- 07:15
- 18 Comments
Film Polityka miał obnażyć prawdę o polskiej arenie politycznej. W demokratycznym świecie, gdzie ul walczy z ulem nic już nie jest takie samo. Pierwsze skrzypce przejmują media, a władza i jej utrzymanie doprowadzają do licznych patologii.
Wiecie jednak, co sprawiło, że zaczęłam szukać drugiego dna? Sponsorem głównym filmu Vegi jest spółka skarbu Państwa - Lotos. Polityka natomiast przedstawia ikony partii, które poniosły konsekwencje swoich działań, zostały odsunięte od władzy, a nawet aresztowane. W myśl prostej ideologii - znaleźliśmy problem, daliśmy mu drugą szansę, usunęliśmy go, teraz mamy czystą kartę. Łatwe, prawda? Co więcej, postać w którą wcielił się Andrzej Grabowski ukazała Prezesa jako człowieka o ludzkiej twarzy, schorowanego staruszka, pełnego wspomnień i trosk, który wierzy w swoją ideologię i nie pozwala na żadne odstępstwa.
Na ten film do kina poszłam tylko ze względu na obsadę. Andrzej Grabowski, Maciej Stuhr czy mój faworyt polskiej kinematografii - Janusz Chabior, uratowali produkcję Vegi. Wiem jednak, że była to ostatnia premiera reżysera, na którą się zdecydowałam. Po serialu Pitbull z 2005 roku żadna z jego produkcji nie przypadła mi do gustu. Botoks był filmem infantylnym, Niebezpieczne kobiety i Nowe Porządki wprawiały mnie w zażenowanie. Polityka z kolei okazała się zagrywką poniżej pasa, która w moim odczuciu jest zwyczajną propagandą, a Patryk Vega swoim filmem bardziej pomógł niż zaszkodził aktualnej obecnej władzy. Czy właśnie w taki sposób miał odmienić wynik wyborów 2019? Co myślicie o filmie Polityka?
Zastanawiacie się czasem, jak wygląda życie otaczającej nas fauny i flory? Jakim kluczem kierują się zwierzęta i które procesy angażują poszczególne komórki roślin? Jeżeli tak, mam dla Was interesującą książkę Davida Haskella.
Autor zabiera nas w niesamowitą podróż do maleńkiego wycinku lasu, którego tętniące życie porywa nas już od pierwszej strony. Haskell zdecydował się spędzić rok z lornetką i lupą w dłoni, aby zbadać wszystkie mechanizmy biologiczne, kierujące królestwem roślin i zwierząt w trakcie czterech pór roku, a nam, czytelnikom, przekazać zbiór najcenniejszych informacji oraz praw, które rządzą światem. Historia pszczół pokazała, że bez tych pozornie beztroskich owadów zostałyby nam zaledwie cztery lata życia, bez roślin z kolei nigdy nie odkrylibyśmy wielu antybiotyków ani leków codziennego użytku.
Ogromnym zaskoczeniem był również przekaz książki. Haskell za wszelką cenę próbuje ban wytłumaczyć, że otaczający nas świat nie tylko zasługuje na szacunek, ale cierpi z powodu naszej ingerencji w środowisko, bez względu na to czy chodzi o zaśmiecanie parków, łamanie drzew czy zabijanie owadów.
![]() |
Kup w księgarni Pan Tomasz |
Książkę gorąco polecam. Pióro autora jest niezwykle lekkie, przyjemne, często skierowane personalnie do nas w taki sposób, byśmy przeanalizowali swoje postępowanie. Otaczającą nas fauna i flora to zdumiewająca społeczność, gdzie każdy z jej elementów pełni pewną funkcję. Przekonajcie się jednak sami, która informacja będzie dla Was największym zaskoczeniem.
- 14:35
- 2 Comments
Lada chwila minie tydzień od premiery najnowszej części Piratów z Karaibów. Byliście już w kinie? Jeżeli nie, koniecznie przeczytajcie!
Od pewnego czasu giganci światowej kinematografii lubują się w kontynuowaniu kultowych serii. Co i rusz pojawiają się zwiastuny Gwiezdnych Wojen, Władcy Pierścieni (Hobbita), Obcego czy Szybkich i Wściekłych. Historie bez końca, czasem nudne i oklepane w końcu przestają wywoływać emocje.
Zdumiewające, że aż 6 lat przyszło nam czekać na premierę Zemsty Salazara, a sale kinowe nie są wypełnione po brzegi. Enigmatyczne spolszczenie tytułu “Dead Men Tell No Tales” nie budzi kontrowersji, a fani serii w ciszy opuszczają kinowe sale. Czy to znak, że coś poszło nie tak? Reżyserii filmu podjęli się Joachim Rønning i Espen Sandberg, autorem scenariusza został Jeff Nathanson, a producentem Jerry Bruckheimer. W rolach głównych Johnny Depp, Geoffrey Rush, Orlando Bloom i Kevin McNally.
O czym opowiada najnowsza produkcja Disney’a? Staczający się, wiecznie pijany Jack Sparrow, porzucony przez załogę i osamotniony postanawia rozstać się z busolą, wymieniając ją na kolejną butelkę rumu. W tym samym momencie, główne skrzypce zaczyna odgrywać syn Williama Turnera, który jako młody marynarz pragnie uwolnić ojca od mrocznej klątwy Davy’ego Jonesa. Mity i legendy morskie w najmniej oczekiwanym momencie zaczynają się spełniać, a potwory pod dowództwem Kapitana Salazara, rozpoczynają pościg za Sparrowem, chcąc unicestwić wszystkich piratów. Turner i Sparrow łączą siły, wyruszając w niebezpieczną podróż w poszukiwaniu Trójzębu Neptuna.
Najnowsza część filmu ma jednak wiele zalet. Należy zwrócić szczególną uwagę na kreacje bohaterów, które z każdym rokiem zaskakują widzów w niecodzienny sposób. Niełatwo pokazać duchy, widma przepełnione emocjami, które myślą, analizują, smucą się i radują. Dodatkowo, poczucie humoru również trzyma poziom. Pierwsze minuty filmu bawią, kolejne irytują, a niektóre dialogi w trakcie projekcji są wskazane dla dorosłych widzów. Twórcy Zemsty Salazara zadbali również o wyjaśnienie wielu wątków, które towarzyszą nam od pierwszej części serii. Dowiadujemy się m.in. skąd pochodzi kompas Jacka oraz obnażamy jedną z największych tajemnic kapitana Barbossy.
Czy polecam Piratów z Karaibów? Nie. Dwugodzinna projekcja momentami zawiedzie nawet najwierniejszych fanów sagi. Wiele scen zostało niepotrzebnie wydłużonych, a mnóstwo wątków poruszonych, pomimo ich nieznacznej roli. Zamiast kontynuacji kultowego filmu na bardzo wysokim poziomie, otrzymujemy błahą, przepełnioną patosem komedię. Chętnie jednak poznam Wasze zdanie. Oglądaliście? A może wybieracie się do kina? Zemsta Salazara na wielkim ekranie już od 26 maja!
- 12:01
- 6 Comments
Zniknięcia się zdarzają. Czasem nie są w stanie wpłynąć na nas, na sposób postrzegania świata, jednak istnieją również straty, z którymi nie sposób się pogodzić - śmierć.
Mały Andreas spędza godziny na cmentarzu, gdzie został pochowany jego starszy brat. Na pozór nic w tym dziwnego - młodzieniec cierpi po stracie, poszukuje bratniej duszy, stara się ułożyć świat na nowo. Jest klasycznym przykładem dziecka ze schematem porzucenia, które na co dzień funkcjonuje samotnie, z dala od przyjaciół, rówieśników i bliskich. Chłopiec samodzielnie zajmuje swój czas, wymyśla niestworzone historie, żyje na pograniczu świadomości i wykreowanych mitów. Pewnego dnia jednak nie wraca do domu. Podniesiony alarm. Czas rozpocząć śledztwo. Na pierwszy plan wychodzi inspektor Maria Wern.
Zaginiony to ósmy tom serii szwedzkiej autorki, Anny Jansson i jak można się domyślać, jej sukces na rynku wydawniczym świadczy o wyjątkowo dobrym przyjęciu przez Polaków. Język pisarki jest lekki, plastyczny. Lektura nie nuży, staje się świetną odskocznią od codziennych obowiązków. Nie ukrywam, że zaskoczyła mnie przemyślana fabuła książki. Zaginiony to tak naprawdę wielowątkowa powieść kryminalna, której wspólnym elementem jest inspektor Wern. Każda z jej poszlak przywodzi czytelnikowi na myśl nowe rozwiązanie historii, ale ciągle nieodkryte aż do ostatniej karty. Jak sądzicie, dziewięcioletni Andreas został porwany? Zabity? Jaką rolę w śledztwie odegra enigmatyczna czaszka? O wszystkim musicie przekonać się sami podczas lektury.
![]() |
Sprawdź na stronie Wydawnictwa |
Zachęcam Was do przeczytania książki Zaginiony. Autorka nie należy do grona najpopularniejszych pisarzy Skandynawii, takich jak Jo Nesbo, Henning Mankell czy Stieg Larsson, ale jest na dobrej drodze, by walczyć o wyróżnienie wśród najznamienitszych. Książka jest napisana w bardzo jasny, klarowny sposób. Lektura sprawia, że chcemy rozwiązać niecodzienną zagadkę i obnażyć kryminalną twarz malowniczej Gotlandii. Koniecznie sprawdźcie, co spotkało Andreasa.
- 08:59
- 7 Comments
Pasja, nauka, miłość... Marii Skłodowskiej - Curie chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Jak wyglądało życie wybitnej Polki, zdobywczyni dwóch Nobli i jednej z pierwszej kobiety na Sorbonie?
![]() |
Fot. Kino Świat |
Opowieść rozpoczyna się oczywiście w laboratorium, kiedy to młode, szczęśliwe małżeństwo - Maria oraz Pierre, pracuje wspólnie nad radioaktywnością pierwiastków. Za ciężką pracę i swoje badania otrzymują nagrodę Nobla za osiągnięcia w fizyce. Maria jest pierwszą kobietą w historii, którą dotkną taki zaszczyt. Nagrodę, w imieniu naukowców odbiera Pierre, oczywiście akcentując, że wyróżnienie należy zarówno do jego, jak i do Marii.
Życie rozpieszcza naukowców również w innych aspektach. Oprócz wspólnej pasji łączy ich wielkie, szczere uczucie, niczym z powieści Jane Austin. Wychowują wspólnie dzieci, mają piękny dom, wspaniałych przyjaciół. Niestety idylla kończy się wraz z nieszczęśliwym wypadkiem, który kończy się śmiercią Pierre'a. Załamana Maria próbuje "zatopić" swoje smutki w pracy. Ma również świadomość, że bez męża "nic nie znaczy" w męskim świecie naukowców, dlatego ogarnia ją wielka determinacja, aby dać dowód swojej wiedzy i umiejętnościom. Dzięki ciężkiej pracy zostaje wykładowcą na Sorbonie, otrzymuje również drugą Nagrodę Nobla. Spotyka również kogoś, kto daje jej szczęście... niestety nowa miłość okazuje się powodem wielu problemów w życiu noblistki. Krótko dodam, że przeczytałam w Gazecie Wyborczej recenzje mówiącą o tym, że film ukazuje historię wybitnej Polki poprzez ukazanie jej seksualności. Nie zgadzam się z tą opinią. Oczywiście wątek romansu jest istotny i uwidoczniony w filmie, nie stanowi jednak przewodniego wątku opowieści...
Należy pamiętać, że Maria żyła w bardzo ciekawych, jednakże dość trudnych czasach dla młodych, zdolnych kobiet. Pomimo istniejących ruchów związanych z emancypacją kobiet, wielu mężczyznom trudno było zaakceptować fakt, że kobieta również może zajmować się czymś innym niż wychowywaniem dzieci i gotowaniem obiadów. Dlatego też powinnyśmy złożyć podziękowania w stronę uczonej, ponieważ "przetarła szlaki" kolejnym pokoleniom młodych, zdolnych dziewcząt.
Wielkie uznanie dla aktorki grającej główną rolę. Karolina Gruszka bardzo mnie do siebie przekonała dzięki tej roli. Była dokładnie taką Marią Skłodowską, jaką sobie wyobrażałam - z jednej strony naukowcem i twardo stąpającą po ziemi osobą, z drugiej delikatną kobietą. Wielkie dzięki za możliwość oglądania tak pięknej kreacji! W filmie pojawili się również inni polscy aktorzy - między innymi Iza Kuna, którą bardzo lubię oraz Daniel Olbrychski (którego ostatnio lubię troszkę mniej). Nie do końca rozumiem, dlaczego polski aktor grał francuskiego naukowca, jednakże miło, że zaangażowani zostali nasi rodzimi artyści.
Co mnie troszkę zabolało - bohaterka nawet z własną siostrą rozmawiała głównie po francusku. Rozumiem, że to dość niewielki szczegół, jednakże Maria była Polką, miło byłoby gdyby twórcy filmu to dosadniej zaakcentowali.
Podsumowując - zapraszam do kin...Dlaczego? Chociażby po to, abyśmy zdali sobie sprawę, że w życiu SKY IS THE LIMIT. Że jesteśmy wspaniałymi istotami i siła naszych umysłów jest nieograniczona! Miłego seansu!
Karolina
- 23:28
- 32 Comments
O Sztuce kochania słyszymy od kilku
tygodni. Głośna premiera, ciekawa historia, interesująca biografia i… drobne
nieporozumienie.
Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej to film, na który
wszyscy czekaliśmy, ale i film, który nie zadowoli wymagającego widza. Ci,
którzy znają książkę i wiedzą, co kryją jej karty z pewnością chcą zobaczyć
fabularną opowieść o kobiecie, która okrzyknęła samą siebie rewolucją seksualną
Polaków. Co jednak sprawiło, ze film nie
do końca przypadnie wielu z Was do gustu?
Sposób przedstawienia
faktów okazuje się bardzo płytki. Dramatyczne sceny nie budzą żadnych emocji
- weźmy na ten przykład moment, w którym niemieccy żołnierze wysiedlają
mieszkańców kamienicy, w tym Michalinę i Stanisława Wisłockich. Znana nam z
wojennych filmów wywózka to przepełniona bólem, strachem i rozgoryczeniem
scena, która zmusza widza do chwili refleksji, a która w Sztuce Kochania staje się jedynie płaskim epizodem. Innym przykładem
jest sposób, w jaki Sadowska zdecydowała się przedstawić świat Michaliny,
Stanisława i Wandy. Życie w trójkącie, które przez lata zdaje
się być fraszką, powinno ukazać widzom rozdarcie głównej bohaterki, które wkrada
się na ekran, gdy mydlana bańka „radości” nagle pryska. Gdzie ból Miśki? Gdzie rozpacz dzieci? Gdzie nienawiść do Wandy? Dlaczego Stanisław może zwyczajnie wyjść?
Moim zdaniem to największa wada filmu. Głębokie sceny zostały spłycone, akcja nie porusza widza tak skrajnie,
jak przedstawiliby to mistrzowie w swoim fachu, tacy jak Wojciech
Smarzowski czy Patryk Vega. Ponadto,
film nie zmusza do przeanalizowania losów głównych bohaterów. Nie raz oglądając biograficzne historie
analizowałam akcję, doszukiwałam się prawdy pomiędzy wierszami, a po zakończeniu seansu milczałam, nie
wiedząc od czego zacząć dyskusję. Maria Sadowska
moim zdaniem nie podołała wyzwaniu, a rekomendowanie Sztuki Kochania, jako filmu lepszego od Bogów to potwarz dla Łukasza Palkowskiego.
Całość nie była
jednak zła. Zachwyciło mnie wiele
fantastycznych zdjęć, epicka scenografia i kostiumy, idealnie dobrane
do epok i statusu społecznego bohaterów. Ciekawie przestawiono również
trzy kierunki władzy PRL – partia, kościół i media, a także podejście do
kobiet, którego brakuje dziś wielu lekarzom. Sama postać Michaliny Wisłockiej
stała się dla mnie w pewnym stopniu intrygująca – porzucona przez męża, samotna
Matka Polka, skrzywdzona przez przyjaciółkę, przepełniona żalem, bólem i
rozgoryczeniem, staje na nogi tylko dlatego, że jej misją jest pomoc wielu
kobietom w całym kraju. Michalina nigdy się nie poddaje, dąży do celu, pomimo tego, że cierpi ma tym jej
rodzina. Przeżywa jednak prawdziwy rozkwit miłości, również tej cielesnej, gdy
na kilka dni opuszcza Warszawę, a na jej drodze staje zamężny mężczyzna. Atutem filmu jest też ukazanie konfliktu z systemem. PRL nie był dla nikogo dobrym ustrojem, wszechobecna cenzura i walka z jednostką, jaką jest człowiek, to clou filmu.
Na uznanie zasługuje również gra aktorska głównych bohaterów. W postać Michaliny Wisłockiej wcieliła się Magdalena Boczarska, przed którą twórcy filmu postawili ogromne wyzwanie. Aktorka, występująca nago i dumna ze swojej kobiecości stała się kwintesencją produkcji. Niemałym zaskoczeniem okazała się dla mnie rola Piotra Adamczyka, uwielbianego przeze mnie aktora "mojego pokolenia", ale i epizody z udziałem Eryka Lubosa, Tomasza Kota czy aktorki, której dotąd nie znałam, Justyny Wasilewskiej.
Na uznanie zasługuje również gra aktorska głównych bohaterów. W postać Michaliny Wisłockiej wcieliła się Magdalena Boczarska, przed którą twórcy filmu postawili ogromne wyzwanie. Aktorka, występująca nago i dumna ze swojej kobiecości stała się kwintesencją produkcji. Niemałym zaskoczeniem okazała się dla mnie rola Piotra Adamczyka, uwielbianego przeze mnie aktora "mojego pokolenia", ale i epizody z udziałem Eryka Lubosa, Tomasza Kota czy aktorki, której dotąd nie znałam, Justyny Wasilewskiej.
Sztuka kochania jednak nie jest filmem, który chciałabym obejrzeć
ponownie w niedługim czasie. To lekka produkcja na jeden wieczór, ale zdecydowanie
warto ją poznać, bo kto z Was przeczytałby biografię Michaliny Wisłockiej? Przymknijmy oko na mankamenty i niedopracowanie. Jakie jest Wasze zdanie na temat Sztuki Kochania? Chcecie obejrzeć ten film?
- 17:10
- 17 Comments
Warszawskie Kino Atlantic sprezentowało swoim fanom dzień pełen wrażeń
– przedpremierowy pokaz filmu Pitbull. Niebezpieczne
kobiety. Zobacz, co wydarzyło się na wielkim ekranie!
![]() |
"Pitbull. Niebezpieczne Kobiety" |
Naszym głównym bohaterem jest Remek ps. Cukier, wyznawca filozofii
Arthura Schopenhauera, członek gangu motocyklowego, funkcjonariusz Ochotniczej
Straży Pożarnej w Żyrardowie. Jego losami targają sprzeczne emocje, miłość
i nienawiść przeplatają się w ciągu kilku sekund, a wrażliwość i współczucie
przeradzają w agresję. Remek raz pochyla się nad losem zakopanego żywcem psa, by po chwili rzucić drewnianym balem w kierowcę tira, który wcześniej
zajechał mu drogę. Remek jest
niegrzecznym chłopcem, swoją przebiegłością i inteligencją zarabia fortunę, a w
jego życiu pojawiają się dwie kobiety – miłość z dzieciństwa, niesłusznie osadzona w
więzieniu matka jego dziecka „Drabina”(Alicja Bahleda-Curuś) oraz ambitna
policjantka Zuza (Joanna Kulig). Jaką cenę
przyjdzie zapłacić bohaterkom za związek z gangsterem?
Vega przedstawia odważny portret skorumpowanej Polski. Nie ocenia
jednak żadnego ze swoich bohaterów, jako bierny obserwator, każe nam zdecydować, kto jest „dobry” a kto „zły”. Każda
z postaci przedstawia inną klasę społeczną i każda z nich boryka się z trudami
swojego życia. Porucznik Izabela Zych ps. Somalia (Magdalena Cielecka)
przyjmuje łapówki z powodu choroby syna, którego leczenie znacznie przewyższa
policyjną pensję, z kolei Szelka (Artur Żmijewski), znęcający się nad żoną pracownik
wywiadu skarbowego, jest zwyczajnie chciwy i pazerny. Czy ich losy mogą zakończyć się happyendem?
Pitbull. Niebezpieczne kobiety
to nie tylko historia funkcjonariuszy. W najnowszym filmie mamy do czynienia z dylematami
i ludzkimi tragediami, które wyciskają piętno na każdej kolejnej decyzji. Jako
że Vega postanowił oddać głos kobietom – borykamy się z trudami ich życia – domową
przemocą, alkoholizmem mężów, poniżaniem i zdradzaniem. Do czego jednak jest zdolna skrzywdzona kobieta? Czy zawsze jest w
stanie powiedzieć „dość” i zemścić się na swoim oprawcy?
Na wielkim ekranie zobaczycie... coraz mniej Pitbulla w Pitbullu.
Najnowsze filmy Patryka Vegi nie trzymają „starego stylu”. Serial pokochaliśmy za obnażanie prawdy, brutalną rzeczywistość,
bolesne fakty i makabryczne zbrodnie, które wstrząsały całą Polską. Naszymi
bohaterami byli funkcjonariusze warszawskiego Wydziału Zabójstw, którym los
codziennie rzucał kolejne kłody pod nogi. Fenomenalne role Andrzeja
Grabowskiego, Pawła Królikowskiego, Janusza Gajosa, Krzysztofa Stroińskiego czy
Marcina Dorocińskiego ukazywały nie tylko oblicze polskiej policji, ale i
strukturę przestępczej społeczności. To był prawdziwy Pitbull! Vega jednak podąża
za panującymi trendami – w końcu od premiery kultowej serii minęło już 11
lat, a gangsterskie porządki zmieniają się w mgnieniu oka. W fabułę filmu wplótł silnie rosnące niemieckie gangi motocyklowe i
polską przestępczość, wspieraną przez rząd i funkcjonariuszy najwyższej rangi.
![]() |
Zarezerwuj bilet na najbliższy seans! |
Niebezpieczne kobiety gorąco polecam. Vega, który nie tylko był reżyserem filmu,
ale i jego scenarzystą, świetnie wplótł sceny przepełnione humorem z pełnymi
brutalności i okrucieństwa wątkami. Wśród głównych ról nie zabrakło
uwielbianego przez damską część publiczności Miajamiego (Piotra Stramowskiego) oraz
Olki (Mai Ostaszewskiej). Starszym kolegą „po fachu” niezmiennie postał Jacek
Goc ps. Gebels (Andrzej Grabowski), który w fenomenalny sposób podnosi klasę tego
filmu. Ponad dwugodzinny seans to wyjątkowy sposób na udany wieczór! Już dziś
premiera – spieszcie się do kin!
- 12:10
- 18 Comments
Niesamowita lekcja historii i
fenomenalne widowisko ma wielkim ekranie. Wołyń,
najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego choć blisko miesiąc po premierze, nadal
znajduje się na liście najczęściej emitowanych seansów. Dlaczego?
Wołyń stał się tematem tabu. Nikt do
końca nie mówi, kto był sprawcą masakry. Historia milczy. Mało tego, po premierze filmu
chciałam skonfrontować to, co przekazano mi w szkolnej Sali z tym, co zobaczyłam
podczas seansu, ale musiałam zdać sobie sprawę z jednego – nikt, nigdy, nie
powiedział słowa na ten temat. Z jakiego powodu? Trudno powiedzieć. Do dziś zarówno Polska, jak i Ukraina obarcza
się wzajemnie odpowiedzialnością za jedną z największych rzezi w dziejach ludzkości,
ale czy ekranizacja kanwy opowiadań Stanisława
Srokowskiego oraz wspomnień świadków pozwoli raz na zawsze zamknąć
niewygodny dla obu krajów temat?
Ile jest więc Smarzowskiego w
Smarzowskim?
Mnóstwo. Pełen
brutalności, prawdziwy do szpiku kości film pokazuje masakrę, której przedtem
nie podjął się żaden z reżyserów. Wojciech
Smarzowski słynie z przesytu, okrucieństwa i krwi, którą czujemy niemalże na
swoich rękach. Wyjątkowo mocne kino
pokazuje jednak nie tylko ludzki dramat, przemoc, ale i ukraińską kulturę,
pełną starosłowiańskich obrządków. Wraz z głównymi bohaterami poznajemy rodzinne
tradycje – śpiewane pieśni ludowe, rozpleciny, oczepiny, pożegnanie z rodziną,
a także y sposób, w jaki przekazywano córki do zamążpójścia za krowę czy kilka
morgów ziemi.
Jeżeli
chodzi o samą fabułę filmu, jestem pod
ogromnym wrażeniem. Wołyń to
niezwykle trudny film, wymagający skupienia i analizy pewnych zdarzeń czy
symboli. Smarzowski co i rusz posługuje się metaforami, chce jednak abyśmy
stanęli twarzą w twarz z historią. Tę
lekcję wszyscy zapamiętamy na długo, a cytując słowa Zofii Nałkowskiej, że
to „Ludzie ludziom zgotowali ten
los", będziemy wracali do brutalnych scen pokazanych na wielkim
ekranie. Przestawione zdarzenia nie są
jednak fikcją literacką i wizją reżysera, która ma zapewnić widzom dreszczyk
emocji i mocne wrażenia. Smarzowski
wykorzystuje realia XX wieku. Bezlitośni,
bezwzględni i żądni zemsty Ukraińcy nie przebierali w środkach – widły,
siekiery, kije... to główna broń wołyńskich oprawców, a wszechobecna krew to
efekt miażdzenia czaszek, wypruwania wnętrzności czy odzierania ze skóry.
Na wyróżnienie zasługuje odtwórczyni głównej roli, Michalina Łabacz. Zadebiutowała na
wielkim ekranie, wcielaj cale się w rolę Zofii Głowackiej - Skiby – Ukrainki,
która poślubiła Polaka. To ona prowadzi nas przez całą fabułę filmu. Widzimy
jej radość, ciepły uśmiech, zakochanie, ale i rozpacz, ból i bezsilność. Sceneria i dobrane kostiumy przenoszą nas w
ten przełomowy okres, a lawirowanie po wątkach i różne czasy akcji jasno tłumaczą
bieg zdarzeń.
Rzeź
wołyńska to jedna z największych luk w historii. Nie możemy pozwolić, by nigdy
o niej nie uczono naszych dzieci i pozwalano, by została zapomniana na wieki. Z
czego wynika ta nienawiść? Odsyłam Was do literatury książki Wołyń. Siła traumy i encyklopedii.
Czy warto
obejrzeć ten film? Moim zdaniem obok produkcji takich jak Katyń, Czarny Czwartek. Janek
Wiśniewski Padł czy Człowiek z
marmuru, ten film powinien stać się projekcją obowiązkową dla wszystkich Polaków.
Wołyń zapewni Wam mnóstwo wrażeń, a oglądany w skupieniu odkryje przed Wami
wiele historii. Polecam!
- 23:51
- 14 Comments
Niedziela wieczorem, Centrum Warszawy, kino Atlantic, pełna sala ludzi. I zaczyna się... Opowieść o tajemniczym mordercy.
Nie lubię
banalnych filmów. Mam do nich wręcz awersję, szybko zaczynam ziewać, przełączać
kanał czy wychodzić z kina. Podczas seansu „Jestem mordercą” nic takiego mi się
nie zdarzyło. Film, przez cały czas swojego trwania, trzymał w napięciu, był
mroczny, trochę przytłaczający. Lubię takie, także dla mnie bardzo na plus.
Obraz powstał na
podstawie prawdziwych wydarzeń, które miały miejsce w latach 70. w Polsce. Na
ekranie widzimy Polskę smutną, brudną i zimną. Myślę, że miał być to zabieg,
żeby pokazać kontrast między czasami współczesnymi, które są bardziej
beztroskie, niż okres PRL-u.
Główny wątek
filmu to historia młodego milicjanta, który staje przed ogromnym zadaniem.
Zadaniem, które może całkowicie odmienić jego karierę. Do tej pory zaliczył
dość poważne niepowodzenia w śledztwach, które prowadził... Tym razem ma za
zadanie wytropić seryjnego mordercę kobiet, nazywanego przez wszystkich WAMPIREM. Trud pościgu niejednokrotnie przerasta
młodego mężczyznę. Musi zmagać się nie tylko z ciężkim dochodzeniem, ale
również z sytuacją polityczną, problemami społecznymi, swoimi ambicjami i
słabostkami. W pewnym momencie staje nawet przed... przed trudnym wyborem, jaką
drogę powinien obrać.
Film pokazuje
człowieka, który targa się z przytłaczającą go rzeczywistością oraz ciągle
atakującym stresem. Mirosław Haniszewski idealnie odnalazł się w tej roli. Jego
charakterystyczny wyraz twarzy oraz niemalże brak pokazywania emocji za pomocą
mimiki, idealnie podkreślał tragizm postaci oraz trud życia, z jakim młody
Jasiński (nazwisko milicjanta) się zmagał.
Należy również
zauważyć wspaniałe role Agaty Kuleszy oraz Arkadiusza Jakubika. Myślę, że na
długo zapadną mi w głowie sceny przesłuchań czy chociażby scena golenia... Aktorem, który trochę nie pasował mi do koncepcji filmu był Piotr Adamczyk. Swoją kreacją aktorską sprawiał wrażenie trochę za mało wpasowującego się w tajemniczość filmu. A może za bardzo kojarzy mi się z filmami o Papieżu czy Och-Karol?
Do jakiego
gatunku przypisałabym film? Znalazłam W SIECI określenie „znakomity dramat
policyjny”. Do tego opisu dodałabym jeszcze „dla ludzi o mocnych nerwach”.
Udanego (miły nie jest odpowiednim słowem w tym wypadku) seansu!
PS. Serdeczne podziękowania dla Pana Jacka Domińskiego za fotorelację :)
- 23:20
- 2 Comments
Wczoraj, 5 października, miałyśmy okazję zobaczyć przedpremierowy pokaz „Dziewczyny z pociągu”.
Pełna sala ludzi, przyjemna prelekcja, duże oczekiwania po świetnej książce i niestety...rozczarowanie. Niezwykle ciekawa historia, którą Paula Hawkins przelała na kolejne strony swojego dzieła, została wyjątkowo... spłaszczona.
![]() |
"Dziewczyna w pociągu" - okładka |
Film ukazuje nam
historię trzech pięknych kobiet – Rachel, Anny oraz Megan. Są dla siebie obce,
każda ma zupełnie inną historię, priorytety, jednak, jak się okazuje, bardzo
dużo je łączy. Historia zaczyna się w pociągu, którym Rachel codziennie
podróżuje. Podczas jazdy, obserwuje dwa domy, obok których pociąg codziennie
zatrzymuje się na kilka chwil. W pierwszym domu mieszka Anna z Tomem – byłym
mężem Rachel, za którym dziewczyna ciągle tęskni i próbuje się skontaktować.
Drugi z domów należy do pięknej Megan i jej męża Scott’a, którzy są
ucieleśnieniem marzeń o szczęściu w małżeństwie. Jednego wieczora szczęście
zostaje poruszone, ponieważ Megan znika w nieznanych okolicznościach.
Rozpoczyna się śledztwo i poszukiwania, w które bardzo angażuje się Rachel. Z
powodu braków pamięci i problemów z łączeniem faktów, zostaje nawet oskarżona o
spowodowanie zaginięcia kobiety. Finalnie jednak udaje jej się rozwikłać
tajemniczą historię pięknej, demonicznej Megan i jednocześnie całkowicie
odmienić swoje życie.
Brzmi ciekawie, prawda?
O ile historia rzeczywiście jest bardzo wciągająca (dlatego jestem fanką
książki!), o tyle film nie powoduje tylu emocji, a intrygująca historia,
niestety została spłaszczona. Film jest jednolity, a wychodząc z sali, mamy wrażenie, że obejrzeliśmy
na siłę wydłużoną historię, która niestety nie wniosła za dużo w nasze życie.
Dla osoby, która nie
zdążyła zapoznać się z książką przed obejrzeniem filmu, problemem może być
połapanie się ze sposobem przedstawiania historii. Duża liczba retrospekcji,
„cofania się” do przeszłości powoduje, że można się pogubić w chronologii.
Może teraz troszkę o
pozytywach. Dużym plusem filmu jest ukazanie kobiecej psychiki. Wyszczególnione
są kobieca wrażliwość, kruchość, ale również psychiczna siła. Problem, który
nie jest za bardzo powszechny w kinematografii, jest tutaj tematem przewodnim. Należy zauważyć jednak grę Emily Blunt, która bezbłędnie zagrała walczącą z problemem alkoholowym i zanikami pamięci Rachel. Należą jej się wielkie brawa, momentami rzeczywiście ma się wrażenie, że ogląda się alkoholiczkę.
Kończąc, koniecznie
przeczytajcie książkę...co do filmu, jeżeli nie jesteście wielkim fanem aktorów
albo chcecie się sami przekonać i wyrobić sobie opinię, to marsz do kina.
Premiera już jutro na ekranach kin w całej Polsce! Gdyby mi przyszło jednak obejrzeć ten film ponownie, zdecydowałaby się na wykorzystanie magicznego suwaka, przyspieszającego rozwój akcji. Nie znając fabuły i zakończenia historii, nasze oczekiwania stają się olbrzymie - w końcu mamy do czynienia z bestsellerem 2015 roku! Reżyser, scenarzysta i wszyscy zaangażowani w produkcję ludzie pozbawili nas jednak dozy niepewności i nieumiejętnie podjęli próbę owiania historii mgiełką tajemnicy - w mgnieniu oka rozwiązujemy kryminalną zagadkę. Losy Rachel stają się męczące, mozolne, a fabuła zaczyna stawać w miejscu. W połowie filmu nasza historia, choć pozornie nabiera rozmachu, staje się oczywista. Nie tego chyba oczekujemy od kryminałów...
- 09:28
- 21 Comments
Warszawska premiera filmu Czerwony Kapitan już za nami! 22 sierpnia w Kinie Luna odbył się pokaz prasowy z udziałem Macieja Stuhra (głównego bohatera), Michała Kellera (reżysera filmu) i zaangażowanych w produkcję osób.
![]() |
Plakat Filmu |
Akcja filmu dzieje się w 1992 roku, a jest to moment
przełomowy. Ważne wydarzenia, takie jak
rozpad Czechosłowacji, upadek Muru Berlińskiego czy wolne wybory w Polsce po
upadku komunizmu to historyczna chwila, w której nie możemy czuć się
bezpiecznie. Wolność słowa jest jeszcze pojęciem nikomu nieznanym, a za posiadanie
niewygodnych akt i teczek można często przypłacić życiem. Czerwony Kapitan to film, uznawany przez wielu za dobre, męskie, mocne kino – kryminalna intryga. W filmie nie zabrakło pościgów, licznych scen walki i nierozwiązanych zagadek, a całość przyrównałabym do produkcji Pasikowskiego czy Smarzowskiego.
Film rozprawia o trudnym śledztwie, gdzie ambitny, młody
detektyw z Wydziału Zabójstw odnajduje zwłoki z licznymi śladami tortur –
połamane palce, igły pod paznokciami, aż w końcu gwóźdź w czaszce, będący bezpośrednią
przyczyną zgonu denata. Richard Krauze wraz ze swoim partnerem, Eduardem, postanawia
rozwiązać zagadkę brutalnego morderstwa. Jaką rolę w tej bezlitosnej zbrodni
pełni kościół? Kto rządzi miastem?
Nie zabrakło rodzinnego dramatu.
Chora córka, mrzonki o
spokoju i wspólnie spędzonych wakacjach, braku kontaktu z bliskimi i chwila
wytchnienia to zbiór spraw codziennych, które kreują losy głównego bohatera. Losy
ludzkie, wplecione zostały w polityczną intrygę służb bezpieczeństwa i owiane
suknem tajemniczej zbrodni. Całość zakrawa niemalże o skandynawski styl twórców,
ale pokazuje nam oblicze komunizmu w pięknej, choć niebezpiecznej Bratysławie. Nie
bez powodu też krytycy i dziennikarze przypięli na barki Stuhra łatkę polskiego
Jamesa Bonda. To on podejmuje wyzwanie rozwiązania zagadki tajemniczej zbrodni
i to on, jako jedyny, pełen charyzmy podejmuje ryzyko, które wiąże się z tą sprawą.
Firm powstał na podstawie książki. Książka powstała na
faktach, które zaczerpnięte zostały z autentycznych przeżyć i tropów
pozostawionych słowackiemu wymiarowi sprawiedliwości. Autor powieści, Dominik
Dán, od 25 lat pracuje jako czynny detektyw wydziału kryminalnego słowackiej
policji oraz konsultant ds. kryminalnych ministra spraw wewnętrznych.
![]() |
Premiera Filmu 23 sierpnia, Kino Luna |
Czarny humor króluje!
Dowodem na to, że polskie kino zyskuje coraz większe uznanie
jest fakt, że tak wielu świetnych aktorów bierze udział w zagranicznych
produkcjach. Niestety nie miałam okazji by porozmawiać z Panem Maciejem, jednak
sądzę, że możliwość odtworzenia głównej postaci w zagranicznym filmie była dla
niego wielkim wyróżnieniem. Ponadto, podsumowując spotkanie tuż przed premierą,
historia ta została osadzona w miejscu, które już nie istnieje. Niesamowite zdjęcia,
których autorem jest Kacper Fertacz (Facet
niepotrzebny od zaraz, Ostatnia rodzina), dały twórcom niebywałe możliwości
w kwestii efektów specjalnych – ich liczba przerosła nawet ekranizację pierwszej
części trylogii Władca Pierścieni J.R.R.
Tolkiena. Cała produkcja została zwieńczona niebywałym poczuciem humoru,
wyrwanym iścicie z brytyjskich czarnych komedii.
Czy film polecam? I tak, i nie. Ogromną wadą dla
współczesnych miłośników kina jest dubbing, który nawet mi nie przypadł do
gustu. Całość jednak została bardzo świetnie zaplanowana i zrealizowana, ale fabuła nie została pozbawiona tradycyjnych hollywoodzkich akcji. Elementem, który także negatywnie wpłynął na mój odbiór produkcji był fakt, że autorzy ograniczyli nam możliwość analizy wątków i postępowania bohaterów. Aby popchnąć akcję do przodu w sposób, który nie wprawiłby widza w zakłopotanie, za nas rozwiązywali zagadki. Film,
będący słowackim książkowym bestsellerem i mało tego, w pełni słowackojęzyczną produkcją
zachwycił widzów efektami specjalnymi, grą niektórych postaci i pomysłem na adaptację książki, którą pokochali mieszkańcy całego kraju. Niestety jednak zawiódł pod wieloma względami tych, którzy mieli niebywałą okazję przyjść na premierę. Polecam, abyście obejrzeli Czerwonego Kapitana i podzielili się ze mną swoją opinią. Czy macie podobne odczucia?
![]() |
facebook.com/MaciekStuhr |
- 16:25
- 3 Comments
Pianista, film Romana Polańskiego wyreżyserowany w 2002 roku, opowiadający historię Polaka, choć Żyda – Władysława Szpilmana. Ekranizacja autobiografii artysty, Śmierć miasta, zdobyła aż trzy Oscary oraz Złotą Palmę na Festiwalu w Cannes. Nagrody te wskazują na doskonały kunszt, zarówno aktorów, jak i producentów jednak według mnie Pianista nie zasługuje na te wyróżnienia. Uważam, że zabrakło w nim, zarówno dramatyzmu, jak i dogłębnych przeżyć głównego bohatera.
![]() |
Źródło: film.org.pl |
Władysław Szpilman - polski
kompozytor, pianista, człowiek, który dodawał otuchy mieszkańcom Warszawy na
antenie Polskiego Radia, gdy zwierzęca walka o przetrwanie brała górę nad
rozsądkiem. Bohater? Człowiek honoru? Wieszcz
polskiej kultury? A może jedynie Żyd, którego talent i „nazwisko”,
nakierowało na rozwijanie swoich umiejętności muzycznych w powojennej Warszawie?
Jak to możliwe, że szanowana,
ustabilizowana finansowo rodzina trafia do getta? Otóż, II wojna światowa, a
tym samym idea hitlerowców miała na celu przeprowadzenie czystek etnicznych na
terenie Rzeczypospolitej. Potężne łapówki, kontakty czy znajomości nie zdołały
uchronić mieszkańców przez przesiedleniem, a ponadto nachalność zwykle doprowadzała
do rychłej śmierci wszystkich lokatorów danej kwatery. Kto był uważany za Żyda?
Każdy mężczyzna z zadartym nosem, kobieta o wyraźnych rysach twarzy, a nawet
chłopiec, którego dziadek miał żydowskie korzenie. Tak! Niemiecka mania dążąca
do wyniszczenia niearyjskiej nacji zabrnęła wyjątkowo daleko, i tak właśnie
rodzina Szpilmanów trafiła do obozu. Władysław, jako najstarszy syn utrzymywał
swoją familię, dając koncerty w kawiarniach i salkach muzycznych warszawskiego getta.
Warto tu zwrócić uwagę, że muzyka Wojciecha Kilara została świetnie
wkomponowana w fabułę filmu, a Chopinowska ballada g‑moll dodaje dramatyzmu
całej historii.
Skupmy się jednak na fabule filmu. Projekcję rozpoczyna koncert fortepianowy na antenie Polskiego Radia, gdy ogrom bomb spada na elektrownię i całe miasto traci łączność. Niemiecka ofensywa rozpoczyna Szybką Wojnę, wprowadza szereg zmian w ustroju politycznym miasta oraz skuteczną eksterminację Żydów. Film świetnie ukazał sposób w jaki poniżano judaistów, choćby przez spoliczkowanie ojca Szpilmana, który nie ukłonił się mijanym Niemcom, bądź zmuszanie do tańca schorowanych starców, czekających na otwarcie szlabanu dzielącego getto.
Pianista, podobnie jak większość produkcji o tematyce wojennej
ukazuje historię wysoko postawionej jednostki. Władysław Szpilman, powszechnie
znany i lubiany, choć stosowniej – rozpoznawany w towarzystwie, mógł liczyć na
nie lada profity dzięki swoim kontaktom. Historia jednak nakazuje nam wspominać
getto, jako pełne wesz i tyfusu spartańskie warunki, w których toczyła się
walka o kromkę chleba. Rodzinie Szpilmanów jednak wiodło się wyjątkowo dobrze.
Codzienna prasa, nielicha kolacja, a
także absolutna niechęć do sprzedaży fortepianu ukazuje, że nie mogli oni
narzekać na swoją pozycję społeczną, nawet w obliczu wojny.
Pianista to wyjątkowo przewidywalny i pozbawiony głębszego zamysłu
dramat. Losy Władysława Szpilmana nie wzbudzają litości, czy pożałowania u
odbiorców. Widz nie identyfikuje się z głównym bohaterem i nie śledzi jego
losów z zapartym tchem. Uważam, że Ronald Harwood nie stanął na wysokości
zadania, a więc scenariuszowi daleko do ekranizacji Śmierci Miasta. Z kolei
obsada aktorska, z Adrienem Brody na czele, to strzał w dziesiątkę. Szkoda
tylko, że polski film, opowiadając losy polskiego Żyda, wyprodukowany przez
polskiego reżysera jest anglojęzyczną produkcją. Za niesprawiedliwe też uważam
nie nagrodzenie Pawła Edelmana za najlepsze zdjęcia, choćby za przytłaczający
ogrom zniszczeń, który wywiera fenomenalne wrażenie na każdym widzu.
Reasumując, produkcję Romana
Polańskiego uważam za nieudaną. Film osławiony niczym arcydzieło kultury i
sztuki, a personalnie – rozprawienie się z przeszłością reżysera nie spełnia
moich, jako pasjonatki II wojny światowej, oczekiwań.
- 18:50
- 0 Comments
Kino Wojciecha Smarzowskiego
budzi kontrowersje. Dom zły, Róża czy
Pod Mocnym Aniołem to wyjątkowo mocne
produkcje. Czy warto jednak wymagać od widza analizy wątków i świadomego
obnażenia populizmu w naszym kraju?
Dom Zły
Odtwórca głównej roli, Arkadiusz
Jakubik, stanął na wysokości zadania wcielając się w postać Edwarda Środonia, a
sama produkcja pokazuje, do czego są zdolni ludzi w obliczu rozpaczy i
zagrożenia. Po wielu latach policja
rozpoczyna śledztwo w sprawie zbrodni dokonanej w domu Dziabasów. Środroń,
jedyny świadek, musi zrekonstruować serię zdarzeń, jaka miała miejsce podczas
jego pobytu. Co tym razem przyniosła polska gościnność?
Obok Jakubika na wielkim ekranie
wystąpiły największe gwiazdy – Marian Dziędziel, Kinga Preis czy Robert
Więckiewicz.
W roli tytułowej Agata Kulesza. Obok
niej na wielkim ekranie zobaczycie m.in. Edwarda Linde-Lubaszenko, Mariana
Dziędziela, Malwinę Buss i Eryka Lubosa.
![]() |
Pod mocnym aniołem
Produkcja z 2014 roku to wyjątkowo
ciężki film. Robert Więckiewicz stanął na wysokości zadania wcielając się w
postać Jerzego – pisarza i alkoholika, który pod wpływem miłości próbuje wyjść
z nałogu. Losy ludzi z problemem alkoholowym od zawsze wywołują niechęć. Nie lubimy
filmów ani książek, w których bohaterowie musza borykać się z codziennymi
problemami, tymi, które zagrażają nam we współczesnym świecie.
W filmie Smarzowskiego mamy do
czynienia z brutalnym obliczem alkoholizmu. Choroba staje się dramatem, a brak
wyjścia z sytuacji wpędza Jerzego w martwy krąg. Bohater decyduje się jednak na odwyk, gdzie doktor Granada nie
przebiera w środkach. Co nas czeka?
To tylko kilka kultowych produkcji
Wojciecha Smarzowskiego. Na wyróżnienie z pewnością zasługuje Wesele czy Drogówka. Kto by pomyślał, że twórca taki seriali jak Na wspólnej czy BrzydUla zdecyduje się na tak ambitne kino? Uwaga! Dla zapominalskich,
7 października na szklanym ekranie możecie zobaczyć najnowszą produkcję – Wołyń, gdzie ponownie spotkamy się z Arkadiuszem Jakubikiem czy Kingą Preis. W roli głównej debiutantka - Michalina Łabacz.
Ojciec Zosi
postanawia wydać ją za najbogatszego we wsi wdowca z dwójką dzieci, nie bacząc
na to, że córka kocha ukraińskiego chłopca. Wkrótce życie lokalnej społeczności
diametralnie zmienia II wojna światowa. (www.filmweb.pl)
- 18:39
- 0 Comments
Nie minął jeszcze tydzień od
premiery najnowszej produkcji Julie Delpy, a zbiera ona wiele pozytywnych opinii.
Siadając wygodnie w kinie i oglądając czołówkę wyrwaną iście z animowanej
wersji „Różowej Pantery” zaczynamy świetną zabawę w jacuzzi!

Wioletta jest po czterdziestce i właśnie przeżywa drugą młodość,
spędzając wakacje życia na południu Francji u boku nowego partnera. Jean-René
może nie jest typem eleganta, za to charakteryzują go nieprzeciętne poczucie
humoru i spontaniczność, które udzielają się nieco sztywnej i pedantycznej Violette.
Kłopoty zaczynają się, gdy zakochana para wraca razem do Paryża. Tam następuje
brutalne zderzenie z rzeczywistością, a dokładnie z zaborczym, nastoletnim
synem Wioletty, który zrobi wszystko, by zniechęcić kochanka matki i pozbyć się
go raz na zawsze.
Dwie samotne, dojrzałe kobiety
podczas pobytu w SPA rozpoczynają historię Lolo.
Początkowo nie do końca jesteśmy w stanie zrozumieć francuski temperament i
poczucie humoru, jednakże przezabawne zwroty akcji wprowadzają nas do bajkowej
fabuły. Film wbrew pozorom odpowiada nam na wiele nurtujących kwestii. Historie
wyrwane z życia to klucz do sukcesu produkcji Delpy i rozbawienia publiczności.
Wulgarne aluzje, ironiczne przedstawienie rzeczywistości i niekonwencjonalne
zwroty akcji sprawiają, że chętnie oglądamy całą ekranizację. Wyobraźcie sobie ustatkowaną,
dojrzała kobietę, na której granową
sukienkę spada olbrzymi tuńczyk - z winy
nieporadnego mężczyzny, Jeana-René. Idealny
początek znajomości, prawda? Historia jednak lubi abstrakcyjne zwroty akcji. JR
przeprowadza się do Paryża, wynajmując pokój „z widokiem na wieżę Eiffla” i
rozpoczyna romans z Violette. Niestety jak w każdej miłości, tak i w tej, ktoś
musi stanąć na drodze uczuciu. Lolo (Vincent Lacoste), dwudziestoletni syn
naszej bohaterki, robi wszystko, by nie odłączyć się od matki.
Lolo
pokazuje nam oblicza związków. Idąc na tę produkcję ze swoim partnerem,
niewątpliwie będziecie w stanie skonfrontować Wasze podejścia. Jedyną wadą filmu,
niestety dość istotną, jest fakt, iż film Delpy zakrawa o kino Woody’ego
Allena. Pytanie, czy jeśli chcemy zrelaksować się po ciężkim dniu, albo
tygodniu pracy będziemy zwracali na to uwagę?
Polecam!
- 15:15
- 1 Comments
Słaba płeć? Nie
sądzę! Czas na najnowszy film Krzysztofa Langa, który na ekrany kin wchodzi już
1 stycznia. Pokazy przedpremierowe dla mediów i asertywnej publiczności uświetnili
specjalni goście. Zaproszenie otrzymały pierwszoplanowe aktorki – Olga Bołądź i
Marieta Żukowska oraz reżyser filmu. Czy warto jednak sięgnąć po tę propozycję?
Albo czy może ona konkurować z hitowymi Listami
do M? Zapraszam!
15 grudnia to świetna data, by po całym kraju rozeszła się
informacja, że mamy, na co pójść w końcu do kina. Nie wszystkich porwała magia
Jamesa Bonda, nie każdy też planuje podróż do odległej galaktyki Gwiezdnych Wojen, ale każdy łaknie, choć
chwili, przed ekranem wśród doborowej obsady i znakomitych dialogów. Nie ukrywam
– Słaba płeć to świetna propozycja zarówno
dla kobiet „na babski wieczór”, mężczyzn oraz par. Pełna zwrotów akcji,
rywalizacji i seksapilu komedia najwyższych lotów. W rolach głównych Olga
Bołądź, Piotr Adamczyk, Marieta Żukowska i Piotr Głowacki.
Fabuła filmu niewątpliwie bliska jest współczesnym
pracownikom korporacji. Wejście w biurowe antre pełne wyrafinowanych manier i bezwzględności
dużo mniej zaskakuje widzów niż . Zośka, główna bohaterka, to postać typowego „słoika”,
któremu udało się osiągnąć sukces w wielkim mieście. W domu rodzinnym jednak
wszystko zostaje wyolbrzymione. Kawalerka na brudnie nie robi takiego wrażenia
jak trzystumetrowy apartament w jednej z najdroższych dzielnic stolicy. Ciężka
praca i stanowisko Audytora nie robi takiego wrażenia, jak etat Dyrektora
wielkiej korporacji. Pewne informacje trzeba jednak przekazać do rodzimej
wioski. Pytanie, które wybierzecie? Obawiam się, że te same, co Zośka.
Jak jednak potoczą się losy głównej bohaterki, gdy oszukana
przez szefa straci pracę z wilczym biletem? Co zmieni w jej życiu Janek i praca
w knajpie? Gdzie leży granica przyjaźni, miłości, zaufania i szacunku do siebie
samej? Obejrzycie produkcję Krzysztofa Langa i sami odpowiedzcie na te pytania.
Film gorąco polecam nie tylko za fabułę, pomysłowość twórców
i niesamowite zdjęcia Michaela Coultera. To on zadbał o to, abyśmy zobaczyli Warszawę
z perspektywy osoby, która dopiero ją poznaję i odkrywa. Niesamowite wrażenie!
- 20:27
- 2 Comments
haftowali ci,
syneczku, smutne oczy rudą krwią,
malowali krajobrazy w
żółte ściegi pożóg,
wyszywali wisielcami
drzew płynące morze.
Wyuczyli cię,
syneczku, ziemi twej na pamięć,
gdyś jej ścieżki
powycinał żelaznymi łzami.
Odchowali cię w
ciemności, odkarmili bochnem trwóg,
przemierzyłeś po
omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.
I wyszedłeś, jasny
synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się
jeży w dźwięku minut - zło.
Zanim padłeś, jeszcze
ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula,
synku, czy to serce pękło?
Elegia o… [chłopcu polskim]
czyli wiersz doskonale znany mi z dzieciństwa. Utwór recytowany na dziadkowych
kolanach przy kominku podczas mroźnych, zimowych wieczorów. Utwór
sentymentalny, dla mnie, przywodzący na myśl garstkę wspomnień z zakurzonej
już, odległej przeszłości. Nie ukrywam, że po piętnastu latach od śmierci
„mojego dziadzi” kręci mi się łezka w oku, kiedy wracam do wierszy
Baczyńskiego. Nic jednak dziwnego – sześciolatka, która nie potrafi płynie
czytać, która nie rozumie projekcji kinematograficznych, która nawet nie radzi
sobie z kaligrafią – recytuje poezję wojenną, mówi pacierz i ze smutnymi oczami przegląda czarno-białe
fotografie swoich przodków…
Zimą, w
marcu bieżącego roku, chadzając po warszawskich ulicach natrafiłam na olbrzymie
bilbordy informujące o ekranizacji biografii Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.
Ciekawe – pomyślałam, jednak ceny biletów odstraszyły mnie na tyle, że szybko
zrezygnowałam z projekcji. Poza tym – komu chciałoby się ze mną pójść? No komu?
Zapomniałam więc, że takie zdarzenie w ogóle miało miejsce wracając do życia
codziennego. Film szybko zniknął z
ekranów, zapewne przez swoją nierentowność, odchodząc do lamusa. Szkoda.
Dzisiaj uważam, że powinnam obejrzeć go na dużym ekranie. Nawet, jeśli miałabym
spędzić godzinę w wyludnionej sali kinowej. Ale wiecie? Chciałabym jedynie
posłuchać świetnie intonowanych wierszy. Fabuła filmu oraz pomysł na jego
realizację pozostawia wiele do życzenia.
Film, jak
już wspomniałam, swoją premierę miał w marcu bieżącego roku, dokładniej 15
marca. Ekranizacja w obsadzie niszowych, debiutujących aktorów, opowiada nam
historię Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, poety, który zginął w imię Ojczyzny
04.08.1944r. Był ochotnikiem – zmarł jako bohater. Film jednak ukazuje nowy
pogląd na twórczość Baczyńskiego, jego życie prywatne, a nawet działania
konspiracyjne. Mało kto wie, że w jego mieszkaniu znajdował się magazyn broni.
Bohater miał świadomość, że naraża tym nie tylko siebie, ale także swoich
bliskich – żonę i matkę.
W projekcji dostrzegamy liczne zdjęcia uświadamiające nam,
jak wiele zła wyrządziła wojna, a tym
samym możemy na własne oczy ujrzeć ogrom zniszczeń i śmierć milionów jednostek.
Fotografie z getta, krótkie nagrania pokazujące codzienne traktowanie Żydów
(Baczyński był Żydem), czy masowe mordy – potwierdzają szeroko panującą
degrengoladę rasy ludzkiej. Wróćmy jednak do filmu.
Nie
ukrywam, że włos na głowie zjeżył mi się niesamowicie, gdy z błyszczącymi
oczami i piskliwym wrzaskiem „Zaczyna się! Zaczyna!” usłyszałam piosenkę, w
wykonaniu Czesława Mozila i Meli Koteluk. Duet – może i w odniesieniu do okresu
wojennego, brzmi całkiem sympatycznie, jednak jeśli ktoś nie przepada za ich
wokalem – ma prawo mieć pretensje do Bartosza Chajdeckiego. Tekst jednak jest
godny uwagi. Posłuchajcie, bo naprawdę warto. Jest tylko jedna taka „Pieśń o
szczęściu”, zaczerpnięta z poematu „Szczęśliwe Drogi”.
Reżyserem
filmu został Kordian Piwowarski. Uważam, że sprawdził się świetnie w swojej
roli. Pomysł na ekranizację także śmiem uznać za dobry – konkurs recytatorski,
który zabiera nas do świata Baczyńskiego. Wraz z każdym kolejnym poematem,
bliżej poznajemy historię naszego rodaka. Podoba mi się też brak efektów specjalnych.
Produkcja jest niszowa i taka niech pozostanie. Scenarzysta pozbawił widzów
idealnie wkomponowanej muzyki znanych i cenionych wirtuozów, na rzecz ciszy,
spokoju, naturalności. To właśnie wyróżnia ten film na tle współczesnych
produkcji. Szkoda tylko, że takie projekcje nie mają żadnych szans z
konkurencją rynku światowego.
Z góry
mówię, choć stosowniej piszę, że nie zdradzę Wam fabuły. Jeśli pasjonujecie się
twórczością Baczyńskiego, znajdziecie coś dla siebie. Jeśli jednak szukacie
rozluźniającego tasiemca na wieczór - nigdy, przenigdy nie włączajcie tego
filmu.
- 09:56
- 0 Comments
W poniedziałek, 4 sierpnia, obchodziliśmy 70 rocznicę śmierci jednego z najpoczytniejszych poetów w XXI wieku. Mam tutaj na myśli mistrza słowa, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, żołnierza Armii Krajowej, podharcmistrza Szarych Szeregów, twórcę wspaniałych wierszy i licznych zapisów z okresu hitlerowskiej okupacji.
Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,
haftowali ci,
syneczku, smutne oczy rudą krwią,
malowali krajobrazy w
żółte ściegi pożóg,
wyszywali wisielcami
drzew płynące morze.
Wyuczyli cię,
syneczku, ziemi twej na pamięć,
gdyś jej ścieżki
powycinał żelaznymi łzami.
Odchowali cię w
ciemności, odkarmili bochnem trwóg,
przemierzyłeś po
omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.
I wyszedłeś, jasny
synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się
jeży w dźwięku minut - zło.
Zanim padłeś, jeszcze
ziemię przeżegnałeś ręką.
Czy to była kula,
synku, czy to serce pękło?
Elegia o… [chłopcu polskim] czyli wiersz doskonale znany mi z dzieciństwa. Utwór recytowany na dziadkowych kolanach przy kominku podczas mroźnych, zimowych wieczorów. Utwór sentymentalny, dla mnie, przywodzący na myśl garstkę wspomnień z zakurzonej już, odległej przeszłości. Nie ukrywam, że po piętnastu latach od śmierci „mojego dziadzi” kręci mi się łezka w oku, kiedy wracam do wierszy Baczyńskiego. Nic jednak dziwnego – sześciolatka, która nie potrafi płynie czytać, która nie rozumie projekcji kinematograficznych, która nawet nie radzi sobie z kaligrafią – recytuje poezję wojenną, mówi pacierz i ze smutnymi oczami przegląda czarno-białe fotografie swoich przodków…
Zimą, w
marcu ubiegłego roku, chadzając po warszawskich ulicach natrafiłam na olbrzymie
bilbordy informujące o ekranizacji biografii Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.
Ciekawe – pomyślałam, jednak ceny biletów odstraszyły mnie na tyle, że szybko
zrezygnowałam z projekcji. Poza tym – komu chciałoby się ze mną pójść? No komu?
Zapomniałam więc, że takie zdarzenie w ogóle miało miejsce wracając do życia
codziennego. Film szybko zniknął z
ekranów, zapewne przez swoją nierentowność, odchodząc do lamusa. Szkoda.
Dzisiaj uważam, że powinnam obejrzeć go na dużym ekranie. Nawet, jeśli miałabym
spędzić godzinę w wyludnionej sali kinowej. Ale wiecie? Chciałabym jedynie
posłuchać świetnie intonowanych wierszy. Fabuła filmu oraz pomysł na jego
realizację pozostawia wiele do życzenia.
Film, jak
już wspomniałam, swoją premierę miał w marcu bieżącego roku, dokładniej 15
marca. Ekranizacja w obsadzie niszowych, debiutujących aktorów, opowiada nam
historię Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, poety, który zginął w imię Ojczyzny
04.08.1944r. Był ochotnikiem – zmarł jako bohater. Film jednak ukazuje nowy
pogląd na twórczość Baczyńskiego, jego życie prywatne, a nawet działania
konspiracyjne. Mało kto wie, że w jego mieszkaniu znajdował się magazyn broni.
Bohater miał świadomość, że naraża tym nie tylko siebie, ale także swoich
bliskich – żonę i matkę.
W projekcji dostrzegamy liczne zdjęcia uświadamiające nam,
jak wiele zła wyrządziła wojna, a tym
samym możemy na własne oczy ujrzeć ogrom zniszczeń i śmierć milionów jednostek.
Fotografie z getta, krótkie nagrania pokazujące codzienne traktowanie Żydów
(Baczyński był Żydem), czy masowe mordy – potwierdzają szeroko panującą
degrengoladę rasy ludzkiej. Wróćmy jednak do filmu.
Nie
ukrywam, że włos na głowie zjeżył mi się niesamowicie, gdy z błyszczącymi
oczami i piskliwym wrzaskiem „Zaczyna się! Zaczyna!” usłyszałam piosenkę, w
wykonaniu Czesława Mozila i Meli Koteluk. Duet – może i w odniesieniu do okresu
wojennego, brzmi całkiem sympatycznie, jednak jeśli ktoś nie przepada za ich
wokalem – ma prawo mieć pretensje do Bartosza Chajdeckiego. Tekst jednak jest
godny uwagi. Posłuchajcie, bo naprawdę warto. Jest tylko jedna taka „Pieśń o
szczęściu”, zaczerpnięta z poematu „Szczęśliwe Drogi”.
Reżyserem
filmu został Kordian Piwowarski. Uważam, że sprawdził się świetnie w swojej
roli. Pomysł na ekranizację także śmiem uznać za dobry – konkurs recytatorski,
który zabiera nas do świata Baczyńskiego. Wraz z każdym kolejnym poematem,
bliżej poznajemy historię naszego rodaka. Podoba mi się też brak efektów
specjalnych. Produkcja jest niszowa i taka niech pozostanie. Scenarzysta
pozbawił widzów idealnie wkomponowanej muzyki znanych i cenionych wirtuozów, na
rzecz ciszy, spokoju, naturalności. To właśnie wyróżnia ten film na tle
współczesnych produkcji. Szkoda tylko, że takie projekcje nie mają żadnych
szans z konkurencją rynku światowego.
Z góry
mówię, choć stosowniej piszę, że nie zdradzę Wam fabuły. Jeśli pasjonujecie się
twórczością Baczyńskiego, znajdziecie coś dla siebie. Jeśli jednak szukacie
rozluźniającego tasiemca na wieczór - nigdy, przenigdy nie włączajcie tego
filmu.
- 12:59
- 7 Comments
Czasem odnoszę wrażenie, że polskie filmy próbują przesłodzić swoje kino. Robią „dzieła” sugerując się zagranicznymi produkcjami i psioczą później na lewo i prawo, jak to nasz naród wiecznie na coś narzeka. Smutne jest jednak to, że mamy na co narzekać…
Wczoraj postanowiłam obejrzeć film Był sobie dzieciak Leszka Wosiewicza. Decyzji tej żałuję. Z resztą, w przypadku Kornblumenblau było podobnie. Może to ja jestem zbyt wymagająca? Albo miewam kobiece fanaberie, których nie sposób zrozumieć? Nie wiem. W każdym razie, jestem miłośniczką literatury, a także projekcji kinematograficznych o tematyce wojennej. Nie lubię więc, jeśli ktoś spali na panewce, a ja – zgodnie ze swoimi przyzwyczajeniami, czyli obejrzeniem filmu do końca – muszę wynudzić się przez kilkadziesiąt minut. Po mojej krótkiej, stricte personalnej wstawce, przejdźmy do fabuły filmu.
Był sobie dzieciak to historia młodego wierszoklety, a zarazem przyszłego żołnierza, matki poszukującej swojego dziecka, a także bezwzględnych Niemców, Szarych Szeregów i podziemia Armii Krajowej. Akcja filmu toczy się podczas Powstania Warszawskiego, a więc ruiny, opuszczone domostwa czy śmierdzące (dosłownie) kanały to miejsca, do których zostaliśmy zaproszeni. W rolach głównych: Rafał Fudale i Magdalena Cielecka. Wśród aktorów drugoplanowych z kolei, znalazła się śmietanka polskiego kina: Eryk Lubos, Mirosław Zbrojewicz, Andrzej Mastalerz, Piotr Głowacki czy Sonia Bohosiewicz. To właśnie te osoby „ratują” tę produkcję, jednak jej noty i tak są śmiesznie niskie. Nic więc dziwnego, skoro mnóstwo wątków śledzimy poprzez własnoręcznie wykonany fotoplastikon, a pozostałe dotyczą relacji pomiędzy głównymi bohaterami. Wzbogaceniem historii jest też tajemnicza Irena (Małgorzata Cielecka), która poszukuje swojego synka wcielonego do drużyny harcerskiej, wspierającej wojsko. Ona z kolei jest Niemką… Jak skomplikuje się ta historia? Przekonać musicie się sami, bowiem całej historii opowiadać Wam nie powinnam. ;)
Miłośnikom II Wojny Światowej nie polecam tego filmu, jeśli jednak chcecie sięgnąć po, dosłownie, szczyptę informacji dotyczących Powstania Warszawskiego – poświęćcie jeden wieczór na obejrzenie tej produkcji. Warto zwrócić uwagę na kreacje bohaterów, ich wyrazistość czy dopasowanie kostiumów. Możemy też wyraźnie zarysować poszczególne postaci – brutalnych, bezwzględnych Niemców, ofiarnego, a może i nader ufnego Marka oraz dwulicowej Ireny. Ruiny Warszawy czy odrażające swoją enigmatycznością i śmiercią kanały także zasługują na uwagę. Przekonajcie się sami, Moi Drodzy.
- 10:10
- 3 Comments