­
­

Wielki powrót... YETI!

Wróciłam! 

Było pięknie, cudownie, bajkowo! Spędziłam niesamowite trzy dni w Szklarskiej Porębie. Przyznam jednak, że wynajęty przez nas "apartament" Sun & Snow to istna porażka. Nie polecam! Zapłaciliśmy 130 zł za "przygotowanie pokoju", czyli pozostawienie nieziemskiego kurzu na kanapie, telewizorze oraz szafkach. W sypialni, za komodą, były kłaki brudu, a nad wszystkim zwisał sobie niczego nieświadomy pajączek. Zwieńczeniem historii były dwie przepalone żarówki w kuchni, gdzie wieczorem zapanował mrok, brudna płyta grzewcza, zimna woda o poranku (implikująca brak ogrzewania) oraz łoże małżeńskie, czyli dwumetrowa rama, w którą wrzucono dwa materace (najwidoczniej oddzielny dla każdej osoby), okryte niesamowicie drapiącym prześcieradłem frotte. Gorzej być nie mogło, tak sądzę.  A wszystko kosztowało nas ponad 500 zł. Wizyta w restauracji także pozostawiała wiele do życzenia. Dostaliśmy paskudne jedzenie, ale przynajmniej w stosunkowo niskiej cenie. Na szczęście pozostałe "posiłki" ograniczały się do przepysznych oscypków z żurawiną pod ciepłym kocykiem. One były już bajkowe. :)

Zima w górach zawitała o jeden dzień wcześniej, niż w centrum kraju. Szkoda, że śnieżyca popsuła nam plany "spacerów" po górach, właściwie 20 kilometrowa eskapada ograniczyła się do max. 4 km spacerów w moich miejskich buciorach, które i tak niesamowicie osuwały się na śniegu. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Dołączam jednak zdjęcia spod Wodospadu Kamieńczyka. Było tam naprawdę pięknie :)









Banksy. Nie ma jak w dom – Steve Wright


Biografie zawsze intrygowały mnie najbardziej. Dookoła słyszymy nazwiska, pseudonimy artystów, którzy po kilkusetstronicowej lekturze okazują się kompletnie innymi osobami, niż zdawało nam się dotychczas. Jakiś czas temu trafiła do mnie wyjątkowo kontrowersyjna biografia pewnego… grafika, pozwolę sobie używać tego określenia, którego twarzy, imienia i nazwiska nikt, poza dobrymi współpracownikami i przyjaciółmi, nie zna. „Anonimowość jest bardzo przydatna, abstrahując już od tego, że pomaga nie dać się złapać. Pozwala zaś na to, żeby sztuka (…) była bardziej trwała” - właśnie tak, o artyście, którego chciałabym Wam przedstawić mówi jeden ze znajomych, Martin Roberts. Czy z powyższego opisu odgadniecie, jaka książka wpadła w moje ręce?

   Banksy. Nie ma jak w dom – Steve Wright 

O grafiku, a dokładniej jego życiu prywatnym nie wiedziałam dotychczas zbyt wiele. Sądziłam, że lektura uzupełni moje braki i pozwoli dopasować znane mi już rysunki do zdarzeń z życia Banksy’ego. Tak też się stało. Książka zawiera mnóstwo informacji nie tylko o autorze, ale i jego mieście – zwiedzamy Bristol „od kuchni”. Wędrujemy po rozmaitych miejscach, poznajemy najpopularniejszych twórców street art’u i momentami zaśmiewamy się do łez na myśl, że policji zorganizowano kurs pozwalający rozróżnić graffiti Banksy’ego od rysunków chuliganów marzących po murach. Album wzbogacony jest o liczne notatki prasowe, skróty wywiadów okraszone fotografiami i kolejne stopnie rozwoju twórczości Banksy’ego. Dla fanów artysty to naprawdę świetna książka uzupełniająca kolekcję, jednak czy osoby postronne, niezwiązane ze Street Art’em, nierozumiejące przesłania czy kwintesencji malowideł na murach będą starały się przyswoić ten zastrzyk wiedzy o Banksy’m? Wydaje mi się, że tak. Mnie bardzo zauroczył sposób wydania publikacji. Najpierw poznajemy Bristol, odkrywamy jego tajemnice i zakamarki, poznajemy twórców najróżniejszych graffiti, ich pobudki i przesłania, po czym wchodzimy w życie Banksy’ego. Sposób patrzenia na świat, który przekazują nam osoby z jego otoczenia, obrazy opisujące bieżące problemy oraz komizm sytuacji związany z prostą, acz kontrowersyjną formą przekazu „nigdy nie wiesz, co spotkasz na murze za rogiem”.

Skoro współczesność mówi nam, że królem popu jest Michael Jackson, królem horroru Stephen King, tak królem Street Art.’u nazwiemy Baksy’ego. I choć wokół z każdego z wymienionych artystów, działają równie zdolne i znane nam osoby, to kluczowe miejsce na podium zawsze należy do najlepszego w swoim fachu. Jeżeli więc chcecie poznać kogoś, kto przez lata swojej twórczości działa pod pseudonimem i ani media, ani prokuratura nigdy poznały jego danych osobowych, a zarazem kogoś, kto sprawia, że uśmiechacie się patrząc na pozornie zwykły kawałek ściany – koniecznie przeczytajcie tę książkę. Sądzę, że warto.


Za książkę dziękuję Wydawnictwu SQN:



Japonia w sześciu smakach - czyli kolejna wyprawa do Azji


Japonia w sześciu smakach, czyli książka Anny Świątek ukazuje nam ów azjatycki kraj „od kuchni”. To jedyny sposób, aby porównać znajdującą się treść, do tytułu publikacji. Jeśli pozwolicie jednak, zacznę od początku, bowiem należy się cała Wam seria wyjaśnień. Książkę, której tytuł ponownie pokuszę się powtórzyć, Japonia w sześciu smakach, otrzymałam na wyraźną prośbę od Wydawnictwa Bernardinum. Propozycja ta pochodzi z serii Poznaj Świat, czyli cyklu wydawanego pod czujnym i, mam nadzieję, krytycznym okiem Wojciecha Cejrowskiego.

 Zaintrygował mnie poprzedni, recenzencki egzemplarz Chiny od góry do dołu i nie ukrywam, że był on głównym motywem mojej prośby. Niemniej, do czego zmierzam, zarówno wspomniane Chiny…, jak i Japonia… to relacja z okresowego pobytu w danym kraju. Nie znajdziecie w nich opisów fauny i flory. Nie zwiedzicie poszczególnych miast i wiosek. Nie odkryjecie nowych lądów, ani nie zasmakujecie potraw, które wyobrażacie sobie naocznie. Książki te są opisem życia codziennego, mniej lub bardziej inspirujących perypetii i empirycznym poznaniem kultury wschodu. Czasem będziecie skonfundowani, czasem zmartwicie się losem przeziębionych Japończyków. Bywa jednak i tak, że porcelanowa cera (ze względu na ilość nałożonego podkładu) w połączeniu z mało pociągającym zgryzem, zdegustuje Wasze oczy. Dowiecie się, w jak dziwnych warunkach można zarówno mieszkać, ale i sypiać, albo jak wyglądają hotele dla biznesmenów. Na niedomiar atrakcji odwiedzicie też Tokio, gdzie zapłacicie na pieczywo blisko 8 zł, albo skorzystacie z „pokoi miłości” cieszących się niezwykłą popularnością. Nie zabraknie Wam też wizyty w nietypowej hurtowni ryb, której w Polsce nie znajdziecie, bądź uświadomicie sobie, że los gaijina wcale nie jest tak kolorowy, jak by się wydawało.

Na książce Anny Świątek nieco się zawiodłam. Miałam szczerą nadzieję, że przeczytam ciekawy reportaż, poradnik młodego podróżnika, który może niekoniecznie pokaże mi, jak przetrwać w Japonii a pozwoli po raz pierwszy w życiu zwiedzić nieznany mi kraj. Być może jednak to kwestia fanaberii i wyobrażeń, a więc moją opinią nie powinniście się sugerować. Ubiorę to w inne słowa: jeśli dotychczas nie ciekawiła Was kultura wschodu, książka ta będzie zarówno idealnym upominkiem, jak i bardzo przejrzyście zebranym źródłem wiedzy. Jeżeli jednak Japonia nie jest Wam obca, możecie poczuć się zawiedzeni ze względu na poruszenie dość tuzinkowych tematów. Mało osób będzie zafascynowanych opowieścią o ugryzieniu przez daniele, albo faktem, że sushi droższe jest na lokalnym targu, niż w popularnej restauracji. 

Autorka opowiedziała nam swoją wycieczkę. Owszem, podzieliła rok na kolejne rozdziały i fragmenty. Dopasowała poszczególne zdarzenia, by wszystko łączyło się w logiczną całość, a każda historia została wzbogacona o szerokie wyjaśnienie z jej strony. To bardzo dobrze świadczy od pani Świątek, która jako dziennikarka, świetnie napisała tę książkę. Lektura jest bardzo przyjemna. Nie męczy, nie nuży, zabiera nam jedynie kilka godzin, a czasem wywołuje też mimowolny uśmiech na twarzy. Pod tym względem warto docenić zarówno Japonię w sześciu smakach, ale i całą serię Poznaj Świat. Co by nie było – gorąco polecam Wam tę książkę. Moja ocena to 6/10, choć wynika to z zasobu posiadanej już przeze mnie wiedzy. Z lektury nie wyniosłam zbyt wiele, ale to nie znaczy, że książka nie jest warta uwagi czy godna polecenia.


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Bernardinum: 




Kiedy psychologia bada roztargnienie... - czyli recenzja książki R. Studenskiego

Otrzymując książkę od wydawnictwa Impuls miałam dziwne przeczucie, że pozycja ta dedykowana jest specjalnie dla mnie. Któżby inny wiódł tak chaotyczne życie, jak ja? Podczas lektury zdałam sobie jednak sprawę, że podobnych do mnie istot na tym świecie jest cała masa i podejrzewam, że nawet Wam, Drodzy Czytelnicy, zdarza się zatrzasnąć klucze w samochodzie, pójść do urzędu miasta w celu wyjaśnienia pewnych formalności i tak zaaferować się innymi sprawunkami, że administracja nie ujrzy Was nawet na oczy, albo po prostu wtargnąć do apteki prosząc o czerwony lakier do paznokci. U mnie sytuacje te, choć wydają się być komiczne, zdarzają się na porządku dziennym. Ja sama już przywykłam do mojego „dziwnego”, a czasem i „nietypowego” usposobienia. Bowiem wierzcie mi, że tak jak z tym lakierem – mina farmaceutki była genialna, a moje „że… jak to?” mówiło samo za siebie. Skończmy jednak tę dygresję i wróćmy do publikacji pana Ryszarda Studenskiego.


„Transgresja jest cechą, która często współwystępuje z innowacyjną przedsiębiorczością i jest słabo reprezentowana w profilu cech, w którym znaczące miejsce zajmuje roztargnienie”

Długo zastanawiałam się, czy mogę opiniować tę książkę, ponieważ byłam piekielnie zła na autora! Jak to ja jako, po pierwsze – kobieta, a po drugie – studentka zarządzania, nie nadaję się do bycia liderem w przedsiębiorstwie? Dobrze, wszystko rozumiem, kobiety mają swoje humory, zachcianki i przede wszystkim są o niebo bardziej roztargnione od swoich partnerów, jednak pracę wykonujemy wszyscy podobnie. Psychologiczne udokumentowanie mniejszych predyspozycji kobiet do pełnienia różnorakich funkcji, dotyczących szeroko pojętego zarządzania uważam za niesprawiedliwe, bowiem powierzone obowiązki, które zostały ściśle sprecyzowane, wszyscy wykonujemy tak samo. W przypadku liderów moje zdanie także nie ulega wątpliwości…

Postanowiłam jednak kontynuować lekturę z nadzieją, że stosowne wnioski wezmę sobie do serca i spokojnie przeanalizuję całą publikację.

Wszyscy wiemy, że codzienne roztargnienie bywa kłopotliwe dla nas samych, ponieważ utrudnia koncentrację i zdolności poznawcze. Bywa też, że stajemy się przez nie bohaterami powtarzanych z ust to ust anegdot naszych znajomych i przyjaciół...

Książka ta ma pomóc zrozumieć nam poziom swojego roztargnienia, zbadać czy jest ono już problemem utrudniającym normalne życie, czy zwykłą, uwarunkowaną genetycznie cechą naszej osobowości. Muszę przyznać, że wykonałam wszystkie, zaprezentowane w książce ćwiczenia, jednak zabrakło mi weń stosowniejszych wniosków i opisów każdej sytuacji. Mam świadomość, że wymagałoby to o niebo więcej pracy od autora, a zarazem wydłużyło publikację o dobre 50 stron. Sądzę jednak, że warto zadbać o to przy kolejnym wydaniu.

Jak mogę zreasumować tę pozycję? Książka należy do dobrych publikacji psychologicznych. Zawiera informacje dotyczące opisywanego zjawiska, stara zdefiniować się pojęcie „roztargnienie” i przede wszystkim – jasno omawia konkretny temat. Czasem jednak odniosłam wrażenie, że autor „leje wodę”, aby wydłużyć swoją przemowę. Stary studencki trick przy pisaniu sprawozdań – kiedy nie mam pewności, dopiszę jeden przymiotnik (określający „wyjątkową” sytuację) i będzie z głowy. ;)

To tyle. Miłego, (nie)roztargnionego, wieczoru!

Nadchodzi Zima... :)


Dzień dobry,
Jak tam Wasze przygotowania  do Świąt? Wertujecie już bożonarodzeniowe propozycje sklepów czy sami tworzycie drobne upominki? Ja poszukiwania zacznę zapewne w tym tygodniu, choć sprawą priorytetową są wykrawacze do pierników i foremki do muffinów. W końcu trzeba je niedługo upichcić. Pyszna sprawa! :)
Jeśli jednak wszystko pójdzie zgodnie z planem, najbliższy piątek spędzę w kuchni. Jeśli jednak nie - wszystko w rękach kolejnego wtorku. :D Będzie smacznie!

*
Konkurs
Brak wyników, brak danych. Wzięło udział jedynie 6 osób, a więc mniej niż zakładał regulamin. Nie ukrywam, że była to forma promocji Pastelowego Niecodziennika, jednak pomimo naprawdę dużej liczby odsłon Bloga - książką zainteresowanych było niewiele. Szkoda. Mam jednak szczerą nadzieję, że kolejny konkurs dojdzie do skutku, a propozycja przekona Was nieco bardziej. Śledźcie mój Pastelowy Świat blisko Świąt Bożego Narodzenia! :)

*
Co czeka nas w tym tygodniu?
Niewątpliwie recenzja książki o zespole Kings of Leon, a także bardzo krótka opinia o Listach do M.. Najbliższe dni zapowiadają się dość spokojnie, a więc wszystko jest na dobrej drodze. :)
Nie lubię poniedziałków. 

*
Zakupy i polecajki
Stało się! Zamówiłam sobie pachnący prezent urodzinowy, a innymi słowy - napadłam na Yves Rocher (w planach była wizyta w warszawskiej Stodole na koncercie zespołu Coma). Dzisiaj, do godziny 24:00, przy zakupie za min. 99 zł, można otrzymać drugi, tańszy produkt za 1 zł. Korzystając więc z tej pięknej okazji, zamówiłam:


1. Wodę perfumowaną Comme une Evidence 100 ml za 139,00 zł
Opis produktu: Zapach kwiatowo-zielono-szyprowy Bardzo kobiecy zapach uwodzący harmonijną czystością i naturalną elegancją: nuty roślinne kwiatów fiołka łączą się z promienną linią serca dzikich konwalii, aż wreszcie poczujesz zapach zmysłowego mchu. Nuta głowy: liść fiołka Nuta serca: jaśmin, dzika konwalia Nuta głębi: paczula, mech


2. Wodę perfumowaną So Elixir 50 ml wartą 122,00 zł, którą jak wynika z powyższego, otrzymałam za 1 zł :D 

Opis produktu: Zmysłowy i subtelny zapach będący kwintesencją kobiecości, który pozostawia niezapomniane wrażenia i któremu trudno się oprzeć. Zapach stworzony dla kobiet, które pragną przyciągać wszystkie spojrzenia, czuć się atrakcyjnie i niezwykle kobieco. Zapach otwiera porywająca świeżość bergamotki, która przechodzi w czarującą nutę kwiatową róży i jaśminu. Doskonałym dopełnieniem, podkreślającym kobiecość zapachu, są wibrujące akordy paczuli, bobu tonka oraz kadzidła. Nuta głowy: bergamotka Nuta serca: absolut z jaśminu, róża damasceńska Nuta głębi: paczula, bób tonka, kadzidło

3. Do tego wszystkiego był Gratis - padło na krem BB ;) 

Muszę przyznać, że z niecierpliwością będę wyczekiwała Bożego Narodzenia, bowiem przesyłka nie dotrze do mojego warszawskiego lokum, a do Krasnolandii. Uważam jednak, że dokonałam trafnego zakupu, a promocja spadła mi z nieba. Skorzystajcie i Wy! ;) 

*
Humory & Nastroje
Przede mną jeden z najsmutniejszych miesięcy w roku. Tak naprawdę wcale nie lubię ani grudnia, ani Świąt Bożego Narodzenia. Może to kwestia braku tej magii czy stosownej atmosfery, a może takiego... wewnętrznego uśmiechu? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że liczne komedie romantyczne mi nie służą, a jeszcze niewątpliwie obejrzę, jak co roku,  Love Actually. Autodestrukcja. 



Udanego... Grudnia! :) 



Recenzja "Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje

Ta dziewczyna naprawdę czerpie z życia pełnymi garściami i bierze jak swoje
Wywiad: Portal Warszawa i Okolice

Recenzja książki: Sodoma

Recenzja książki: Sodoma
Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie