnosić sfingowane akta, jednak w Departamencie III nie pracują głupcy, szybko okazałoby się, że ten wcale nie chce „budować nowej ojczyzny” i kto wie, jakie konsekwencje przyniosłyby te działania. Molka postanowił, że będzie Agentem. Będzie dążył też do zdobycia stopnia oficerskiego i za wszelką cenę zadba o swoją spokojną posadę z wygórowaną pensją. Miał mnóstwo znajomości zarówno w warszawskim, jak i gdańskim podziemiu. Miał więc też wielu zaufanych ludzi, którzy pokładali w nim nadzieje podczas nowych projektów czy wystawiania dokumentacji wnoszącej o mniejszy wymiar kary.

Obrazek pobrano z Internetu; Czarny Czwartek

Muszę Wam się do czegoś przyznać. Zanim zabrałam się za lekturę, mimochodem obejrzałam film Antoniego Krauze Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł. Wielokrotnie wspominałam Wam o moim zamiłowaniu do wydarzeń dotyczących II Wojny Światowej, historii szarych ludzi, walki z okupantami. Nigdy jednak nie traktowałam powojennych epizodów za godnych uwagi i czasu wertowania poszczególnych książek. Jak się jednak okazuje – film przedstawił mi brutalne zachowanie Służb Bezpieczeństwa. Przytoczył pamiętne słowa Zenona Kliszko Z kontrrewolucją się nie rozmawia, do kontrrewolucji się strzela. Jak się jednak okazuje, do wydarzeń grudnia ’70 roku nawiązuje także Ubek, zaznaczając, że Molke widział tłum niosący na drzwiach ciało zabitego osiemnastolatka,  Zbyszka Godlewskiego. 


Molke był świetnym konspiratorem. Na każdym kroku dbał, ażeby jego tajemnica nie wyszła na światło dzienne, a zarazem regularnie donosił na swoich przyjaciół z Solidarności. Brał udział także w akacjach Niezależnego Zrzeszenia Studentów i gdańskim „Harvardzie”, dzięki któremu tak wiele osób dostało się na studia. Na co dzień zbierał książki. Ustawiał je w swoim domu, a te „mniej dozwolone” trzymał w głębi półki. Z czasem, kiedy jego sytuacja w SB była godna pozazdroszczenia – nie musiał już utrzymywać posiadanych zbiorów w tajemnicy. Konspiracji i polskiemu podziemiu przysłużył się kolportażem. Zatrudnił swojego przyjaciela – agenta, by ten zajmował się drukiem, a on mógł jeszcze bardziej osiadać na laurach wśród Solidarności. Za punkt priorytetowy przyjął sobie jednak szukanie kompanów „do kieliszka”, kiedy to stawali się nieco bardziej wymowni, a zarazem łagodnie poddający wszelkim manipulacjom.

Jeśli chcecie ocenić Janusza Molkę, zachęcam Was do lektury. Książka jest trudna, wymaga poświęcenia pełni uwagi oraz mnóstwa czasu wolnego. Jest jednak skarbnicą wiedzy. Wiedzy, której nikt z nas nie uzyska ad hoc, ponieważ nadal obowiązuje klauzula poufności. Nie wiem jednak jak zareagowaliby ludzie, którzy nagle dowiedzieli się, że ich najlepsi przyjaciele z zimną krwią obdarowywali ich katuszami, torturami i zamykali na miesiące, a czasem i lata w zimnych celach. Pytanie, jak wielu chciałoby dosięgnąć zemsty… Pomimo upływu lat.

Polecam Wam tę publikację. Być może dlatego, że zima nadchodzi pełną parą i lada dzień będziemy wspominali Czarny Czwartek sprzed 43 lat, ale i dlatego, że to część naszej historii, część naszych rodzin i część… nas samych. Nie zapominajcie, że PRL nie był niczym dobrym i wydarzenia te wcale nie umknęły w zgliszczach czasu. Stocznia latami walczyła, latami dążyła do porozumienia, ażeby robotnicy i ich rodziny mieli chociażby, co wziąć do ust. Władze jednak były bezwzględne, a Janusz Molka do owej władzy należał. Niszczył przyjaźń, niszczył konspirację, niszczył polskość... Czy Rachunek Sumienia, może dzisiaj cokolwiek zmienić? 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka:


Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje
Wywiad: Portal Warszawa i Okolice

Recenzja książki: Sodoma

Recenzja książki: Sodoma
Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie